Komentarz

„Winnetou” jako śląska lektura

Gdyby minister Anna Zalewska nagle pokochała Śląsk, jakie nasze książki umieścilibyśmy w kanonie lektur szkolnych? – zastanawia się prof. Zbigniew Kadłubek.

 

Zmiana podstawy programowej w polskich podstawówkach, która po reformie systemu edukacji będzie miała także zmodyfikowany kanon lektur (dobrany zespołowo, a szefem zespołu był, przypomnę, prof. Andrzej Waśko z Uniwersytetu Jagiellońskiego), nie przewiduje lektury „Cholonka” Janoscha. Ani Josepha von Eichendorffa. To oczywiste. Ze śląskich lektur, można by zażartować, to chyba jedynie – jako lektura ponadwymiarowa – byłby „Winnetou” Karola Maya (klasa V). „Indianery” wszak zawsze na Górnym Śląsku cieszyli się wielką estymą i budzili cudowne emocje. Do lektur uzupełniających w klasie VIII wprowadzono np. Jana Pawła II „Pamięć i tożsamość” (we fragmentach), rzecz ultranacjonalistyczną, oraz Karoliny Lanckorońskiej „Wspomnienia wojenne 22 IX 1939-5 IV 1945”.

Nie potrafię dyskutować z tym nowym narodowym kanonem szkolnym. Nie chcę zresztą. Martwię się o to, czego dowie się z literatury uczeń szkoły podstawowej o świecie najbliższym, o tym świecie, który go otacza. Jak będzie mógł zrozumieć Górny Śląsk i jego emancypacyjne rytmy, czytając „Krzyżaków” Henryka Sienkiewicza? Jaka obcość znowu się wryje w młode śląskie głowy? Jakie opętanie polskością zapanuje? Jak wpłynie ten monopol czytankowy na młodych Górnoślązaków? Wiadomo: książek kaszubskich, żydowskich także w tym nowym kanonie lektur szkolnych nie znajdziemy. Ślązacy nie są zatem jedyną pominiętą etniczną grupą.

Od wielu lat, co najmniej od dwóch dekad, nie mam wątpliwości , że istnieje coś takiego, jak śląska literatura. Chociaż wolę ją nazywać literaturą górnośląską, gdyż horyzont całości Śląska to mglistość. Jakie są jej cechy? Nie musi być pisana wyłącznie po śląsku. Tak jak literatura walijska rzadko jest pisana po walijsku, częściej po angielsku (np. Niall Griffiths). Może być pisana literatura śląska po śląsku, po niemiecku, po czesku czy po polsku. Musi jednak być zaangażowana w ideę śląskiej emancypacji. Tylko wtedy można ją nazwać śląską. Jej polem jest śląska podmiotowość. Ta energia emancypacyjna – czyli traktowanie śląskości jako naturalnej i rzeczywistej partykularności – wyróżnia ją od innych dookolnych literatur.

Z Łucją Staniczek tworzyliśmy przed sześciu laty „99 książek, czyli mały kanon górnośląski” (rzecz wydana przez Wydawnictwo św. Jacka w Katowicach). W projekcie wzięli udział krytycy literaccy, akademicy, regionaliści, nauczyciele. Otwieraliśmy nieśmiało dyskusję, co służy konstruowaniu śląskiej tożsamości w przestrzeni literatury. Wśród autorów, których obejmowaliśmy śląskim kanonem, był i Homer, i Horst Bienek, i ks. Jerzy Szymik, i Ajschylos, i Ivo Andrić, i Henryk Bereska, i Petr Bezruč oraz wielu, wielu innych. Rzecz była otwarta, ponieważ 99 nie jest liczbą zamkniętą i skończoną. Była to swoista propozycja czytania z miejsca, w którym się jest, z Górnego Śląska, czytania ku tradycji wielości, uniwersalności i globalności świata. Dyskusja nad śląskim kanonem szybko przerodziła się w ujadanie (którą rozpętał świętej pamięci Tadeusz Kijonka). Ale doczekała się ta książka z małym kanonem górnośląskim wielkiego dopowiedzenia w pierwszym numerze kwartalnika „Fabryka Silesia” (rok 2012), gdzie zaproponowaliśmy ze świętej pamięci Jankiem Lewandowskim oryginalną (naiwną zapewne) listę przebojów śląskich tekstów. Stworzyli ją różni ludzie związani z regionem. Był to bowiem ciekawy plebiscyt i niezwykły eksperyment (na podstawie redakcyjnej ankiety). Zwycięzcą okazał się Horst Bienek, ale wysoko uplasowali się Henryk Waniek, Janosch, August Scholtis, Stanisław Bieniasz, Hans Niekrawietz, Ota Filip, Gustaw Morcinek, Kazimierz Kutz.

Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Pokoleniowo i estetycznie. Przyszło to, co nazywam Śląską Nową Falą. Otwiera ją – jest to nieskromne, ale konieczne – druga edycja moich „Listów z Rzymu”. Wielu piszących po śląsku uświadomiło sobie artystyczną poliwalencję śląszczyzny. Wzięło dziarsko i bez kompleksów śląskie słowa za tworzywo. Najwybitniejszym i najbardziej uzdolnionym autorem Śląskiej Nowej Fali jest oczywiście Marcin Melon. Pojawiło się zatem około dekady temu wielu autorów tworzących na wysokim poziomie artystycznym, piszących po śląsku (związanych przede wszystkim z Wydawnictwem Silesia Progres Piotra Długosza). Towarzyszyło temu zjawisku pojawienie się wybitnych tekstów także w języku polskim, jak np. Szczepana Twardocha „Drach”, który jest powieścią arcyśląską.

Literatura śląska pisana po śląsku przez autorki i autorów Śląskiej Nowej Fali ma charakter antysystemowy i offowy. Bez szans na przełożenie ekonomiczne. Nie piszę teraz o ideach, poziomie artystycznym, zaangażowaniu ideologicznym i politycznym, genderowym etc. Chodzi mi jedynie o to, że autorzy piszący po śląsku podjęli ryzyko: zawęzili krąg odbiorców świadomie, eksperymentując z małym językiem. Działają poza ogólnopolskim rynkiem wydawniczym, nie dostrzegają ich instytucje i mainstreamowi krytycy literaccy, wykluczają ich kapituły ogólnopolskich nagród literackich, ważne literackie festiwale (nawet ponoć wrażliwy na wykluczone głosy literacki Conrad Festival, ale z Krakowa przecież Górnego Śląska nie widać).

Jedyna znacząca nagroda literacka na Górnym Śląsku, jaka pojawiła się w ostatnich latach, poważnie dotowana przez prezydenta Rybnika Piotra Kuczerę, to Górnośląska Nagroda Literacka JULIUSZ. Dzięki mądrości i otwartości członków kapituły tej nagrody, dostrzega się tutaj śląską twórczość literacką. Dowodem tego choćby nominacja do tegorocznej edycji nagrody Alojzego Lyskę, upartego awangardzistę, który od wielu lat trzyma się śląszczyzny jako literackiego tworzywa.

Istnieje pytanie, cały szereg pytań: jako promować twórczość literacką na Górnym Śląsku? Jak ją wspierać, skoro język śląski ciągle nie posiada statusu języka regionalnego? Jak pomagać twórcom, poetkom i poetom, pisarkom i pisarzom piszącym po śląsku? Jak śląski kanon przemycić do szkoły – nie tylko w kontekście lekcji regionalistycznych? Co możemy zrobić? Przede wszystkim poważnie pomyśleć o instytucjach literackich u nas na Górnym Śląsku, które będą wspierać śląskie czytelnictwo i w ogóle czytelnictwo. Bo śląska dobra rzecz literacka, ma charakter emancypacyjnej partykularności, ale też głęboki ślad uniwersalności. Pogłębia świadomość złożoności świata, zagrożeń, otwiera na inne kultury, różnicuje, budzi krytyczność, uczy szanować mniejszości, uwrażliwia na cierpienie (ludzi, zwierząt, słabszych). Słowem działa przeciw tyranii – i każdemu zglajchszaltowaniu („zglajchszaltowanie” to ulubione słowo niemieckich nazistów). Trzeba wymyślić rozmaite akcje społeczne – rozklejać fragmenty z Scholtisa i Bienka, Melona i Twardocha po Katowicach, Chorzowie i Rybniku. Werset po wersecie wciskać śląskość w tę przemocową przestrzeń śląską – rozcieńczając polski obłęd.

Musimy się także przeciwstawiać każdemu ograniczaniu kultury na Górnym Śląsku. Traktowaniu kultury jako narzędzia rządu. Walczyć o wolność kultury w ogóle. Nasze śląskie słowa i dzieła nie będą służyły autorytarno-totalitarnej władzy. Będziemy czytać i oglądać dzieła niedozwolone, bo sami wiedziemy śląski żywot niedozwolony, grupy niedopuszczonej do pełnego uczestnictwa w polskiej wspólnocie, w polskim społeczeństwie – jako indywidua podejrzane, jako nieuznana duża mniejszość.

Dlatego my Ślązacy nie wyklinamy „Klątwy”. Nie boimy się ani nowości, ani tego, co może być kontrowersyjne. Bo kontrowersja otwiera nową wersję. A nam nowa wersja jest potrzebna na Górnym Śląsku jak powietrze. Pastorałem – jak halabardą – można zagrodzić wejście do teatru – nie tylko do tego teatru w Chorzowie. Ale będziemy się opierać. Nie chcemy dekoracyjnych form nacjonalistycznych i kościelnych – pragniemy się zmierzyć po śląsku i po świecku ze światem, poprzez naszą literaturę, poprzez naszą sztukę. Nasze dzieła – i te stare, i te nowe, i te, które powstaną – są w śląskiej sytuacji autonomicznej bitwy o poszerzoną na cały świat śląską NASZOŚĆ.

Gdybyśmy mogli, gdybyśmy ubłagali, gdybyśmy przekonali panią minister Annę Zalewską, gdyby pani minister Zalewska nagle pokochała Śląsk, co byśmy umieścili w kanonie lektur szkolnych z tych śląskich książek? Marzy mi się, żeby przynajmniej cztery książki znalazły się w tym spisie: przede wszystkim „Drach” Szczepana Twardocha, następnie „Piąta strona świata” Kazimierza Kutza, koniecznie „Pierwsza polka” Horsta Bienka, no i także, żeby zapoznać się z przestrzenią, w której Ślązacy są zanurzeni i którą z trudem pokonują „Czarny ogród” Małgorzaty Szejnert (bo jest napisany z polskiej perspektywy i może przez to przystępniejszy).

Ale gdyby, ale gdyby sympatie Ministerstwa Edukacji Narodowej okazały się jeszcze większe, zaproponowałbym także dość trudny tekst i każący myśleć intensywnie: Stefana Szymutki „Nagrobek ciotki Cili”. Nie wymieniam, bo nie śmiem już, noweli „Z życia nicponia” Josepha von Eichendorffa, bo nie chciałbym zamęczyć dzieci Śląskiem, ale podobno lektura ta jest czytana w szkołach japońskich. Krystiana Gałuszki „Modre ajnfarty” (niewielki tomik poezji) także wniosłyby sporo do wyobraźni młodych Polaków o różnicy między tym, co śląskie i tym co polskie i co nie musi wcale być wcale antagonizowane. Ale to marzenia, o marzenia czasem jednak warto walczyć. Bo książki nie tylko zmieniają coś w myśleniu, lecz przede wszystkim zmieniają społeczne relacje. Literatura gwarantuje zmianę relacji miedzy ludźmi.

 


Prof. Zbigniew Kadłubek – filolog klasyczny, komparatysta, eseista, tłumacz, pisarz.

Zmiana kategorii na: Video