Zdrowie

Bóg nie lubi leniwych...

Za jakie grzechy chce przeprosić prof. Marian Zembala. Szczery wywiad tylko w Silesion.pl

Z PROF. MARIANEM ZEMBALĄ, KARDIOCHIRURGIEM ŚLĄSKIEGO CENTRUM CHORÓB SERCA ROZMAWIA MARIA ZAWAŁA


Co się czuje, trzymając w ręku ludzkie serce?

Trudne pytanie. Myślę, że za każdym razem ma się uczucie pokory, która graniczy z lękiem, z niepewnością. Czasem mówi się: chciałbym mieć Twoje serce na dłoni. Lekarz kardiochirurg trzyma to serce w ręku dosłownie: i to zatrzymane, i to pracujące. Widzi, ogląda. Pokora jest wtedy bardzo duża, a lęk dominuje, kiedy pobieramy serce, transportujemy od dawcy, myśląc, czy zacznie bić w klatce piersiowej biorcy.  Ta pokora musi nas stale mobilizować, by nauczyć się, ile się da, od lepszych i dodać do tego nasze doświadczenie i odpowiedzialność.

Nieprzypadkowo zadałam panu to pierwsze pytanie. O to samo spytano kiedyś prof. Religę. Wie pan co odpowiedział?

No nie, ciekaw jestem.

„Chłód, serce jest zimne.” Tylko tyle powiedział...

Miał na myśli zapewne serce, którego my, kardiochirurdzy dotykamy w trakcie przeszczepu. Ono jest wtedy schłodzone. Normalnie serce zimne nie jest.

Niektórzy wierzą, że serce jest siedliskiem uczuć. A pan?

Nie. Serce nie jest siedliskiem uczuć, aczkolwiek dla naszej tradycji europejskiej kulturowej, ale i religijnej to ten narząd jest uosobieniem emocji. Może dlatego, że kiedy widzimy coś szczególnego, reagujemy przyspieszeniem rytmu serca. Centrum naszych uczuć jest jednak ośrodkowy układ nerwowy, mózg. Ale gdybyśmy powiedzieli komuś, "kocham cię i mam cię w ośrodkowym układzie nerwowym", to podejrzewam, że reakcja drugiej osoby byłaby oczywista. "Mam Cię w moim sercu" zdecydowanie lepiej brzmi i niech tak zostanie.

Transplantacje serca ratują ludziom życie. Nie jest to jednak przypadkiem porażka współczesnej nauki, że możemy ratować życie w ten sposób tylko kosztem innego życia?

Używając definicji bardzo wyrachowanych, można tak powiedzieć, że musi ktoś najpierw umrzeć, (dawca narządów musi mieć udokumentowaną śmierć mózgu - przyp. aut.), żeby można było ratować innych. Ale odpowiem na to tak. Pomimo systematycznej poprawy bezpieczeństwa na drogach, lepszych pojazdów, ludzie giną. Są ofiarami wypadków, chorób, a to oznacza, że będą spełniać kryteria śmierci mózgu. To znaczy, że mogą dzięki  darowanym organom uratować wiele istnień ludzkich. Dlatego, że wciąż nic nie zastąpi ludzkiego narządu. Pomimo postępu w medycynie.  Powie ktoś, w leczeniu niewydolności nerek, chory jest dializowany, trzy razy w tygodniu, ale wiemy, że po kilku latach dializ człowiek gwałtownie się starzeje i żyje krócej. Nic więc nie zastąpi przeszczepionej nerki. Sztucznej wątroby wciąż nie ma, tylko przeszczep ratuje życie. W przeszczepach płuc jest, owszem, ecmo, ale sprzętu można użyć na okres 2- 3 tygodni. Potem nic nie ma. W przeszczepach serca są na szczęście sztuczne komory, ale wiemy, że najlepsze wyniki leczenia daje ludzki narząd. Kościół wspiera idee transplantacji. Jan Paweł II na spotkaniu z transplantologami przyznał, że przeszczepy stanowią poważny krok w rozwoju całej medycyny, ponieważ chorym, którzy pozbawieni są innych możliwości leczenia, nie tylko ratują życie, ale przywracają zdrowie. 

Ale ze strony ultrakonserwatywnych grup pojawiały się ostatnio głosy przeciwko pobieraniu narządów do przeszczepów, podważające ich sens.

Czytałem takie nieodpowiedzialne artykuły, że lekarze wyrywają żywym ludziom zdrowe serca z klatki piersiowej. 

Pojawiły się też opinie ludzi wątpiących w śmierć mózgu. Za przykład podawali pacjentów po wielu miesiącach wybudzanych ze śpiączki, którzy rzekomo cudem nie stali się dawcami.

Ludzie mają prawo do niewiedzy, ale gdy ma miejsce świadoma dezinformacja, muszę protestować. Śpiączka jest stanem, który jest wcześniej czy później odwracalny. Dawcy, to tylko  ta grupa chorych w śpiączce, wąska grupa, która ma udokumentowaną śmierć mózgu w badaniach obiektywnych. Człowiek, który jest w śpiączce i żyje, nie jest brany pod uwagę jako dawca. Klinika Budzik nie zajmuje się chorymi, mającymi udokumentowaną śmierć mózgu. 

Coś panu zacytuję: "I tak stoję.../z głową spuszczoną w dół/ a z myślą do nieba/Na reperfuzji mam godzinę, żeby przekonać Pana/... że będę lepszy/ Inaczej chory zginie/ Wiem, będzie dobrze/ na serce kapią łzy. Po której łzie serce zabije?" Napisał to transplantolog z Krakowa, Karol Wierzbicki. Jest podczas przeszczepu czas na myślenie o Bogu?

Reperfuzja to czas, w którym lekarze po przeszczepie serca wpuszczają krew do krwioobiegu pacjenta. Trwa to godzinę, czasem dłużej.  Serce dawcy jest sercem zdrowym, ale w drodze do biorcy jest niedokrwione, chroni je tylko niska temperatura, (serce znajduje się w wodzie z lodem w temperaturze plus 4 stopni) i kardioplegia, czyli  specjalny roztwór cardioplagina, który powoduje zwolnienie do minimum procesów metabolicznych na czas nie dłuższy niż trzy, maksymalnie 4 godziny.

Czekacie na cud, aż przeszczepione serce zacznie bić, ruszy... Co się wtedy robi?

To jak z lądowaniem samolotem. Raz rutyna, wszystko w normie, a czasem pojawiają się sygnalizacje, że lądowanie nie będzie typowe. Pilot musi się na wszystko przygotować. Stosujemy różne metody, wspomagamy serce lekami, pracują dodatkowe urządzenia. W większości przypadków to pomaga, ale bywa że nie wystarczy.  Wtedy sięgamy po jeszcze inne metody, typu wspomaganie sztuczną komorą. Czasem po 6-8 godzinach, a nawet dwóch dniach regeneracja nastąpi. Ale przyznam, i to po tylu latach pracy, że zawsze kiedy jest taki moment,  że patrzymy na to zatrzymane serce, a ono nagle zaczyna bić, to jest misterium, tajemnica życia. Całe piękno kardiochirurgii. To jest takie mikrozmartwychwstanie. Przeszczep serca jest takim zmartwychwstaniem namacalnym. Może dlatego w nas kardiochirurgach jest więcej pokory niż w innych lekarzach, bo to zmartwychwstanie następuje na naszych oczach. To sprawia, że to nasze ego nigdy nie jest nadmierne.

Pamiętam, jak w latach 80. pojechaliśmy z kolegami szkolić lekarzy w Gruzji. Zobaczyliśmy, że nasi koledzy najpierw popełniają kardynalne błędy, a potem zapalają na sali operacyjnej świeczki i wznoszą modlitwy. Wtedy zrodziło się to nasze określenie: Bóg nie lubi leniwych. Bo nie można nigdy zastępować profesjonalizmu działaniami, podczas których robi się rażące błędy, a potem zastawiać się metafizycznymi prośbami do Boga. Najpierw bądź kompetentny w tym co robisz. W medycynie zawsze, ale w każdej sprawie bądź kompetentny. Choć, gdy stoimy w obliczu choroby bliskich pojawia się naturalnie silna potrzeba duchowego wsparcia, by otrzymać dodatkowe wzmocnienie.

Czuł pan kiedyś obecność Opatrzności, stojąc nad stołem operacyjnym?

Najtrudniejszą sytuację przeżyłem w 1987 roku, gdy pewnego dnia w niedzielę przyszedłem po południu zobaczyć chorych. Na korytarzu siedziała mama z trójką dzieci 2, 4 i 7 lat i obok starsza kobieta. Mama tych dzieci, była 42-letnią pacjentką, którą nazajutrz miałem operować. Tętniak aorty. Przystanąłem, zaczęliśmy rozmawiać. Starsza pani powiedziała wtedy do mnie: "Panie profesorze, moja synowa musi wrócić do tych dzieci, bo ja swojego syna niedawno straciłam, ojciec tych dzieci zginął niedawno w wypadku." Gdy to  powiedziała, myślałem, że zwariuję, w głowie miałem odtąd tylko obraz tych dzieci. 

Uratował pan ją?

Z trudem. Serce zabiło po prawie dwugodzinnej reperfuzji. Patrzyłem na nie, takie nieruchome, bezsilny i w pewnym momencie powiedziałem głośno. "Panie Boże, ja cię nigdy o nic nie prosiłem, ale o tę jedną, jedyną rzecz teraz proszę, zrób to dla mnie, nawet gdyby miała to być ostatnia rzecz, jaką dla mnie zrobisz. Uratuj tę kobietę." Bez względu na to, czy była w tym pomoc Opatrzności czy nie, a ja wierzę, że była, cud się stał i serce podjęło pracę. Dla mojej psychiki, i dla bardzo wielu ludzi jest potrzebne takie wsparcie. Ja nie mam wątpliwości, że Opatrzność, nad nami czuwa, że Bóg istnieje, bo jestem katolikiem, ale raz jeszcze powtarzam. Bóg lubi chorych, ale nie lubi leniwych.  Zwłaszcza leniwych lekarzy.

Dlaczego chciał, żeby pan został lekarzem?

Marzyłem, żeby być kompozytorem, ale mi wiele dobrego z tych kompozycji nie wychodziło. Był taki czas, że myślałem o teologii, ale krótko. Mile wspominam księdza prof. Sejdaka, który na Święty Krzyż zabierał nas, młodych ludzi, na rekolekcje. To były takie rozmowy z mentorem. Uczył nas sceptycyzmu do półprawd. Mówił: jeśli czujesz potrzebę miłosierdzia, pomoc człowiekowi jest dla ciebie ważna, wybieraj te dziedziny, w których możesz się najlepiej sprawdzić. Studentom powtarzam: Epstein, wybitny naukowiec z Wrocławia, musiał dwa razy w tygodniu przyjmować w przytułku. Jak nie miał tej energii, którą brał od trudnych chorych,  nie tworzył. Mnie do medycyny porwali dwaj lekarze. Pierwszym był prof. Wiktor Bross. Gdy przeczytałem w ówczesnej "Trybunie Robotniczej" jego komentarz o pierwszym na świecie przeszczepie serca, wykonanym w Kapsztadzie przez Christiaana Barnarda, zapragnąłem być kardiochirurgiem i poznać prof. Brossa. Pojechałem więc studiować medycynę do Wrocławia. Drugi człowiek to prof. Franciszek Kokot. Przeczytałem w tej samej "Trybunie Robotniczej"  jego artykuł o tym jak połączyć akademicką medycynę ze spełnianiem się dla chorych. Pasjonujący. Tak zostałem lekarzem.

A jak połączyć pracę lekarza z życiem rodzinnym. Kto jest ważniejszy?

Kosztem rodziny niczego robić nie wolno, ale w czynieniu dobra trzeba mieć świadomość, że jak jest chory, który wymaga więcej uwagi, to rodzina musi zaczekać. Ważne, żeby rodzina to rozumiała. Bo rodzina jest zdrowa, a pacjent jest chory. Gdy jest się szefem, trzeba zrobić wszystko, by mieć dobry zespół. Prof. Religa twierdził, że jego następcy muszą być lepsi od niego. Też tak uważam. Wtedy można też szpital zostawić w dobrych rękach i pojechać z żoną na urlop (śmiech). Trzeba jednak dbać o to, by rodzina się nie rozpadła, by nie niszczyły jej drobne problemy. Moje dzieci, ubolewam, że są po rozwodach, ale cóż, czasem tak się dzieje. Z drugiej strony są sytuacje, które mnie zawstydzają. Przykład mojego brata. Był świetnym chirurgiem, ale w pewnym momencie zawiesił karierę, by trwać przy chorej żonie, gdy zachorowała na raka. Ja bym tego nie zrobił. Mówię dzieciom, bierzcie wzór z wujka, zachował się lepiej niż ja. Dla mnie medycyna, przy całym szacunku i miłości do żony, byłaby ważniejsza. Może nie ważniejsza, złe słowo, ale tym, co zrobił mój brat Mirek, mnie zawstydził. Zrozumiałem, że czasem  ego musi mieć granicę. Podziwiam go.

Wielkanoc, czas rachunków sumienia, żałowania za grzechy.  Chciałby pan publicznie kogoś za coś, co zrobił, albo czego nie zrobił, przeprosić?

Na pewno bym trochę powodów do przeprosin znalazł. Do dziś się najbardziej rumienię na wspomnienie sytuacji jednego pacjenta. Pamiętam, jak trzy dni po zabiegu cały czas był smutny i smutny, oglądałem go i myślałem, jak można się tak niczym nie cieszyć. Podchodząc, powiedziałem mu: "Wie pan, niech się pan nie zachowuje jak dupa. Jest pan po dużym zabiegu, udanym, to powód do zadowolenia, inne problemy dadzą się rozwiązać." Tak mu nagadałem i poszedłem. Okazało się, że 7 lat wcześniej rozstał się ze swojej winy z żoną. I ona zadzwoniła, że przyjedzie do niego. Specjalnie na to spotkanie prosił, by zabieg odbył się wcześniej. I kiedy on był już po wszystkim, jego żona zadzwoniła ponownie, że jednak nie chce go widzieć, że nie może mu wybaczyć. Był załamany...

A pan potrafi wybaczać?

Zawsze trzeba wybaczać. Ja jestem postrzegany jako człowiek konsyliacyjny.

Ale mówią, że z pana profesora nerwus.

Fakt, cały nerwowy jestem, gdy za dużo osób, moim zdaniem, wpływa na rozwodnienie decyzji, która dotyczy chorego. Wtedy się denerwuję i kończymy dyskusję. 

Władza absolutna?

No, nie, ale dość twarda. Mam np. obsesję wycierania butów zimą. Ludzie, którzy wchodzą do mojego szpitala, tak mówię, bo go własnymi rękami niemal budowałem,  wszyscy muszą tu wycierać buty jak w domu.

Chodzi pan i pilnuje?

Aż tak to nie, ale jak widzę ślady błota, to się wściekam, bo wyobrażam sobie, że ten, kto tak nabrudził, w swoim domu też tak brudzi. Nie dba o nic. A ja mogę śmiało powiedzieć, że o to dobro publiczne, o ten szpital, dbam lepiej niż o swój dom. Moja żona dba o nasz dom, ja o szpital.  Taki mamy podział. A Religa tam patrzy z góry...

Czytaj więcej

 

Napisz do autora m.zawala@silesion.pl
Zmiana kategorii na: News