Czytasz: Nie żyje 47-latek. W pszczyńskim szpitalu nie doczekał się pomocy?

Nie żyje 47-latek. W pszczyńskim szpitalu nie doczekał się pomocy?

Strażnicy ze szpitala dzwonili na numer 112, informując, że nikt nie udziela pacjentowi pomocy.

Nie żyje 47-latek, we wtorek wieczorem zmarł w pszczyńskim szpitalu. Bezdomny mężczyzna był dobrze znany tutejszym lekarzom. Do szpitala trafił dzień wcześniej rano. Istnieje podejrzenie, że przez 27 godzin czekał na Izbie Przyjęć na udzielenie mu pomocy. Interweniowała w tej sprawie nawet straż miejska, ale szpital broni się faktem, że pacjent nie wyraził zgody na leczenie.

Skarżył się na ból stóp

Jak ustaliła Prokuratura Rejonowa w Pszczynie, pacjent trafił do szpitala pijany i wychłodzony. Mężczyzna miał problemy z chodzeniem i zgłaszał bóle stóp.

Wcześniej lekarze leczyli go tu z powodów ataku padaczki i nadużyć alkoholowych. W poniedziałek ułożono go na ziemi na materacu, by jak twierdzi spółka Dializa, pod którą podlega tutejszy szpital, pacjent nie spadł z łóżka. Mężczyzna przebywał w izolatce, miał leżeć przy otwartym oknie obok kaloryfera, nakryty kocami .

Mieli go przewieźć do noclegowni 

Po ponad dobie szpital zawiadomił straż miejską, aby zabrała pacjenta ze szpitala. Strażnicy odmówili, bo jak stwierdzili, z mężczyzną nie było kontaktu i o całej sytuacji powiadomili Ośrodek Pomocy Społecznej.

- Patrol straży miejskiej, który dwukrotnie pojawił się w szpitalu, podjął decyzję, że osoba, która przebywa w szpitalu, potrzebuje natychmiastowej hospitalizacji, wobec czego nie może jej przewieźć do noclegowni. Straż miejska poinformowała OPS oraz wezwała na miejsce policję – oświadczył tutejszy Urząd Miasta.

Strażnicy w obecności pracownika OPS otrzymali od personelu szpitala kartę informacyjną, z której wynikało, że pacjent jest wydolny oddechowo-krążeniowo i przekazano go straży miejskiej w celu transportu do noclegowni. Jak informuje prokuratura, strażnicy nadal odmawiali przyjęcia 47-latka. Pacjent w ich obecności dostał drgawek, funkcjonariusze zaczęli mu udzielać pierwszej pomocy i dzwonić pod numer 112, by poinformować, że nikt z personelu medycznego nie udziela mu pomocy. Następnie mężczyzna miał kolejny atak padaczki, więc o godz. 10:40 lekarz przyjął go na oddział neurologii.

- O godzinie 20.30 pacjent był w stanie agonalnym, a o 21.20 stwierdzono jego zgon — informuje prokuratura, która prowadzi w tej sprawie dalsze postępowanie.

Stanowisko spółki Dializa 

8 stycznia około godziny 7.30 został przywieziony karetką WPR "S" pacjent skarżący się na bóle nóg. Pacjent skrajnie wyniszczony, zaniedbany higienicznie, z licznymi owrzodzeniami całego ciała, wyziębiony, z ust wyczuwalny zapach alkoholu. Poinformowano lekarza dyżurnego, który zbadał pacjenta, wystawił skierowanie na badania krwi i tomografię komputerową. Pacjent nie wyraził zgody na proponowane leczenie oraz ewentualną hospitalizację. Nie zgodził się również na wykonanie badań.

Z racji na stan higieniczny pacjenta umieszczono w pomieszczeniu do krótkotrwałej izolacji, położono na materacu celem zabezpieczenia go przed ewentualnym upadkiem z kozetki i urazem. Pacjenta okryto kocami i ułożono obok kaloryfera.

Podczas dyżuru dziennego i nocnego stan pacjenta stale kontrolowany przez personel izby przyjęć. O godz 14.00, 20.00, 7.00 lekarz dyżurny ponawiał propozycję hospitalizacji, ale pacjent nadal na nic się nie zgadzał twierdząc, że "chce się tylko wyspać".

9 stycznia około godziny 10:00 zgłoszono fakt przebywania pacjenta na Izbie Przyjęć dyżurnemu Straży Miejskiej, prosząc o interwencję w jego sprawie i przetransportowanie go do noclegowni dla osób bezdomnych, gdyż temperatura na zewnątrz była niska. W samym roku 2018 pacjent był przywożony na Izbę Przyjęć co najmniej 5 krotnie i za każdym razem wiele godzin trzeźwiał na Izbie Przyjęć i nie wyrażał zgody na hospitalizację.

Dopiero podczas oczekiwania na patrol Straży Miejskiej u pacjenta wystąpił napad drgawek, o czym natychmiast powiadomiono ordynatora oddziału neurologii, który zlecił podanie pacjentowi leku. Zlecenie natychmiast zrealizowano.

Wtedy na miejscu pojawił się patrol Straży Miejskiej, który prawie od razu odjechał z Izby Przyjęć, informując tylko personel, że pacjent z racji na wieloletnie nadużywanie alkoholu i notoryczne ucieczki nie nadaje się na przetransportowanie do noclegowni i sprawą pana powinna zająć się Opieka Społeczna. Po kilku minutach na Izbie Przyjęć pojawił się inny patrol SM wraz z przedstawicielką MOPS-u. Panie zdecydowanie odmówiły pomocy. Jednocześnie lekarz neurolog został przez personel poinformowany o pogorszeniu się stanu pacjenta i ten zadecydował o przyjęciu pacjenta na oddział.

Po wykonaniu toalety całego ciała, pacjenta ubrano w piżamę i szlafrok i przyjęto na oddział neurologii. Pacjent był bez kontaktu, więc nie mógł i nie musiał już udzielać pisemnej zgody na pobyt w szpitalu. Przyjęty na oddział o 10.50.

Chory został umieszczony na sali obserwacji. Wykonano w trybie planowym zlecenia lekarskie. Wykonano czynności pielęgnacyjne.

O godz. 14.50 nastąpiło nagłe zatrzymanie krążenia. Rozpoczęto reanimację i wezwano zespół reanimacyjny, który przystąpił do prowadzenia reanimacji.

O godz. 21.20 nastąpił zgon. To szpital wnioskował o przeprowadzenie sekcji zwłok.

W ostatnich latach mężczyzna ten przebywał w szpitalu ponad 50 razy i prawie zawsze odmawiał poddania się leczeniu. Jak sam mówił, chciał tylko się ogrzać i przetrzeźwieć. Stosownym wykazem wizyt dysponujemy. Jestem przekonany, że podobne dowody na interesowanie się i opiekowanie się tym człowiekiem uzyska Pan w MOPS.

Przypadek jest niestety klasycznym dowodem na niesprawność systemu i odpychanie problemów jak najdalej od własnego podwórka. Szpital zaś ma pełnić rolę izby wytrzeźwień i ośrodka pomocy.

Szpitalowi w Pszczynie ten mężczyzna był znany od lat. Skoro nam, to tym bardziej pewnie instytucjom odpowiedzialnym za udzielanie pomocy społecznej. Pytanie brzmi zatem: jak radzili sobie z tą sprawą za życia mężczyzny i dlaczego największe zainteresowanie, jego los wzbudził po śmierci.

Czytaj więcej