News

Nasi komandosi bohaterami. Uwolnili zakładników

Komandosi z Lublińca nadal operują w Afganistanie. Dziś chwalił ich minister. Nam opowiedział o nich Jarosław Rybak, autor książek o wojskach specjalnych.

W ostatnich dniach w Afganistanie w prowincji Helmand, jednostki specjalne afgańskich sił przy współudziale, wsparciu i po długim szkoleniu przez polskie Wojska Specjalne uwolniły 11 więźniów, przetrzymywanych przez talibów: czterech policjantów, dwóch żołnierzy oraz pięć osób cywilnych, które przez ponad 4 miesiące były torturowane i bite - poinformował we wtorek na specjalnej konferencji prasowej minister obrony narodowej Antoni Macierewicz.

- To nasi ludzie, z Lublińca. Gdy mieliśmy w Afganistanie duży kontyngent wojskowy, komandosi z Lublińca tworzyli oddział o nazwie TF-50, składający się z ok. 100 ludzi. Teraz jest zdecydowanie mniejszy i nazywa się SOAT 50. W jednej z książek opisałem operację TF-50, która polegała na uwolnieniu zakładników przetrzymywanych przez terrorystów-samobójców. Operacja nosiła kryptonim Sledgehammer - opowiada Silesion.pl Jarosław Rybak, autor wielu książek i publikacji o polskich siłach specjalnych.

Zbierając materiały jeździł na poligony, ćwiczenia. W 2002 roku brał nawet udział w selekcji do jednostki specjalnej GROM. Obserwował żołnierzy służących w Polskich Kontyngentach Wojskowych w Kosowie, Macedonii, Bośni, Kuwejcie, Iraku, Afganistanie, Litwie oraz Kongu. Jako jedyny dziennikarz z Polski, w 2006 roku, uczestniczył w ćwiczeniach Sił Odpowiedzi NATO na egzotycznych Wyspach Zielonego Przylądka. Był także twórcą oraz dyrektorem Departamentu Komunikacji Społecznej i jednocześnie rzecznikiem prasowym BBN za czasów Lecha Kaczyńskiego.

W 2004 roku został pierwszym dziennikarzem, któremu Kapituła ds. Odznaki GROM przyznała Honorową Odznakę Jednostki Specjalnej GROM.

- Mój „gromik” ma numer 035. To znaczy, że wcześniej – w ciągu kilkunastu lat istnienia oddziału – w podobny sposób wyróżniono zaledwie trzydzieści cztery osoby! - opowiada Rybak.

Na jego stronie creatiopr. możemy przeczytać wiele ciekawych informacji o polskich siłach specjalnych. Choć oficjalnie dawno już zakończyła się nasza misja pod Hindukuszem, nadal operuje tam kilkudziesięciu żołnierzy z wojsk specjalnych. Ich główne zadanie to szkolenie sił afgańskich. Stacjonują w kilku bazach.

Formalnie tworzą Zespół Doradców Wojsk Specjalnych SOAT-50. Zajmują się selekcjonowaniem i szkoleniem afgańskich sił specjalnych. Ale to nie są tylko zajęcia w bazach wojskowych. Nasi towarzyszą im w operacjach specjalnych, obserwując postępy szkolenia.

CO TO JEST SOAT?

Pamiątkowe zdjęcie uczestników operacji Sledgehammer.

Siły specjalne są jak klocki. Z najmniejszych elementów można składać większe. Wszystkie do siebie idealnie pasują. Najmniejsze to kilkuosobowe sekcje działań specjalnych. Kilka takich sekcji tworzy grupę specjalną. To właśnie taka grupa działająca w Afganistanie została określona jako Zespół Doradców Wojsk Specjalnych (Special Operations Advisory Team) SOAT-50. W czasie polskiej misji w Afganistanie kilka takich grup tworzyło Task Force.

- Mieliśmy w Afganistanie dwa takie zespoły. TF-49 wywodził się z GROM-u, TF-50 z Lublińca. Zmiana nazwy z TF na SOAT wynika ze zmiany charakteru polskiej misji. Z „bojowej” stała się ona „szkoleniową”- wyjaśnia Jarosław Rybak.

Informacje o SOAT-50 potwierdziły informacje, o których „ludzie z branży” szeptali od dawna.

- To, że polscy specjalsi, po cichu, nadal operują w Afganistanie jest dowodem uznania i zaufania dla Wojska Polskiego. Wycofując wielotysięczne kontyngenty spod Hindukuszu, nasi sojusznicy zostawili tam tylko ściśle wybrane pododdziały. Patrząc przez pryzmat polskiej racji stanu to dobrze, że wśród tych nielicznych są Polacy - twierdzi Jarosław Rybak.

Radość zwycięzców. Zdjęcie zrobiono tuż po akcji, na schodach zdobytego budynku.

Pierwszy reportaż o żołnierzach z Lublińca napisał w 1997 roku. Potem obserwował ich w koszarach, na poligonach i misjach: w Macedonii, Iraku, Afganistanie.

- Nie jest łatwo przeniknąć do świata specjalsów. Poznaję go od ponad piętnastu lat - mówi Rybak.


 "TASK FORCE-50. OPERACJA „SLEDGEHAMMER”


Budynk, w którym przetrzymywano zakładników.

Książka Jarosława Rybaka opowiada o jednej z najtrudniejszych akcji z udziałem polskich komandosów.

- To była pierwsza w historii Wojska Polskiego operacja ratowania zakładników uwięzionych przez terrorystów samobójców. Ośmiu żołnierzy z Task Force-50, zespołu z Jednostki Wojskowej Komandosów w Lublińcu, zaryzykowało życie, żeby wykonać to skrajnie niebezpieczne zadanie - opowiada Rybak.

Publikujemy jej fragment:

"Dla cywila wybuch granatu hukowego jest jak małe trzęsienie ziemi. Podłoga drży, ściany jakby miały się za moment zawalić. Na kilka sekund oszałamia każdego, kto jest w środku. Ale samobójcy, obwieszeni materiałem wybuchowym, byli szkoleni, żeby radzić sobie z takimi eksplozjami… 


Gdy tylko ucichł huk kolejnego wybuchu, powietrze przeszył przeraźliwy wrzask: „Allah Akbar!”. Długowłosy, niezbyt wysoki mężczyzna z drobnym wąsem pod nosem wyskoczył na korytarz. Wcześniej nie strzelał, przyczaił się i chciał jak najbliżej dopuścić nacierających. Biegł bez broni. W lewej dłoni trzymał mały, czarny telefon komórkowy. Spod rozpiętej bluzy amerykańskiego munduru wystawała wypełniona żółtawymi kostkami plastiku płócienna kamizelka samobójcy.

Napastnik nie zrobił nawet kilku kroków. Nasi odpowiedzieli ogniem. Z precyzyjnie wymierzonych karabinków posypały się kule. Afgańczycy strzelali z Kałasznikowów. Pociski kalibru 7,62 milimetra mają zdecydowanie większą moc obalającą od tych kalibru 5,56, używanych w NATO. Dlatego te pierwsze serie spowodowały, że faceta dosłownie odrzuciło.

Mężczyzna upadł na podłogę. Nie mógł przeżyć tej kanonady. Z rozwartej dłoni wypadł telefon. Specjalsi idący na przedzie zauważyli, że ekran jest podświetlony, a włączona komórka nawiązuje połączenie.

Gwałtowne: „Out… Out… Out…” rozległo się na korytarzu. Wąż sunący przy obu ścianach błyskawicznie zaczął się cofać do najbliższych pomieszczeń.

– Każdy z nas wiedział, że telefon komórkowy może być inicjatorem wybuchu. A facet za moment eksploduje. W kamizelce było kilka kilogramów materiałów wybuchowych, metalowych kulek, śrub i innego drobnego żelastwa. Nawet gdybyśmy ukryli się przed odłamkami, w betonowym budynku mogło nas skasować ciśnienie fali uderzeniowej wybuchu – mówi „Suchy”.

Minęło kilka sekund. Do eksplozji nie doszło. Nie było czasu na wahanie. Kolejny talib obwieszony materiałem wybuchowym mógł czaić się w pobliżu. Ruszyli do przodu. Musieli stawić czoła niebezpieczeństwu, z jakim wcześniej nie spotkał się żaden polski żołnierz.

Mieli uwolnić zakładników pojmanych przez terrorystów samobójców. Po jakimś czasie Afgańczycy nadali tej operacji kryptonim „Sledgehammer”.

Na wczorajszej konferencji o ostatnich działaniach w Afganistanie polskich komandosów gen. dyw. Sławomir Wojciechowski, dowódca operacyjny RSZ powiedział:

 - Operacja była starannie przygotowana, zaplanowana i wcześniej ustalona. Jej znaczenie jest o tyle duże, że świadczy o znaczącym postępie sił afgańskich i ich samodzielności. Zadanie było realizowane zgodnie z przyjętym mandatem, gdzie siły specjalne szkolą, doradzają i w razie potrzeby asystują. (…) Sukces jest tym większy, że odbyło się bez strat. To dobry prognostyk na przyszłość.

Kto wie, być może za kilka lat ktoś i o tej akcji napisze książkę. A może być i tak, że nigdy nie poznamy szczegółów. W końcu to wojska specjalne. Współcześni cichociemni... 

Zdjęcia: Jarosław Rybak z książki 
"TASK FORCE-50. OPERACJA „SLEDGEHAMMER”

Czytaj więcej

Napisz do autora m.zawala@silesion.pl
Zmiana kategorii na: Kultura