Czytasz: Mamy truciciela! Wspólnie ze strażą miejską lataliśmy dronem nad Katowicami

Mamy truciciela! Wspólnie ze strażą miejską lataliśmy dronem nad Katowicami

01:22
Jeden większy, drugi mniejszy. Dwa drony nadlatują nad komin. Palisz byle czym, zostaniesz na tym przyłapany.

 

Piątek, godz. 14. W Katowicach słupki rtęci wskazują 4 stopnie na plusie. Nie oznacza to jednak, że problemu ze smogiem nie ma. Wszystko się zresztą okaże. Pod siedzibę katowickiej straży miejskiej podjeżdża ekipa droniarzy. W bagażniku mają sporej wielkości specjalistycznego drona. - Z mechanizmem pomiarowym. Całość waży 13 kilogramów - zaznacza Przemysław Tomków, przedstawiciel Grupy WB, która specjalizuje się w takich właśnie powietrznych pomiarach.

Obok wielonożnego giganta, wygodnie leży sobie jego mniejszy brat. - To mały, klasyczny dron. Wylatują razem. Mniejszy naprowadza większego - tłumaczy Tomków.

Szarość w dziesięć minut

- Kierujemy się w stronę Giszowca - ordynuje Jacek Pytel, rzecznik prasowy katowickiej straży miejskiej. - Przy tamtejszej szkole są domki jednorodzinne. To przede wszystkim takie domostwa przyczyniają się do smogu - tłumaczy.

Wjeżdżamy do dzielnicy. Początkowo smużek dymu nie widać. Być może jest jeszcze za wcześnie. Być może mieszkańcy są jeszcze w pracy, a paleniska rozpalą jak wrócą. Ciemno zaczyna się robić przy ul. Kwiatowej.

Dym pobiera przez specjalne rurki

Ceglany dom na skraju ulicy. To z niego wydobywa się gęsta warstwa dymu. Falami. Komin raz dymi mocniej, raz słabiej. Do tego dochodzi jego sąsiad, a także budynek stojący kilkanaście metrów dalej. Strażnicy dają znak, że drony mogą startować.

Mniejszy szybko unosi się w powietrze. Większy brat robi za to spory podmuch przy wznoszeniu się. Oba zbliżają się nad sam komin. W tym momencie Tomków uruchamia laptopa. - Przez rurki systemu pomiarowego w dużym dronie dostaje się dym. Analizują go czujniki, ich wartość analizowana jest na bieżąco – wskazuje na tabele, które rysuje mu w komputerze specjalny program. Czy ktoś pali dozwolonym węglem czy wepchnął do paleniska jakieś śmieci, straż miejska wie od razu.

Poszła fama. Musieli prosić o rozpalenie w piecach

Pomiary nad kominami trwają kilkanaście minut. Tyle wystarczy by niemal cała Kwiatowa zrobiła się ciemna. Będzie mandat? - Nie ma podstaw – mówi Tomków. Bo choć komputer pokazał mu przekroczenie wartości PM 10, inne czujniki wskazały, że mieszkaniec domu jednorodzinnego pali węglem. - Jest to zgodne z prawem, ale proszę zauważyć jak zrobiło się ciemno i jak śmierdzi - zauważa Pytel. Wspomina sytuację z Żywca sprzed kilku tygodni. - Tam też służby testowo miały latać dronem nad kominami. Fama, która obiegła mieszkańców, spowodowała jednak, że tego dnia dosłownie pogasły wszystkie piece. Mundurowi musieli prosić o rozpalenie, żeby można było urządzenia po prostu przetestować – wspomina z uśmiechem Pytel.

Kupią własnego „giganta”?

Piątkowa akcja w Katowicach też miała taki charakter. Czy strażnicy w walce ze smogiem będą już na stałe korzystać z ekipy profesjonalnych droniarzy? - Czas pokaże - mówi rzecznik. Dodaje, że taka jednorazowa akcja nie jest tania. Urządzenia obsługuje trójka specjalistów. Dwaj zajmują się dronami, trzeci zaś kontroluje ich pomiary przy pomocy komputera. Koszt? Ok. 3,5 tysiąca złotych za kilka godzin „śledzenia kominów”. - Być może sami zaopatrzymy się w sprzęt i przeszkolimy ludzi – zastanawia się Pytel.

- Mamy truciciela! – pada w końcu z ust operatora programu. Okazuje się, ze przy ul. Działkowców, właściciel domu jednorodzinnego palił...emaliowanym drewnem. Tłumaczenie? To tylko na rozpałkę. Przypomnijmy; mandat za palenie śmieciami to nawet 500 zł.

Czytaj więcej