Czytasz: Durczok: To się właśnie dzieje. Za zamkniętymi drzwiami

Durczok: To się właśnie dzieje. Za zamkniętymi drzwiami

Kilku śląskich prezydentów ma taką siłę, że gdyby się z nimi sfotografować, kandydaci nowej partii mieliby miejsce w sejmiku jak w banku. To przypomina 1989. Wtedy mówiono, że gdyby obok Wałęsy postawić konia, też wygrałby mandat w parlamencie.

Ciepłe, letnie popołudnie. Miła, pięknie zlokalizowana i serwująca znakomitą kuchnię restauracja, gdzieś w zielonej części Śląska. Wchodzi jeden z bardzo znanych, byłych prezydentów miasta. Za nim kolejny, wreszcie absolutna gwiazda śląskiego samorządu. Rozmawiałem z ex-prezydentami krótką chwilę. Nazwisk i miejsca nie podam. Nie ogłaszam wszem i wobec kogo spotkałem w knajpie. Ale podzielę się myślami, które kłębiły się w głowie po tym spotkaniu. I nieważne, czy było czysto towarzyskie, czy polityczne.

Jest rok 2015. Równie ciepłe lato. W bitwę o sejm wchodzi Ryszard Petru. I on, i jego polityczni protektorzy wiedzą, że na rynku jest luka. A właściwie wyrwa, lej po bombie, spalona ziemia wokół której błąkają się wściekli na Platformę, zawiedzeni jej lenistwem i samozachwytem, wyborcy. Petru wie, że nigdy nie zagłosują na PiS. Do innych partii też im daleko. Szansę daje ktoś, kto obieca wszystko, czego nie zrobiła Platforma. Odnosi sukces. Wchodzi do sejmu. Dalsze, smutne losy lidera Nowoczesnej, na użytek tego tekstu nie mają żadnego znaczenia. 

Wracamy do współczesności. Rok 2018. Bitwa o prezydenckie fotele w miastach, choć dla PO ważna, nie jest jedynym frontem, na którym partia Schetyny musi udowodnić, że wciąż jest atrakcyjną panną na wydaniu. Schetyna, a na Śląsku szef struktur i marszałek, Wojciech Saługa, muszą pokazać, że potrafią utrzymać władzę. By minimalizować ryzyko porażki, zawiązują ogólnopolski sojusz z Nowoczesną. Ale doskonale zdają sobie sprawę, że to może być mało. Potrzebują do rządzenia kogoś jeszcze. Zawiedzeni Platformą to wciąż duża grupa. 

Na Śląsku mają słaby wybór. PSL, poza podbeskidziem, nie jest tu specjalnie silne. Sojusz z RAŚ ma różne fazy. Byłbym zatem ciężko zdziwiony, gdyby nie pomyśleli o sojuszniku tyleż mocnym, co niewykorzystanym. I tu nasza historia wraca do wniosków po spotkaniu na tarasie miłej restauracji.

Dobra. Koniec gdybania i spekulacji. Z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że toczą się rozmowy o nowym ugrupowaniu, które miałoby ruszyć po mandaty w sejmiku. Sondowani są najpopularniejsi śląscy prezydenci. Część nie mówi nie. Siła i autorytet niektórych jest tak duży, że mogą powtórzyć manewr sprzed 30 lat, ze słynnym zdjęciem z Wałęsą. Wtedy żartowano, że jeśli na wyborczym plakacie obok lidera Solidarności stanąłby koń, to też wygrałby poselski mandat. Dziś śmiało można założyć, że mało znani kandydaci postawieni na plakacie obok tuzów śląskiego samorządu, mają w sejmiku miejsce jak w banku. To wersja maksimum. 

Ale plan ma kilka poważnych minusów. Platforma postradałaby zmysły,  gdyby go oficjalnie wsparła. To oznacza, że z komitetu poparcia, wypadają przynajmniej 4 duże nazwiska, startujące pod szyldem PO. A to wielka strata.

Kolejna przeszkoda, to brak lidera. Pomysłodawcy projektu, od wielu tygodni (a pomysł zrodził się ponoć w trakcie prywatnego spotkania już w marcu) debatują w zaciszu gabinetów nad potencjalnymi nazwiskami. Śląskie elity polityczne to wciąż jednak kilkunastu tuzów i ławica płotek. Kwestia składu tej drużyny jest więc kwestią niełatwą. Po prawdzie - nie wiem, czy pomysł na tym właśnie etapie nie padnie.

Wreszcie, kłopotliwa jest postawa samych prezydentów. W dyskusji wydają się zainteresowani. Ale kiedy wracają do swoich miejskich mateczników, tracą zapał. To tam są osadzeni, tam znają wszystkie ścieżki, tam czują się pewnie. Ryzyko wpadki czy pomyłki niemal zerowe. A nowy projekt to wątpliwości i ewentualne straty. Po co się narażać…?

Projekt jest faktem. Rozmowy w tej sprawie się toczą, co wiem z kilku źródeł. Czy coś z niego wyjdzie, zależy głównie od ojców założycieli. Ale casus Petru jest nęcący. Współrządząca województwem nowa formacja byłaby znacznie bardziej przewidywalnym partnerem niż SLD czy ŚPR. Zwłaszcza formacja Czarzastego, według rozmaitych źródeł, po dwóch w miarę korzystnych sondażach, chodzi po Warszawie i opowiada, że w każdym wyniku wyborczym jest koalicjantem, dostaje wicepremiera i trudną teraz do oszacowania, liczbę ministerstw. Jeśli te plotki to prawda, nie budźmy ich. Powyborcza pobudka może być bolesna.

Czytaj więcej