Czytasz: "Drzwi komory bombowej otwarte"

"Drzwi komory bombowej otwarte"

Grudniowy poranek w amerykańskiej bazie lotniczej Pantanella w środkowych Włoszech. Czterosilnikowe Liberatory kołują do startu. Na mapach rozłożonych w kokpicie i na stanowisku nawigatora zaznaczono cel: wielkie instalacje paliwowe na Górnym Śląsku.

W lukach po 2,5 tony bomb. Ciężkie maszyny rozpoczynają długotrwałe wznoszenie na wysokość sześciu tysięcy metrów. W powietrzu 300 bombowców ustala swoją pozycję i formuje szyk. Błysk ze skrzydeł oznacza „dołączcie do nas”. Lot potrwa około 5 godzin.

Syntetyczna benzyna Hitlera

Przewidując, że po rozpoczęciu wojny w Europie dostęp do naturalnych, przede wszystkim rumuńskich i kaspijskich złóż ropy naftowej może być utrudniony, stratedzy Hitlera postanowili stworzyć bazę produkcyjną do wytwarzania alternatywnych paliw dla wojska. Chodziło o ogromne ilości paliwa lotniczego, oleju napędowego i benzyny dla Luftwaffe i armii lądowych. Sieć zakładów, wytwarzających paliwa syntetyczne na bazie węgla kamiennego, ulokowano w rejencji Oppeln.

Południowo zachodnie krańce Górnego Śląska były bezpiecznie oddalone od granic wrogów Trzeciej Rzeszy - Francji, Anglii i sowieckiej Rosji. Pod koniec lat trzydziestych w zasadzie żadna armia nie dysponowała maszynami zdolnymi do podjęcia bombardowań górnośląskiego kompleksu. W trójkącie Odertal-Blechhammer- Heydebreck rozpoczęto unowocześnianie lub budowę instalacji przetwórczych Schaffgotsch Benzin Werke GmbH (Zdzieszowice), Oberschlesische Hydrierwerke AG (Blachownia) oraz IG Farbenidustrie AG Werk (Kędzierzyn). Po wybuchu wojny, do niewolniczej pracy, wykorzystywano więźniów i jeńców, w tym tysiące ludzi sprowadzonych z obozu koncentracyjnego w Auschwitz.

 
Azymut: Góra Św. Anny

Bombardowania niemieckich rafinerii w okolicach Góry Świętej Anny trwają od lipca 1944 r. Amerykanie próbują zniszczyć niemieckie fabryki w rejonie Blachowni, Kędzierzyna i Zdzieszowic. Ale Niemcy wciąż odbudowują instalacje. Grudniowe, ciężkie naloty, jak i wcześniejsze bombardowania przyniosą śmierć i zniszczenia. Zginą robotnicy przymusowi, więźniowie, bogu ducha winni mieszkańcy śląskich wiosek. Z misji nie powróci kilka amerykańskich załóg. Ostatni nalot na Blachownię, następuje w drugim dniu Świąt Bożego Narodzenia,  26 grudnia 1944 roku.

Na pokładzie bombowca najważniejsze role odgrywają piloci i bombardierzy. Muszą się doskonale rozumieć. W Liberatorach automatyczny pilot podłączono bezpośrednio do celownika bombowego, a każda zmiana położenia jest transmitowana z kokpitu do urządzeń celowniczych. Dokładność bombardowania zależy od prawidłowego obliczenia wysokości lotu, prędkości rzeczywistej, parametrów balistyki i trajektorii opadających ładunków bombowych, a także dryftu, spowodowanego wiatrem bocznym, oraz gęstości powietrza. Zdarzało się, że amerykańscy lotnicy popełniali błędy. W czasie jednego z nalotów zbombardowali wioski Bierawa i Stare Koźle, a mieszkańcy górnośląskich osad nie zdążyli nawet schronić się w piwnicach.

W czasie nalotów dywanowych kilkaset samolotów, lecących blisko siebie, tworzyło zwartą figurę. Przypominała ona gigantyczny prostokątny dywan w rozmiarze 10 tys. m. kw. Przewodnikami formacji byli nawigatorzy, porozumiewający się drogą radiową. Jeden bombowiec, który namierzył cel, naprowadzał tuzin innych. Wówczas padała komenda: Bomb bay doors open. „Drzwi komory bombowej otwarte”. Na ziemi rozpoczynało się piekło.

Liberatory były długodystansowymi konstrukcjami o  bardzo długich i delikatnych skrzydłach. Zazwyczaj obsługiwało je 10 członków załogi. Oprócz dwóch pilotów, tworzyli ją nawigator, inżynier pokładowy, radiooperator, bombardierzy i strzelcy. Najbardziej zaawansowane stanowisko strzeleckie znajdowało się na przedniej, sterowanej hydraulicznie wieżyczce. Zmodernizowany Lib. Consolidated A-6A był nieco dłuższy niż pozostałe wersje maszyny i liczył 20,61 m. Napędzały go cztery silniki Pratt & Whitney, w układzie podwójnej gwiazdy, z turbosprężarkami. Skuteczność nalotów zależała przede wszystkim od celności. Doskonale sprawdzały się celowniki bombowe serii M. i automatyczne piloty C-1. 

Jedną z jednostek uderzeniowych osławionej 15. Armii powietrznej Stanów Zjednoczonych, stanowiła 454 grupa sił powietrznych (454th Bomb Group),  składająca się z czterech eskadr ciężkich bombowców. Utworzono ją w maju 1943 r. w bazie Davis-Monthan Field, nieopodal Tucson w Arizonie w momencie, gdy wojska amerykańskie przejmowały inicjatywę w strefie Pacyfiku, a na wschodzie Europy oddalała się wizja definitywnego rozbicia Armii Czerwonej przez Hitlera.

Lotnicy trafili do centrum szkolenia taktycznego sił powietrznych USA w Orlando na Florydzie. Niebawem personel Liberatorów (Wyzwolicieli) B-24 został przerzucony przez Atlantyk do Tunezji, a następnie do bazy Pantanella, utworzonej na oswobodzonych od nazistów obszarze Włoch, na granicy Perugii i Umbrii. Właśnie z tego lotniska wykonywano najtrudniejsze długodystansowe misje, których zadaniem było zniszczenie pracujących dla wroga rafinerii, fabryk amunicji, instalacji przemysłowych, lotnisk i portów we Włoszech, Jugosławii, Austrii, Bułgarii, Rumunii, Francji oraz na terytorium Niemiec i Polski.

Jednym z najważniejszych celów amerykańskich lotników były położone na Górnym Śląsku, w rejonie Góry Świętej Anny, hitlerowskie fabryki syntetycznej benzyny zaopatrujące niemieckie wojska walczące na froncie wschodnim i na zachodzie Europy. Od połowy 1944 roku załogi amerykańskie przeprowadziły kilkanaście zmasowanych nalotów na Kędzierzyn. Jednostki 15. Armii wchodziły w okresie zimnej wojny w skład dowództwa strategicznego sił powietrznych USA (Strategic Command) biorąc udział w wojnie w Korei i w Wietnamie. Jej lotnicy brali także udział w wojnie w Zatoce Perskiej w 1991 roku.

Grzmot Flaków

Od 1942 roku Niemcy zaczęli przygotowywać się do powstrzymania ataku z powietrza. Po lądowaniu aliantów w Normandii, zdecydowano, że priorytetowymi celami sprzymierzonych staną się zakłady przerabiające ropę naftową oraz produkujące paliwa syntetyczne.

W okolicy Kędzierzyna i Blachowni zaczęto wznosić umocnienia, stanowiska operacyjne i ogniowe, schrony dowodzenia oraz bunkry połączone ze sobą systemem łączności. W promieniu kilkunastu kilometrów rozlokowano baterie armat Flak 36 88 mm i Flak 37. Zamontowane na łożu krzyżowym pozwalały na prowadzenie ognia we wszystkich kierunkach.  Flaki tworzyły skuteczną zaporę ogniową, która dziesiątkowała alianckie eskadry.

Złowieszczy odgłos tych dział napawał grozą załogi bombowców. Kaliber 105 mm. można było rozpoznać po białej smudze pozostawianej przez pociski, a osiemdziesiątce ósemce towarzyszyły tłuste czarne kłęby. W okolicach Blachowni i Kędzierzyna Niemcy zbudowali instalacje do wytwarzania dymu i sztucznej mgły, które przy sprzyjającej pogodzie mogły skutecznie maskować fabryki. Amerykańskie samoloty zazwyczaj nie schodziły poniżej pułapu 8 tys. m., wyjątkowo zniżały się na ok. 6 tys. m. W kadłubie samolotu panowały temperatury dochodzące do minus 50 stopni Celsjusza. Lotnicy mieli na sobie ogrzewane elektrycznie kombinezony. Oddychali sprężonym tlenem. W czasie nalotów na tereny przemysłowe Blachowni, Zdzieszowic i Kędzierzyna siły amerykańskie zrzuciły blisko 10 tysięcy ton bomb burzących i zapalających. W czasie bombardowań, a było to terytorium Rzeszy, cała okolica zamieniała się w piekło. Ginęli robotnicy przymusowi i mieszkańcy okolicznych wiosek.

Wiele amerykańskich bombowców nie powróciło z tych misji. Niemcy strącili w tych okolicach 29 bombowców. Część załóg uratowała się wyskakując ze spadochronami. Nad podopolskimi rafineriami zginęło 135 lotników. Młodzi ludzie, w wieku 19-22 lat, złożyli najwyższą ofiarę, aby przypieczętować losy wojny.

Kilka lat temu, członkowie stowarzyszenia "Blechhammer 1944" z Kędzierzyna-Koźla, ustalili nazwiska amerykańskich żołnierzy, którzy zostali zestrzeleni przez niemiecką obronę przeciwlotniczą. Ludzie ze stowarzyszenia zapragnęli uczcić pamięć poległych, ale pomysł wywołał ostre sprzeciwy tych, którzy pamiętali, że w nalotach ginęli także cywile.

Również w innych miejscach na południu Polski żywa jest pamięć o Liberatorach, które pod koniec wojny wykonywały naloty na zakłady chemiczne w Auschwitz. We wrześniu 1944 roku B 24 "Dinah Might" został trafiony przez niemieckie pociski przeciwlotnicze. Poważnie uszkodzony samolot zawrócił na południe, wkrótce znalazł się nad Żywcem i Pilskiem. W okolicach Sopotni dowódca rozkazał załodze opuszczenie bombowca, a sam spróbował wylądować w okolicach Jeleśni. Maszyna nie zdążyła wytracić prędkości, zaryła dziobem w pole, przełamując się na pół. 

Inny Liberator, należący do 15 Armii Powietrznej o nazwie "California Rocket", rozbił się w Gorcach 18 grudnia 1944 r. pod przełęczą Pańska Przechybka. Kolejny Liberator rozbił się w okolicach Krupskiego Młyna. Kiedy uszkodzona maszyna znalazła się nad Pszczyną, kapitan wydał bombardierom rozkaz zrzucenia nieuzbrojonych bomb nad niezamieszkałym leśnym kompleksem. Dzięki żołnierzom z Armii Krajowej odnaleziono i uratowano dziewięciu członków załogi Liberatora. Podczas misji na Śląsku w latach 1944-1945 Amerykanie stracili ponad trzysta maszyn.

Czytaj więcej