Czytasz: Żegnaj Mistrzu. Wspomnienie Kazimierza Kutza

Żegnaj Mistrzu. Wspomnienie Kazimierza Kutza

Jego filmy pozwalały zrozumieć, skąd jesteśmy. Co nas ukształtowało. Z czego jesteśmy dumni. Co pozwalało przetrwać nam jako naród śląski całe stulecia.

Nauczył śląskości całe pokolenia. Przywracał nam dumę i godność, kiedy inni chcieli nas jej pozbawić. Zmaraszony karlus z gruby, za sprawą jego filmów, przestał być robotnym półgłówkiem. To prowadzona jego mistrzowską ręką kamera pokazywała najlepsze cechy ludzi tej ziemi. Był jedyny. Był. Kazimierz Kutz nie żyje. 

Cały jestem z matki - mawiał, pytany o swoje korzenie.

To umiłowanie mamy, najważniejszej osoby w życiu, ikony śląskiej rodziny, kazało Mu potem przebijać głową mur niechęci. Siła, jaką dała Mu matka, wiara w jego talent, pragnienia i marzenia, pognała go do łódzkiej filmówki. Za tę wiarę w syna odwdzięczył się jej najpiękniej, jak potrafił. Matka Ślązaczka w jego filmach to heroska, piękna, godna, silna i znosząca ciosy, jakich żadnej matce na Śląsku los nie szczędził. 

Kochał ten nasz Śląsk. Kochał go miłością bezgraniczną i bezwarunkową. Nadał mu osobowość, uczynił pragnieniem, marzeniem, ideałem. Malował czarny, węglowy region barwami jasnymi i promiennymi. Był jak filmowy odpowiednik malarzy naiwnych, kolorem i barwą odczarowujących świat maszyny parowej, czerni, brudu i sadzy wielkoprzemysłowego otoczenia. 

Jego filmy pozwalały zrozumieć, skąd jesteśmy. Co nas ukształtowało. Z czego jesteśmy dumni. Co pozwalało przetrwać nam jako naród śląski całe stulecia.

Wbrew komunistycznej cenzurze, czasem ją oszukując, czasem ostro się stawiając, pokazał zbrodnie, jakich na śląskiej tożsamości dokonywały komunistyczne władze, reprezentowane przez Cysorza - Zdzisława Grudnia, partyjnego kacyka z Sosnowca. Grudzień, nienawidzący Ślązaków, wydzierał nam to, co przez pokolenia było naszym dziedzictwem. Barbarzyński wjazd buldożerów, demolowanie unikalnej, delikatnej tkanki architektonicznej Giszowca i Nikiszowca, stały się symbolem nienawiści do regionu, który powrót do macierzy okupił krwią tysięcy ludzi. Tylko Kutz mógł pokazać to wszystko tak, jak czuły to tysiące z nas, płaczących podczas sceny śmierci starego Habryki, wyrzuconego ze swojego domku, swojego miejsca na ziemi. 

Był Ślązakiem i Polakiem. Był artystą i wrażliwym człowiekiem. Był rubaszny, dowcipny, bezpośredni, czasem brutalny. Ale był z krwi i kości nasz. 

Klął jak szewc. Pytałem Go kiedyś, jak sobie radzi z tą wyprowadzką do Warszawy, jak potrafi żyć bez widoku szopienickiego familoka i kopalnianego szybu. Zamyślił się i odpowiedział: "wie Pan, najpierw myślałem, że to koniec świata. Po tym, jak już mnie wypuścili z internowania, jak zacząłem się dusić i wpadać w depresję mrocznej nocy stanu wojennego, wiedziałem, że muszę uciekać. Patrzyłem przez okna mojego nowego warszawskiego mieszkania, smutny i zagubiony. I wtedy zobaczyłem po drugiej stronie ulicy cmentarz. E tam, pomyślałem, jakby co, jakoś się, kurwa, doczołgam. Depresja odeszła”. 

Jego kłótnie z otoczeniem były legendarne. Niechęć do innego mistrza polskiego kina, Andrzeja Wajdy, także. Nienawidził pompy i celebry. Na swoim siedemdziesiątym piątym jubileuszu, znudzony kolejnym listem gratulacyjnym, zapytał w pewnym momencie ze sceny: "halo, a od Wajdy tam czegoś ni mocie?".

"Sól ziemi czarnej", "Perła w koronie" i "Paciorki jednego różańca". Tryptyk śląski. Na zawsze będą nam przypominały, że Ślązak to narodowość, charakter, duma i godność. Za to i za wszystko inne - dziękuję, Mistrzu.

Czytaj więcej