Komentarz

Wspomnienie kogoś, kogo nie wolno mi pamiętać

Miałam ochotę zamknąć się w domu i wyć, płakać, zakopać się w kocach na tydzień, mimo że za oknem był upał. Żebym przypadkiem nie wpadła na to, że może mi być przykro, zadbał już lekarz w szpitalu...

Termin wypadał na styczeń, więc wyglądałabym pewnie jeszcze względnie zgrabnie, ale i tak dostawałabym szału, usiłując się przecisnąć między tymi tłumami i szukając najbliższej toalety. Na cmentarzu. Umówmy się: w ósmym miesiącu ciąży dziecko ujeżdżałoby już mój pęcherz z wprawą kowboja na rodeo w Arizonie.

Zamiast tego wypchałam zniczami torbę i poszłam w odwiedziny do pradziadków, których nigdy nie poznałam i cioci, która zmarła, kiedy byłam bardzo mała.

- W sumie mamy szczęście, że nigdy nie straciłyśmy nikogo naprawdę bliskiego, nie? - zapytała mnie siostra, kiedy szukałam zapalniczki nad nagrobkiem pradziadka Leonarda. Moja siostra nie wie, że kilka miesięcy temu straciłam kogoś najważniejszego na świecie, zanim jeszcze zdążyłam się przyzwyczaić do myśli, że go mam. Nie miałam wtedy siły opowiadać o tym, co się stało. Zwłaszcza, że akurat w rodzinie ktoś zachorował, a ktoś inny potrzebował pomocy i mój smutek zszedł na drugi plan dla wszystkich, łącznie ze mną samą.

- No. Mega szczęście - odparłam więc błyskotliwie, bo nic innego nie przyszło mi do głowy. Właściwie to prawda: ja też miałam szczęście. Gdyby to się stało później, bolałoby bardziej, prawda? Gdyby już wszyscy wiedzieli i potem musiałabym opowiadać o swojej traumie i codziennie przeglądać się w czyimś współczuciu. A tak, mogłam udawać, że nic się nie stało.

Bo przecież nic się nie stało.

Żebym przypadkiem nie wpadła na to, że może mi być przykro, zadbał już lekarz w szpitalu.

- Pierwszy trymestr, to się zdarza. Nawet nie musimy pani czyścić, samo z pani wyszło, to dobra informacja.

No, świetna informacja. Dzięki, panie doktorze. Samo wyszło. To ono.

Miałam ochotę zamknąć się w domu i wyć, płakać, zakopać się w kocach na tydzień, mimo że za oknem był upał. Chciałam, żeby ktoś mnie przytulił, wsparł, zrobił herbatę. Przyniósł zupę, której nie zjem, kupił kwiatek, którego nie chcę. Żeby siedział obok mnie i puszczał seriale. Ale okazało się, że ktoś inny potrzebuje zupy i uwagi. Zakasałam więc rękawy i ruszyłam do boju. Uznałam, że może to i lepiej. Nie będę się nad sobą użalać. Przecież lekarz powiedział, że wcale nie jestem wyjątkowa, bo jedna na sześć ciąż kończy się poronieniem. Nie ma co histeryzować…

A mimo to siedzę tu teraz i myślę. Zaduszki. Bo „za dusze”. Czy miało duszę, to moje ono? Było nią czy nim? Jakie miałoby oczy? Czy miewałoby kolki? Czy lubiłoby pomidory i sernik? Wolałoby fantastykę czy powieści przygodowe? Wakacje nad morzem czy w górach? Psy czy koty? Boso czy w kapciach? Mówiłoby do mnie „mamo” czy „mamusiu”?

I, skoro nic się nie stało, czy mam prawo nadal być smutna?

Chciałam zapalić znicz, ale nie wiedziałam gdzie. Dlatego po prostu poszłam do domu. Wychodząc, mijałam alejkę z nagrobkami dzieci. Ich rodzice mieli wczoraj gdzie zapalić znicz. Mieli prawo do żałoby. Wcale im nie zazdroszczę. Ale chyba bym chciała, żeby ktoś wiedział, że jest mi źle.

Czytaj więcej

Zmiana kategorii na: Polityka