News, Video, Historia

Ratowali górników Wujka

07:16

- Za wszelką cenę musieliśmy ściągnąć rannych do CSK - wspomina profesor Grzegorz Opala. Górników uratował fortel lekarzy

W 1981 roku dr Grzegorz Opala, neurolog, nie był jeszcze profesorem, a o tym, że kiedyś zostanie ministrem zdrowia, nawet nie marzył.  Z soboty na niedzielę, z 12 na 13 grudnia 1981 roku przyszedł  jak zawsze na dyżur do Centralnego Szpitala Klinicznego w Katowicach Ligocie.  No, właściwie nie jak zawsze. Atmosfera w kraju gęstniała już od dawna.  On zaś, jako szef uczelnianej Solidarności czuł, że coś wisi w powietrzu. To w Centralnym Szpitalu Klinicznym rodziła się "Solidarność" ówczesnej Śląskiej Akademii Medycznej. 

Kiedy Opala usłyszał przemówienie generała Jaruzelskiego zrozumiał, że władza nie odpuści. 

- Czuliśmy, że wszystko może  się zdarzyć, prawie nie wychodziliśmy ze szpitala - opowiada po latach prof. Opala. 

Z prof. Opalą, dziś przewodniczącym Stowarzyszenia „Solidarność i Pamięć”  spotykamy się w  Śląskim Centrum Wolności i Solidarności. Pod kopalnią Wujek. 35 lat temu doszło tu do pacyfikacji górniczego strajku. Padły strzały. Zginęli górnicy. 

Od początku stanu wojennego do CSK z godziny na godzinę docierały coraz gorsze wieści: pobito górników w kopalni Gottwald, strzelano do górników w kopalni Manifest Lipcowy w Jastrzębiu Zdroju. Tej samej, w której w sierpniu 1980 roku podpisano porozumienie z rządem. Rok później, 15 grudnia 1981 zmilitaryzowane jednostki ZOMO rozpoczęły pacyfikację kopalni. Ranne zostały cztery osoby. 

No i stanął Wujek. 

- Pamiętam jak kobiety z naszego szpitala jeździły ciągle na 8 piętro. Stamtąd widać było kopalnię. Bardzo wielu pracowników - pielęgniarek, salowych, pracowników administracji, czy lekarzy było związanych z Wujkiem rodzinnie. Kopalnia była miejscem pracy ich ojców, braci czy mężów. Kiedy zobaczyliśmy latający nad Wujkiem helikopter, zrozumieliśmy, że i tam się zaczęło. Ludzie bali się o bliskich - przypomina prof. Opala. 

Sześć kompanii ZOMO, kilka kompanii innych formacji milicji, sześć plutonów czołgów, armatki wodne, helikopter i bojowe wozy piechoty. I 17 członków Plutonu Specjalnego ZOMO. To oni strzelali. 

Rozkaz pacyfikacji dotarł  16 grudnia w południe. Czołgi zrobiły wyłomy w murze kopalni, do środka wdarło się ZOMO.

- Strzelano w głowę, klatkę piersiową, tułów. Tak, by zabić, co do tego nie ma wątpliwości - twierdzi z przekonaniem prof. Opala.

16 grudnia lekarze z CSK tej wiedzy naturalnie jeszcze nie mieli. Przygotowali się na przyjęcie rannych, najlepiej jak potrafili, ale karetki nie nadjeżdżały. Okazało się, że poszkodowani mieli pierwotnie trafiać do szpitali zmilitaryzowanych - w Ochojcu (szpital górniczy) i do szpitala MSW. 

- Nie mogliśmy do tego dopuścić. Ranni w klatkę piersiową czy w głowę nie mieli tam szans na właściwy ratunek. To u nas była przecież neurochirurgia czy torakochirurgia, choć na przyjęcie rannych przygotowaliśmy nawet sale zabiegowe ginekologii - przypomina Opala. 

Wspomina, że gdy w Ochojcu poproszono o pomoc dla rannego z kulą w głowie, dwóch lekarzy i instrumentariuszka z CSK natychmiast wsiedli do prywatnego auta, pod pachę zabierając zawinięte w prześcieradło narzędzia chirurgiczne.

Selekcji rannych pod Wujkiem nie dokonywali lekarze, lecz milicja i Służba Bezpieczeństwa. Stanisława Płatka, jednego z liderów strajku, siłą wywleczono z karetki jadącej do CSK i zabrano do szpitala MSW.

Czas uciekał. Prof Opala wspomina, że rozpaczliwie zastanawiali się, co robić, by ratować ludzi. To wtedy chirurg, dr Marek Rudnicki (w 1987 r.  wyemigrował do USA - przyp. red.), wpadł na genialny pomysł, by Służbę Bezpieczeństwa wyprowadzić w pole. 

- Dr Rudnicki przez szpitalną radiostację na izbie przyjęć, głosem nieznoszącym sprzeciwu, niczym jakiś esbek, nadał na częstotliwości, którą posługiwało się pogotowie, oficjalnie brzmiący komunikat, by wszystkich poszkodowanych kierować do CSK - mówi prof. Opala. 

Fortel się udał. Niemal natychmiast karetka za karetką zaczęły podjeżdżać pod CSK. Po godzinie mieli już 23 rannych. Nikt nigdy nie sprawdził, ilu z nich dzięki temu uniknęło śmierci.

W izbie przyjęć, którą kierowała oddziałowa Zofia Kiera, opatrywano rannych i poszkodowanych. Natychmiast, w obawie o ich bezpieczeństwo, zakładano im podwójną dokumentację medyczną.

- Baliśmy się, że SB będzie karać uczestników strajku, więc pisaliśmy: zwichnął nogę na schodach, poślizgnął się na chodniku, itd.  Ustaliliśmy nawet, że jeśli SB wkroczy do szpitala, rannych ukryjemy w windzie do przewożenia zwłok - dodaje profesor. Na szczęście do tego nie doszło. Niestety, nie zachowała się dokumentacja szpitalna z 16 grudnia. Szkoda.

 Do dziś m.in. z tego powodu, nie wiadomo, ilu było rannych w kopalni Wujek. - Rany postrzałowe miało w sumie ponad 20 osób. Ale to nie były tylko rany postrzałowe. Moim zdaniem tylko do CSK trafiło kilkudziesięciu poszkodowanych - twierdzi prof. Opala.

W czasie pacyfikacji kopalni Wujek zginęło dziewięciu górników (sześciu na miejscu, a trzech pozostałych w wyniku odniesionych ran). 

16 grudnia 2016 roku w 35. rocznicę pacyfikacji kopalni Wujek o godz. 13.00 w holu Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego im. prof. K. Gibińskiego  Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach przy ul. Medyków 14 odbędzie się  uroczystość złożenia kwiatów pod tablicą upamiętniającą wspaniałą postawę lekarzy, pielęgniarek i pozostałych pracowników służby zdrowia, organizujących pomoc górnikom rannym 16 grudnia 1981 roku w czasie pacyfikacji strajku w KWK Wujek.

Uroczystość poprowadzi prof. Grzegorz Opala. Tablica znajdująca się w holu szpitala jest symbolem pamięci o wszystkich pracownikach służby zdrowia nie tylko w czasie pacyfikacji KWK Wujek, ale w całym okresie stanu wojennego.

Czytaj więcej

 

Napisz do autora m.zawala@silesion.pl
Zmiana kategorii na: Zdrowie