Czytasz: Leczyliśmy zawał do godz. 13

Leczyliśmy zawał do godz. 13

Prof. Andrzej Lekston, kardiolog ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu o początkach leczenia zawału serca w Polsce

Dziś z udziałem prezydenta RP Andrzeja Dudy w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu, odbędzie się uroczysta konferencja z okazji 30-lecia inwazyjnego leczenia zawału serca w Polsce.  W sierpniu 1987 roku - w Zabrzu, jako pierwszym ośrodku w Polsce a drugim w Europie, rozpoczęły się stałe 24-godzinne dyżury w Pracowni Hemodynamiki. Od momentu wprowadzenia przez Andreasa Grunzinga w 1977 roku przezskórnej angioplastyki wieńcowej, podejmowano próby wykorzystania tej metody w leczeniu świeżego zawału serca. Już w listopadzie 1982 roku, w Mid America Heart Institute w Kansas City, USA wykonano pierwsze zabiegi udrożnienia tętnicy dozawałowej. Niemniej jednak skuteczne próby mechanicznego udrażniania tętnicy wieńcowej w ostrym zawale serca nie spowodowały odwrotu od dominującego i powszechnie stosowanego leczenia fibrynolitycznego. W Polsce w 1985 roku, w Instytucie Kardiologii w Warszawie, pierwszy zabieg angioplastyki wieńcowej wykonał zespół pod kierownictwem Witolda Rużyłły.

Rok później pierwszy zabieg angioplastyki w świeżym zawale serca wykonany został w Zabrzu w trybie dyżurowym przez Andrzeja Lekstona i Bogdana Borkowskiego.

 

Z prof. Andrzejem Lekstonem, o początkach leczenia inwazyjnego zawału serca w Zabrzu  rozmawia Maria Zawała

Źródło: Śląskie Centrum Chorób Serca


Mija właśnie 30 lat odkąd w Zabrzu zaczęto nowocześnie leczyć zawały serca. Pan profesor ma na tym polu szczególne zasługi.

Zaczęło się od tego, że ówczesny wojewoda katowicki powierzył prof. dr hab. med. Stanisławowi Pasykowi zorganizowanie od podstaw ośrodka kardiologicznego, w nowo wybudowanym budynku, mianując go 1 X 1983 r. dyrektorem Wojewódzkiego Ośrodka Kardiologii w Zabrzu. I właśnie to pan profesor Pasyk w 1977 roku wpadł na genialny pomysł, aby powołać w życie karetkę kardiologiczną, przeznaczoną tylko i wyłącznie dla chorych z dolegliwościami układu krążenia. Karetka ta była wyposażona w niezbędną aparaturę, aby już w domu chorego postawić wstępne rozpoznanie, jak również zacząć leczenie, a aparat do defibrylacji pozwolił wielu chorym, którzy w trakcie transportu  z domu do szpitala mieli groźne zaburzenia rytmu, uratować życie. To był ten strzał w dziesiątkę i kolejny etap leczenia zawału mięśnia sercowego. Drugim etapem było wprowadzenie leków trombolitycznych, czyli rozpuszczających zakrzep.  Początkowo podawaliśmy te leki dożylnie. Od 1 IV 1984r. na bazie Wojewódzkiego Ośrodka Kardiologii w Zabrzu rozpoczęła działalność IV Katedra i Klinika Kardiologii przy ulicy Szpitalnej 2, zaczęliśmy wtedy cewnikować chorych i podawać trombolizę dowieńcowo, do tętnicy, która była odpowiedzialna za zawał, czyniąc to w pracowni hemodynamiki. Od 1987 r. w wyniku zmian organizacyjnych Śląskiej Akademii Medycznej odpowiadała za to I Katedra i Klinika Kardiologii, na czele której stał naturalnie prof. Pasyk.

Następnym etapem leczenia zawału serca była wizyta dr. med. Waldemara J. Wajszczuka z Sinai Hospital Detroit, USA, który nauczył nas zabiegów balonikowania. Od 1986 roku zaczęliśmy to robić początkowo w planowych przypadkach, poszerzaliśmy zwężone naczynia. Wkrótce coraz odważniej zaczęliśmy to robić u chorych z zawałem mięśnia sercowego.  Ale tylko do godziny 13.

Czy dobrze słyszę, leczyliście zawały serca nowocześnie tylko do 13?

Trudno w to uwierzyć, ale wtedy wszystkie pracownie radiologiczne były czynne tylko 5 godzin, od 8 do 13. Jak ktoś miał zawał później, był leczony tradycyjnie wlewem streptokinazy. Po trzynastej zamykało się bowiem pracownię hemodynamiki i  wszyscy w  błogim spokoju rozchodzili się do domów.

Aż do dnia, w którym miał pan profesor ten pamiętny dyżur, zmienił standardy i przeszedł do historii medycyny.

Wtedy tak o tym nie myśleliśmy. W 1987 roku rzeczywiście miałem dyżur. Ja w ośrodku kardiologii, a mój nieżyjący już kolega Bogdan Borkowski, z którym wykonywałem zabiegi balonikowania - na karetce kardiologicznej. No i przywiózł mi chorego z zawałem o godzinie... 16. Pamiętam to jak dziś. Pacjent, pan Twardowski z Zabrza, miał zawał ściany dolnej, Zamkniętą prawą tętnicę wieńcową.  Z duszą na ramieniu uruchomiliśmy z Bogdanem sami pracownię hemodynamiczną, ściągnęliśmy z góry do pomocy pielęgniarkę  i udało nam się tę tętnicę udrożnić.

Profesor Pasyk na pewno był z Was dumny?

Na pewno to drugiego dnia o poranku dostaliśmy solidny ochrzan za to, że… nie zadzwoniliśmy do profesora. A ja byłem tym co zrobiliśmy tak podekscytowany, że po prostu zapomniałem zadzwonić z raportem. Prof. Pasyk na drugi dzień rano najpierw mnie  op…ył, a zaraz potem pogratulował i zobligował mnie do powołania od zaraz ostrych dyżurów zawałowych. Ponieważ był dyrektorem, natychmiast przesunął też na ten cel odpowiednie środki. W 1987 roku zaczęliśmy więc  24-godzinne dyżury zawałowe jako pierwszy ośrodek w Polsce i drugi, po Francji, w Europie.

Jak bardzo przez te 30 lat zmieniło się leczenie zawału serca?

Bardzo, przede wszystkim, zmieniła się technologia. Nieprawdopodobnie. To właściwie rewolucja: w sprzęcie, nowe leki, stenty, krzywa uczenia. To wszystko spowodowało, że śmiertelność w zawale wynosi dziś poniżej 10 procent. W latach 70., gdy zaczynałem, sięgała 50-70 proc.  Chory z zawałem był kładziony na łóżko, leżał 4 do 5 tygodni w szpitalu, nie wolno było mu się ruszać przez 2 tygodnie. Nie było monitorowania rytmu serca. Chory leżał, dostawał leki uspokajające, przeciwbólowe, heparynę  i okazjonalnie antyarytmiczne. To był horror. Trzeba było siedzieć przy pacjencie i obserwować zburzenia rytmu, inaczej nie miał szans przeżyć. Teraz zawał jest inaczej leczony. Podstawą jest jak najszybsze odetkanie zamkniętej tętnicy w sercu, co zatrzymuje powstawanie martwicy serca i ogranicza wielkość uszkodzenia mięśnia sercowego. Najskuteczniejszym sposobem  jest tak zwana pierwotna angioplastyka wieńcowa, czyli odetkanie tętnicy cienką rurką zakończoną balonikiem (czyli tzw. cewnikiem balonowym). Szybkie wykonanie tego zabiegu zmniejsza rozmiar zawału, a co za tym idzie, zwiększa szanse, że pacjent przeżyje zawał i że po zawale wróci do pełnej sprawności fizycznej. Wszczepiamy stenty, dzięki którym możliwe jest rozszerzenie naczynia krwionośnego, usprawnienie jego drożności i prawidłowego przepływu krwi oraz substancji odżywczych.

 30 lat temu byliście pionierami, co stało się potem?

Zaowocowało to wprowadzeniem w 1987 roku, z inicjatywy prof. Stanisława Pasyka, całodobowego dyżuru zawałowego w Pracowni Hemodynamiki zabrzańskiego Ośrodka, co było innowacją na skalę światową. Równocześnie zastosowano reperfuzje chirurgiczną u najtrudniejszych chorych z zawałem serca przez Zbigniewa Religę i Mariana Zembalę.

Dopiero po kilkunastu latach zabrzański model leczenia zawału serca zaczął rozpowszechniać się na kolejne ośrodki w kraju. Przełomem było spotkanie zorganizowane w Zabrzu przez prof. Lecha Polońskiego i Dyrektora Śląskiej Kasy Chorych dr. Andrzeja Sośnierza, na którym przedstawiono doświadczenia Zabrza i Śląska kardiologom oraz dyrektorom Kas Chorych z całej Polski. Dzisiaj dyżuruje ponad 120 ośrodków w Polsce, co w sposób istotny przełożyło się na zmniejszenie śmiertelności w zawale serca.

A jednak zawał serca nadal jest problemem.  Co roku w Polsce dotyka 100 tys. osób, co się równa liczbie mieszkańców jednego sporej wielkości miasta. Dla 35 tys. pacjentów kończy się zgonem. Ludzie chorują na serce. 

Chorują na serce, bo mają cukrzycę, nadciśnienie, kuleje profilaktyka, robi się regularne przeglądy aut, ale o zdrowie regularnie nie dbamy. Ale to temat na zupełnie inna rozmowę.