Relacja

Kobieta pod ziemią

Piłowałam drewno, przenosiłam metalowe rury i rozkręcałam śruby. Na kilka godzin zamieniłam się w górnika i pracowałam pod ziemią. Jak było?

Związki z górnictwem? Żadnych, jeśli nie liczyć mojego drugiego imienia. Z tego, że na drugie mam Barbara jestem bardzo dumna. A kultura górnicza zawsze była mi bliska, z górnikami czułam jakąś podskórną więź. Imponowali mi silni mężczyźni w kaskach i ich ciężka praca. Także odważne żony, czekające każdego dnia, czy ich panowie wyjadą spod ziemi. Zjazd do kopalni zawsze traktowałam jak wejście do świątyni. A cisza i ciemność sprawiały, że miałam gęsią skórkę. Nie znałam terminologii, nazw tego, co pod ziemią, a nawet śląskiej gwary, ale gdy widziałam górnika, to czułam respekt. Dla jego pracy, munduru, który nosi z szacunkiem. Wreszcie, dla jego czarnych od sadzy oczu, którym zwykle ukradkiem się przyglądałam.

Na szychtę do Guido

Czy marzyłam o tym, żeby zjechać szolą, wziąć do ręki klucz i popracować? Jasne. Bo to, że tam ciemno, gorąco i bardzo ciężko to wiedziałam, ale tylko z opowieści. Chciałam przekonać się na własnej skórze, jak wygląda ta górnicza praca. No i stało się.

Przyjechałam do zabrzańskiej kopalni Guido na szychtę, nową atrakcję. Ale ci, którzy myślą, że pod słowem „atrakcja” kryje się oglądanie eksponatów i robienie sobie przy nich zdjęć, pewnie się zdziwią. No więc zacznijmy od tego, że dostałam górniczy strój. Żółtą marynarkę i żółte spodnie. Do tego koszulę flanelową w niebiesko-czarną kratę. Gumiaki, pas i torbę. No i oczywiście kask. Kto zwiedzał kopalnię, ten wie, że pod ziemią nosi się kask. Ale my dostaliśmy do niego lampę. Nie dość, że ciężka, to jeszcze nawzajem świeciliśmy nią sobie po oczach. Wreszcie, aparat ucieczkowy. Co to takiego? Dzięki niemu, mam tlen przez 50 minut, w razie, gdybym go bardzo potrzebowała. Mam nadzieję, że zakładam go tylko dla ozdoby. Ta „ozdoba” waży jednak 4,5 kg i bardzo mi ciąży. Gotowi? No to „Szczęść Boże”.

Szolą 320 metrów w dół

Wsiadamy do szoli i zjeżdżamy 320 metrów pod ziemię. Chodzimy korytarzami, po spągu, opieramy się o ociosy, a jak podskoczymy to dotkniemy stropu. Notuję w głowie to górnicze nazewnictwo, chcę się go nauczyć i dobrze zapamiętać. Sztygar opowiada nam o pracy na kopalni. „Czy wiecie, że kiedyś pod ziemią pracowały kobiety? Pracowały też konie. A potem mogli robić już tylko mężczyźni. I tę ustawę nazwano „2K”. No bo i konie i kobiety zaczynają się na literę „k”. Ale od 10 lat, panie znów pracują na głębokościach”. Imponuje mi to. Ale tymczasem idziemy dalej. Cicho tam, a pył zgrzyta między zębami. „Czy widzimy tę metalową konstrukcję?” - pyta sztygar. Widzimy, to przenośnik taśmowy. "No to za 15 minut ma go nie być, ma całkiem zniknąć". Patrzymy na siebie i uśmiechamy się niewyraźnie. Ale jak to? Zwyczajnie. Do roboty. Sztygar mówi, że trzeba zacząć od ściągnięcia taśmy. No to ciągniemy, ale taśma jest bardzo ciężka. Dajemy radę, teraz trzeba ją zwinąć i postawić w pionie. Gotowe. Dostajemy więc klucze, którymi musimy rozkręcić śruby, dalej, rozebrać metalową konstrukcję z rolkami i jej elementy odłożyć na bok. Praca zbiorowa, nawet jakoś idzie. Śrubki trafiają do torby, metalowe części odrzucamy na bok i po kwadransie nie ma śladu po konstrukcji. Tak sobie myślę, że dokonaliśmy niemożliwego.

Nie ma czasu na świętowanie, idziemy dalej. Jest mi ciepło, choć temperatura sięga 16, może 17 stopni. Aparat ucieczkowy już nie ciąży. Nawet zapomniałam, że go noszę. Stał się częścią mnie.

Tabaka w nagrodę

Teraz musimy zdjąć lutnie wentylacyjne, czyli wielkie rury, które są podwieszone na łańcuchach. A potem przeczołgać się we wnętrzu takiej rury. Mój strój zmienia kolor. Już nie żółty, teraz jest stylowo czarny. Ale przez to bardziej autentyczny. No i zaczyna się najgorsze. Schodzimy w dół, bo musimy dojść do poziomu 355 metrów. Jest stromo i nisko. Nie wiem, ile razy palnęłam się w głowę o metalowe łuki podtrzymujące strop. Kucając, zsuwam się w dół, trzymam kask, który spada mi na oczy. A drugą ręką podtrzymuję aparat ucieczkowy i torbę. Robi się duszno i gorąco. Zeszliśmy? To teraz w górę. Najpierw po drewnianych schodach, a potem po stromym zboczu. Jak w górach. Zaczyna mi być słabo. Pot spływa ciurkiem, a ja czuję, że nie mam czym oddychać. Aparat ucieczkowy znów ciąży, wyrywa mi rękę. Mam ochotę go wyrzucić! Ale nie wolno mi się z nim rozstawać. Ciągle w górę, ale nie widzę, ile drogi przede mną. Stresuje mnie to i frustruje. Patrzę pod nogi, na swoje zapylone gumiaki. Ale się udaje. I czuję taką satysfakcję, jakbym zdobyła górski szczyt. Nawet z radością biorę łopatę hercówkę i przerzucam miał na taśmę. A potem piłuję drewno ze sztygarem, który po skończonej pracy ogłasza: „No dobra, teraz nagroda”. Nie można palić, ani pić. Pytam naiwnie, czy nas przytuli. On ma jednak coś lepszego. Każdy z nas dostaje odrobinę… tabaki. Oddech się oczyszcza i wreszcie można zaciągnąć porządny haust powietrza. Jestem wyczerpana i brudna. Bolą mnie nogi. Aparatu ucieczkowego nie lubię. Ale zapamiętam moment, w którym kucając, wyłączyliśmy latarki. Było tak cicho, że bolały uszy. I tak ciemno, że nie widziałam nawet swojej dłoni. Wyjechałam na górę zmęczona, ale szczęśliwa.

Teraz czuję jeszcze większy szacunek do wszystkich, którzy codziennie spędzają długie godziny pod ziemią. Jestem dumna, że na kilka godzin stałam się górnikiem. Górniczką.

Czytaj więcej

Napisz do autorów k.glowacka@silesion.pl, a.wietrzyk@silesion.pl
Zmiana kategorii na: MODA I URODA