Czytasz: Durczok: Ze śmiercią mi do twarzy, czyli tryumf pychy

Durczok: Ze śmiercią mi do twarzy, czyli tryumf pychy

Umknąłem jej trzy razy. Ze spotkań z nią wychodziłem bezczelniejszy. Prowokujący, by znowu wygrać. Nie lubię siebie takiego.

Pierwszy raz stanąłem z nią twarzą w twarz pod koniec 2002 roku. Miała oblicze raka. Wbiła mi się w prawą pachę i, niezauważona, rozrosła się do rozmiarów pięści. Wojna z nią trwała rok. Przychodziła w tym czasie wielokrotnie, śmiała mi się w twarz, wyłaziła z worka z chemią, wpełzała w moje ciało razem z kroplówkami, urządzała w organizmie wyścigi z lekarstwem. Żeby jej stawić czoła miałem tylko rozum. Reszta arsenału była w rękach lekarzy. Mózg kazał mi myśleć, że walczy z nią ktoś inny, nie ja. Że ja tylko użyczam ciała. Bo jest dość młode i silne, żeby ją pokonać. I tak maszerowaliśmy razem przez okrągły rok, łysiejąc, rzygając, wyjąc, upadając i wstając. Aż przyszedł listopad. Beznamiętna twarz lekarza wypluła komunikat, że jestem czysty. Wyszedłem z trumny. Uwierzyłem, że da się z nią wygrać. Strach wracał przez wiele lat, ale szybko mijał. Skoro wygrałem, trzeba ją tylko kopać co jakiś czas. Mocno, w twarz, w głowę. Żeby nawet nie myślała rzucać mi wyzwania ponownie. Przecież jestem królem.

I czułem się królem. Nic ci nie stanie na drodze, jeśli z NIĄ wygrałeś. Szanuj ludzi, kochaj bliskich, tul psa i kota. Ale w życiu sięgaj po co chcesz. Bo potrafisz. Możesz przebiec 10 kilometrów w 50 minut, zjechać na nartach szybciej niż wszyscy, pognać na motocyklu 270 na godzinę, pilotować samolot. Spróbować akrobacji. Jesteś nieśmiertelny. Chyba.

Drugi raz umknąłem jej przypadkiem. Do dziś mam w telefonie sms. „Cześć. Nie dostałem urlopu. Jeśli chcesz, możesz polecieć z ojcem w kabinie. To jego ostatni pokaz”. Syn miał tego dnia być symbolem pokoleniowej zmiany w lotniczej rodzinie. Nie mógł. Miałem polecieć ja. Cieszyłem się jak dziecko. Ale dzień wcześniej w Warszawie była solidna impreza. Zanim ruszyłem, było południe. Wiedziałem, że nie zdążę. Kiedy wściekły wjeżdżałem na lotnisko, tłum obserwujący pokazy stał sparaliżowany przerażeniem. Potem rozległo się „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…”. Modlitwa lotnika. Chwilę później usłyszałem, co się stało. Dwie maszyny zderzyły się w powietrzu. W jednej był On. A z Nim miałem być ja. Ale się spóźniłem. Spóźniłem na własną śmierć.

Tym razem chwilę mi zajęło, zanim doszedłem do siebie. Ale po kilku tygodniach wróciła tamta bezczelność. Znowu ją oszukałem. Czekała na mnie nad radomskim lotniskiem, a ja się jej schowałem. Nie jest taka sprytna, jak wszyscy myślą. Trochę szczęścia i znowu ją pokonałem. Myśl, że to ostrzeżenie, była ostatnią, jaka przyszłaby mi do głowy. Tryumf powalił rozsądek. Wróciła arogancja i brak pokory. Poczucie wygranej było silniejsze niż rozum. Siła zwycięzcy zdominowała kruchość życia. Król. 

Trzeci raz było ją tylko słychać. W dalekim kraju, toczonym wojną właściwie od zawsze, spędzałem Wigilię i Święta. Kilka godzin przed wieczerzą z głośników zawyło „INCOMING, INCOMING, INCOMING”. Alarm bombowy. Zaraz po nim następowało zazwyczaj odwołanie. Albo ćwiczenia, albo zagrożenie nie było realne. Nie tym razem. Pamiętam każdy krok, szaleńczy bieg do baraku po kamizelkę i hełm. A potem do schronu. Bałem się potwornie. Potwornie. Niewyobrażalnie. Zwierzęco. Kiedy sześć dni później lądowałem w Polsce, do pierwszej knajpy wszedłem z buta, jak szeryf. Co wy wiecie o strachu… Takim samym krokiem weszli moi wojenni kamraci. Pierwsza butelka pękła w 5 minut. Nikt nie wszedł do tego kręgu. Nikt wokół nie miał pojęcia o piekle. Nikt nie widział okaleczonych wojną ciał. My tak. My, silni. My, zwycięzcy. My, żywi. My.

Tym razem, raz jeden, jedyny, pojawiła się refleksja. Kiedy nad ranem wróciłem do domu, wszedłem do sypialni syna i przytuliłem go mocno. Zaspany wyszeptał: „dobrze, że wróciłeś…”. Pomyślałem, że jestem zwykłym kretynem. Że małojecka sława przyćmiła mi rozum. Że mam dla kogo żyć. Że jestem pieprzonym egoistą.

Obiecałem sobie, że już nigdy nie pojadę na żadną wojnę. Nie jest moja. A iluzoryczne prawo do informacji niech realizują inni. Mam dziecko. I ono mnie potrzebuje. Koniec kozaczenia. Na tym froncie ustępuję jej miejsca.

Trzy starcia. Trzy wygrane. I poczucie, że za ten tryumfalizm kiedyś zapłacę. Że faktura jest już wystawiona, tylko nie znam jeszcze terminu płatności. Nie jest mi z tym dobrze. Śmierć uczy pokory? Fałsz. Zaczynasz szanować siebie? Fałsz. Żyjesz mądrzej? Oszustwo. Jest dokładnie odwrotnie.

Ze spotkania z przeznaczeniem chyba wyciągnąłem fałszywe wnioski. Gdzieś po drodze straciłem ten dobry strach. Ten, który przywraca rozsądek, pokorę, instynkt. Ten, który hamuje pychę. Niedobrze mi z tym. Ale nad grobem Taty robię rachunek sumienia. A za nim postanowienie poprawy. To pierwszy Dzień Wszystkich Świętych bez niego. Przynajmniej tyle z tej żałoby mogę wynieść. Reszta jest pustką. Żalem. I łzami.

Czytaj więcej