Czytasz: Durczok: Te spekulacje da się przeciąć. Czy ktoś to zrobi?

Durczok: Te spekulacje da się przeciąć. Czy ktoś to zrobi?

Kiedy poseł zapytał o rzekomego raka u Jarosława Kaczyńskiego, wylała się na niego fala nienawiści. Choć w każdym normalnym kraju, pytanie o stan zdrowia najważniejszej osoby w państwie, jest całkowicie naturalne.

Ziobro premierem, najpóźniej za kwartał - taką, intrygującą, wiadomość dostałem kilka dni temu. Pochodziła z dobrze zazwyczaj poinformowanego źródła. Ale ta wizja wydała mi się mało prawdopodobna. Z kilku powodów. Po pierwsze, Ziobro porzucił PiS, więc ma tam prawie samych wrogów. Gdyby nawet część z nich podkupił, nawet gdyby zjednoczył siły z Gowinem, to i tak nie ma szans na większość w zjednoczonej prawicy. Po drugie, prędzej Brudziński zje własne sandały, niż do tego dopuści. Postraszył pisowskie delfiny (delfina) nie bez powodu. Po trzecie, z wielu powodów, to właśnie Joachim Brudziński jest naturalnym następcą Jarosława Kaczyńskiego. Zresztą powody, dla których Zbigniew Ziobro miałby rzucić rękawicę wielu ludziom na raz, a także to, co trzyma w teczkach, znajdują się w sferze tak spiskowych teorii, że raczej nie powinno się ich przytaczać publicznie.

Bez względu na stopień prawdopodobieństwa tego scenariusza, sedno leży gdzie indziej. W normalnej sytuacji, kiedy Prezes urzęduje w gabinecie na Nowogrodzkiej, taka plotka błyskawicznie byłaby zdementowana. Jasno, klarownie i bez pozostawienia jakichkolwiek wątpliwości. Przez kogo? Oczywiście przez samego ministra sprawiedliwości.  Kazałby to zrobić Kaczyński, bo niczego tak nie znosi, jak kwestionowania swojego przywództwa. Ale takiego dementi na razie nie ma. Bo nie ma też prezesa. Od kilku tygodni leży w szpitalu. Oficjalna wersja jest taka, że cierpi na dolegliwości kolana. A nieoficjalnych jest wiele, z rakiem trzustki na czele. Kiedy Piotr Misiło z Nowoczesnej zapytał o to publicznie, wylała się na niego nieprawdopodobna fala hejtu. Ta fala to kolejny przykład choroby, tyle, że tym razem toczącej wielu ludzi w Polsce. Choroba objawia się tym, że wszystko, co nie jest hołdem wobec lidera PiS, spotyka się z tsunami nienawiści, pogardy, potępienia i gróźb. Prezes jest bowiem nieomylny, a kwestionowanie tego zasługuje na tarzanie w smole oraz w pierzu, ćwiartowanie, ćwiartowanie z posoleniem i łamanie kołem. 

To chore. Bo w normalnym kraju nie ma niczego nienormalnego w tym, że przywódcy regularnie publikują oświadczenia o stanie swojego zdrowia. USA są tu doskonałym przykładem. Clinton, Bush, Obama, Trump, na bieżąco, wspólnie z lekarzami, publikowali albo publikują aktualne i dokładne informacje, czy i na co chorują. Za nimi idą Niemcy. Tam Helmut Kohl, nawet po przejściu na emeryturę, za pośrednictwem swojego biura przekazywał takie informacje. I to także wtedy, gdy w poważnym stanie leżał już w szpitalu. 

U nas pytanie Misiły uznano za straszliwy atak, a wpisy typu „sam zdychaj”, do teraz wiszą w sieci. 

Więc żeby było jasne, nawet bez obowiązkowego w tym przypadku „oczywiście życzę Prezesowi zdrowia”. Bo jest to naturalne i dla mnie, i dla wszystkich cywilizowanych, wychowanych w naszym kręgu kulturowym, ludzi, że osobie chorej i cierpiącej składa się takie życzenia. 

Jarosław Kaczyński jest dziś najważniejszą osobą w państwie. Bez niego nie zapada ani jedna, kluczowa dla kraju decyzja. Więc w jego, oraz jego otoczenia interesie, leży upublicznienie informacji o tym, co mu dolega. Albo wyraźne oświadczenie, że nie życzy sobie informowania o swojej chorobie. Nikogo. A wtedy trzeba jego decyzję zwyczajnie uszanować. Jednak utrzymywanie stanu niepewności to najgorsze wyjście. Jeśli Prezes faktycznie cierpi na kolano, to powinien natychmiast posłać w diabły swoich ludzi od PR. Bo całe te - nomen omen - chore spekulacje, można było przerwać jednym zdjęciem (o lekki retusz w takim przypadku nikt by nie miał pretensji) ze szpitala. Udowodniłoby, że spekulacje o raku są bezzasadne. 

O swoich, bardzo czasem poważnych albo śmiertelnych chorobach, także o raku, informowało publicznie wiele osób. Byli wśród nich posłowie, senatorowie, aktorzy i dziennikarze. Żadna z nich nie może się równać rangą Jarosławowi Kaczyńskiemu. Żadna nie ma i nie miała ułamka jego władzy. Ale jako osoby publiczne uznały, że ta, intymna w końcu informacja, ludziom się należy. A zanim i tym razem wyleje się fala hejtu, informuję, że - nie porównując się, broń boże, z Prezesem, jego władzą i rangą - także ja, w marcu 2003 przyznałem publicznie, że walczę z nowotworem. Los i lekarze sprawili, że zwycięsko. 

Osobiste kwestie są tu jednak mniej ważne. Ważne, że takie plotki jak ta, o ministrze sprawiedliwości, który ma zostać premierem, pokazują całkowite fiasko modelu partii wodzowskiej. W którym szef nie potrafi podzielić się władzą z otoczeniem, ani uznać jego samodzielności. To fiasko polityki nadzoru, podejrzliwości, sprawdzania i całkowitego braku zaufania. To ten model spycha nas bliżej Rosji, a wcześniej ZSRR. Bo to tam, zdrowie przywódców to kwestia rozgrywki politycznej, połączonej z potężną machiną propagandową. Komu to na rękę u nas, zgadnąć na razie się nie da.