Czytasz: Durczok: „SaługoBusa” ciągle nie widać

Durczok: „SaługoBusa” ciągle nie widać

Na deszcz pieniędzy, obiecany przez Morawieckiego i Kaczyńskiego wciąż chce się nabrać całkiem spora grupa wyborców. Ich sprawa. Ale opozycja ma tylko jedno wyjście. Jakie?

W śląskich miastach idą łeb w łeb. W tych dużych przewagę ma Platforma. Solidnych badań z całego województwa brak, wiec można tylko spekulować. Ale analizy i doświadczenia podpowiadają, że oznacza to lekką przewagę PiS. To dobrze. Bo koalicja PO i Nowoczesnej niczego nie powinna się bać tak, jak frekwencji. Jeśli ich wyborcy okażą się leniami i 21 października pojadą byczyć się w góry zamiast maszerować na wybory, Śląsk czeka polityczne trzęsienie ziemi. 

Koalicja Obywatelska, czyli PO i Nowoczesna (ciekawe ile czasu zajmie wyborcom przyswojenie tej nazwy), odsłoniła karty. Na sobotniej konwencji pokazała siłę i determinację. I słusznie zaczęła grać ostro. 

„To nie będą zwykłe wybory. To będzie wybór zasadniczy: czy jesteśmy w Europie. Będziemy walczyć o Polskę, o Polskę wolną, bez pogardy” - tak mówił Grzegorz Schetyna, wreszcie nazywając po imieniu spór między PO i PiS.

Bo to nie będą zwykłe wybory. Po pierwsze dlatego, że - choć samorządowe - oznaczają bitwę o coś znacznie więcej. Po drugie, bo to pierwsze realne starcie dwóch sił: tej, która Polskę z Unii chce wyprowadzać, choć głośno krzyczy, że jest inaczej, i tej która uważa, że droga obrana przez Kaczyńskiego to rzucanie się w objęcia Rosji. Po trzecie wreszcie, to starcie dwóch wizji - centralistycznej, gdzie o życiu Ślązaków decyduje się w Warszawie, i tej która uznaje, że nie po to jest samorząd, żeby czekał na rozkazy z centrali. 

Platforma i Nowoczesna nareszcie porzuciły inteligenckie rozterki w stylu: czy aby wypada tak zdecydowanie reagować na walenie pięścią w pysk. Otóż nie tylko wypada, ale trzeba. Ze zdumieniem słyszę głosy, wedle których opozycji nie wypada grać zbyt ostro. Że ludzie mają swój rozum i widzą co wyprawia PiS. 

Tak, zgadza się. Ludzie mają swój rozum. I widzą. Ale widzieć, a usłyszeć to z ust tych, na których ewentualnie zagłosujemy, to dwie różne sprawy. 

Od polityka oczekiwać bowiem należy nie tylko tego, że porwie swoją wizją tłumy. Oczekuje się, że ta wizja jest realna, oparta na diagnozie. A dobra diagnoza to powiedzenie prawdy prosto w oczy.  Jak trzeba, to nawet brutalnie. Dopiero wtedy można kogoś prosić o zaufanie i pójście wspólna drogą. 

Cmokanie i wybrzydzanie, że plakaty z Kaczyńskim może za ostre, że ten PiS to milionów nie wziął, bo radni kosili co najwyżej kilkaset tysięcy, to prosty sposób na przegraną. Dziś wyborcy chcą wyrazistych, mocnych postaci. Dlatego PO powinna na pierwszym froncie mieć takich fighterów jak Bartosz Arłukowicz. I dlatego powinna zmienić język. Nie tylko bowiem w Polsce widać, że mamy czasy, w których mięczak jest wyrzucany na śmietnik historii szybciej, niż poczuje wyborczego kopniaka. 

Na Śląsku wojowników brak. Szef PO, Wojciech Saługa (mimo zaostrzenia języka, widocznego chwilami w ostatnim wywiadzie dla Silesion.pl), jest raczej człowiekiem kompromisu. Trochę krepuje go urzędowa funkcja marszałka, ale nawet bez niej jest raczej człowiekiem dialogu niż walki. Zadatki na wojownika ma prezydent Sosnowca, Arkadiusz Chęciński, ale jego radykalizm spożytkowany jest na potrzeby miast i Zagłębia, bo to samorząd, a nie Platforma, jest jego pierwszym, naturalnym środowiskiem. Zostaje jeszcze Borys Budka, ale ten z kolei gra w innej lidze, i choć wybierany i osadzony na Śląsku, o regionalne sprawy pytany jest na końcu. Ławka się kończy. 

Jak kogoś nie ma, to go trzeba wymyślić. PO z Nowoczesna powinny pogrzebać we własnych zasobach albo skusić kogoś spoza polityki, bo radykalne czasy walki tak szybko nie miną, a popyt na specjalsów będzie rósł a nie malał. 

Jeszcze jeden ważny sygnał popłynął z sobotniej konwencji opozycji.

Na sali pojawiła się Barbara Nowacka. Znana z lewicowych i feministycznych poglądów, do tej pory raczej żyjąca mrzonkami o budowie trzeciej siły, bliska ludziom, z dużym kapitałem osobistej sympatii. Kiedyś typowana na lidera formacji mającej powstać z połączenia Ruchu Palikota i małych, lewicowych ugrupowań. 

W czasach wojny totalnej, Nowacka dostrzegła, że tylko łączenie sił daje szanse na wygraną. Podjęła więc jedyną rozsądną i słuszna decyzję, dołączając do najsilniejszych. Czyli zrobiła coś dokładnie odwrotnego, niż Robert Biedroń, żyjący nadzieją, że w czasach duopolu ktoś serio myśli, żeby oddać głos na żyjących iluzjami fantastów. Barbara Nowacka uznała, że jest czas łączenia. Biedroń - że czas rozmnażania przez podział. Dotychczasowi sojusznicy znaleźli się na dwóch różnych biegunach. Co prawda czas powiedzenia „sprawdzam” Biedroń zaplanował dopiero na przyszły rok, ale już dziś ostrzę sobie zęby na wynik tego pojedynku dwojga niedawnych przyjaciół. 

To nowe, wyborcze otwarcie, przywożą na Śląsk z Warszawy Borys Budka i Wojciech Saługa. To oni muszą teraz pomyśleć, jak tego ognia nie stracić. PiS ruszył w teren bardzo mocno. Na obietnice Morawieckiego i Kaczyńskiego wciąż chce się nabrać całkiem spora grupa wyborców. Ich sprawa, trzeba uszanować ich wybór, choć jest skrajnie naiwny. Ale jeśli obietnica deszczu pieniędzy, jaki ma spłynąć jeśli tylko oddamy duszę Kaczyńskiem, kogokolwiek skusi, opozycja (jeśli nie chce przegrać) ma tylko jedno wyjście. Musi ruszyć do ostrej roboty. Dziś nie widać „SaługoBusa” na śląskich drogach. A powinien krążyć tam i z powrotem, od Częstochowy do Bielska. W tej - i tylko w tej - dziedzinie, trzeba czerpać garściami z PiS. Bo sztukę dotarcia tam, gdzie wcześniej polityki i leniwych polityków nie było, akurat Kaczyński i jego drużyna opanowali znakomicie. Do roboty muszą też wreszcie ruszyć partyjne doły. Saługa, Budka, Olbrycht czy inni liderzy sami niczego nie zrobią. Warto, żeby działacze PO obudzili się z tego letargu. Bo 21 października są wybory. A do tego, żeby wybrać, ludzie potrzebują przynajmniej dwóch ofert. Inaczej nie ma wyborów, tylko konieczność. A nikt nie lubi być przymuszany.