Czytasz: Durczok: Oto skandal 100-lecia! Lista pytań bez odpowiedzi

Durczok: Oto skandal 100-lecia! Lista pytań bez odpowiedzi

Gdyby przepisy szykowane przez PiS miały zostać uchwalone, są bolszewizmem w czystej postaci. I niewiele się różnią od powojennego przejmowania majątków przez komunistów.

Nie wiem czy i na jakich lekach uspokajających wracał do kraju, były już, szef KNF. Ale jeśli nie ma nerwów ze stali, to musiał zażyć coś naprawdę mocnego. W najlepszym dla niego razie rozmowa, o której mówi cała Polska, czyli nagrane dialogi z jednym z najbogatszych Polaków, Leszkiem Czarneckim, to niebywała głupota. W najgorszym - ordynarna korupcja, za którą Marek Chrzanowski, były już szef KNF, powinien pójść siedzieć na długie lata. 

Uporządkujmy najpierw fakty. 

To historia jak z filmu. Wiemy o niej tyle, ile chcą nam powiedzieć scenarzyści. Obwieszony sprzętem podsłuchowym właściciel Getin Noble Banku, wchodzi na spotkanie z człowiekiem, który ma pilnować naszych pieniędzy ulokowanych w bankach, czyli szefem Komisji Nadzoru Finansowego. Zaczyna się rozmowa, która wczoraj wstrząsnęła Polską. W jej trakcie ma paść korupcyjna propozycja warta 40 milionów złotych. Od tego miejsca narracja stron sporu się rozjeżdża. Niektórzy politycy PiS, jak prezydencki minister Dera, twardo obstają, że protegowanie „swojego” prawnika do pracy w prywatnym banku (to jego zatrudnienie za owe 40 milionów, miało być gwarancją, że Czarneckiemu skończą się kłopoty), to żaden skandal. Podobnie mówi (bo co ma mówić, za to mu płacą) rzecznik KNF. Sam Czarnecki, razem z mecenasem Giertychem, mówią o kartce, na której szef KNF, miał napisać ową zawrotną sumę 40 milionów złotych. Miała być to pensja/łapówka. W zamian KNF miał złagodzić politykę wobec banku. Ordynarnie rzecz biorąc, odwalić się od Czarneckiego i jego biznesów. Tyle.

Po południu jednak mamy wstrząs wtórny. W Sejmie bowiem są procedowane pomysły, by przy określonych warunkach państwo mogło „przejmować”, czyli odebrać właścicielowi bank, który uznaje za mało stabilny. Pojawiają się głosy, że to przepisy wprost skierowane przeciw Czarneckiemu. Gdyby miały zostać uchwalone, są bolszewizmem w czystej postaci. I niewiele się różnią od powojennego przejmowania majątków przez komunistów, czyli osławionej nacjonalizacji. 

Od tego miejsca zaczynają się wątpliwości i pytania. I to związane z obydwiema stronami tej awantury. 

Arcyciekawym jest, czy Leszek Czarnecki to jedyna osoba, która ma nagranie tego spotkania. Wiadomo bowiem, że najważniejsze osoby w państwie są objęte czymś na kształt ochrony kontrwywiadowczej. W skrócie: ich spotkania i rozmowy są nagrywane przez służby. Całkiem legalnie. W przeszłości było tak, na przykład, przy okazji przetargów na budowę autostrad. Działała wtedy tzw. tarcza antykorupcyjna. Chodziło o to, by w razie oskarżenia o łapówkę, oferowaną albo żądaną, bez wątpliwości móc wyjaśnić sytuację. 

Czy w gabinecie szefa KNF były urządzenia podsłuchowe założone przez służby? Czy ABW albo inna instytucja jest w posiadaniu takiego samego zapisu jak Leszek Czarnecki? Jeśli tak, to czy widać kartkę z kwotą łapówki, napisaną przez Chrzanowskiego?

Wydaje się to wielce prawdopodobne. Wczoraj premier zażądał spotkania z prezesem KNF, po południu Chrzanowski (choć wcześniej nie widział do tego żadnych podstaw) złożył dymisję. Co się działo przez tych kilka godzin, między poranną publikacją Wyborczej a dymisją Chrzanowskiego? Dlaczego najpierw miały być wyjaśnienia szefa Komisji, a potem się okazało, że premier Morawiecki nie ma już o czym rozmawiać z przewodniczącym? Czy minister do spraw służb pokazał premierowi zapis tego spotkania? Bardzo chciałbym usłyszeć odpowiedzi na te pytania, bo niezależnie od wszystkiego, w powietrzu wisi afera, jakiej po 1989 roku w Polsce nie było. 

Mateusz Morawiecki, jako były prezes banku, natychmiast powinien zrobić wszystko, żeby uspokoić ludzi trzymających w bankach swoje pieniądze. To jest niesłychanie poważna sprawa. Widmo tłumów szturmujących banki i wycofujących swoje pieniądze z obawy, że „czuwają” nad nimi tacy ludzie jak Chrzanowski, jest przerażająca. Tylko jasny sygnał, z najwyższego szczebla władzy, jest w stanie temu zapobiec. Inaczej w powietrzu wisi katastrofa. 

Kolejny klocek w tej układance jest również niepokojący. Wczoraj jeden z banków Czarneckiego, Idea Bank, został wpisany na listę ostrzeżeń KNF. Po ludzku rzecz nazywając, państwo polskie mówi tak: jeśli trzymacie tam pieniądze, to na własne ryzyko. Prokuratura sprawdzi, czy ktoś nie powinien pójść za kratki za to, co ten bank robił. Ale prokuratura nie zwróci ludziom pieniędzy, jeśli te przepadną. 

Przerabialiśmy ten scenariusz na SKOK-ach, za nami (albo przed, zobaczymy co jeszcze wypłynie) afera GetBack, na liście ostrzeżeń KNF był też Amber Gold. Rad byłbym wiedzieć, a za mną pewnie tysiące ludzi, czy Idea Bank już leży, będzie leżeć czy jest bankiem bezpiecznym. Bo skoro wpisał go na listę ostrzeżeń ten sam człowiek, który miał rzekomo żądać łapówki, to nie ma żadnych przesłanek, by widzieć sprawę jasno.

Wątpliwości są jednak także po drugiej stronie. Pół roku zajęło Czarneckiemu - jak mówi mecenas Giertych - przygotowanie swoich biznesów do burzy, jak się rozpętała po ujawnieniu nagrań. Czy w tym czasie negocjował z kimś cokolwiek, co poprawiłoby jego trudną sytuację? Czy ujawnienie nagrań, tuż przed wpisaniem Idea Bank na listę ostrzeżeń, to uprzedzenie ataku? Czy prawdą jest, że PiS szykował przed wyborami kolejne, nowe regulacje dotyczące tzw. frankowiczów, mające umożliwić prostsze wyjście z pułapki kredytowej, jaką w wielu przypadkach z premedytacją zastawiały na nich banki? Czy te regulacje mogły grozić dalszemu istnieniu Getin Noble Bank, firmie, która wciskała kredyty we frankach każdemu, komu się dało?

To są ważne pytania i powinny na nie szybko paść jasne, wyraźne odpowiedzi. 

Także po to, by nie umknęła z pola widzenia sprawa najważniejsza. Czyli wyjaśnienie, czy szef KNF faktycznie żądał gigantycznej łapówki, czy państwo polskie naprawdę planowało odebrać prywatny bank prywatnemu właścicielowi, czy były to działania skoordynowane, jeśli tak, to przez kogo. Wreszcie - czy mamy państwo „istniejące tylko w teorii” (cyt. za klasykiem), czy też służby potrafią szybko i skutecznie wyjaśnić ten skandal, posadzić naprawdę winnych i zrobić wszystko, żeby taka historia nigdy się nie powtórzyła. 

Jeśli tak się nie stanie, mamy republikę bananową, wojnę gangów oraz mafijne układy w czystej postaci. I to wszystko naraz.

A na koniec nurtuje mnie inne pytanie. Może najmniej ważne w całej aferze, ale jednak warte postawienia. Kto, do licha, pozwolił, żeby facet niepotrafiący się nawet posługiwać poprawną polszczyzną, został szefem takiej instytucji. Ze stenogramów wynika jasno, że język Chrzanowskiego to bełkot, zdania nie mają podmiotu i orzeczenia, o składni, słownictwie i dygresjach nie wspominając. Jak, do licha, ma pilnować naszych pieniędzy gość, który nie panuje nad własnym językiem?