Czytasz: Durczok o Biedroniu: Mikołaj przyszedł wiosną

Durczok o Biedroniu: Mikołaj przyszedł wiosną

Likwidacja kopalń do 2035 roku to świetny postulat. Kłopot w tym, że kompletnie nierealny. Robert Biedroń zdradza, że nie ma bladego pojęcia, o czym mówi.

Konwencja nowej partii Roberta Biedronia była jak wizyta świętego Mikołaja. Wszyscy wiedzieli, że to przebrany wujek Heniek i że wręcza prezenty kupione tydzień wcześniej. Ale wszyscy się cieszyli, bo było sympatycznie, kolorowo, nastrojowo a dzieciaki piszczały z radochy. I tylko rodzice wiedzieli, ile to wszystko będzie kosztowało. Bo na urządzenie dzieciom świąt musieli zaciągnąć kredyt.

Uporządkujmy fakty.

Po pierwsze, Robert Biedroń nie jest w polityce żadną nowością. Wszedł do sejmu już lata temu, z partią Palikota. Czyli z formacją, która wkroczyła na scenę z równym hukiem, z jakim z niej za chwilę spadła. 

Biedroń jest politycznym wyjadaczem, który włożył na siebie nowy kostium i udaje świeżaka. Ten sam numer wykonał zresztą Palikot, udając, że nie miał wcześniej nic wspólnego z Platformą i że oto idzie polityczna młodość. To oczywiście nie znaczy, że Biedroniowi nie uda się przekonać jakiejś części wyborców, którzy dadzą się nabrać na ten „powiew politycznej wiosny”. Ale łatwo nie będzie.

Po drugie, Biedroń naobiecywał tyle, że już wczoraj zaczęły się analizy, z których jasno wynika, iż wyliczenia są, delikatnie rzecz biorąc, księżycowe. Zarówno po stronie kosztów, jak i podobno spodziewanych oszczędności. Ale konwencja nowej partii to oczywiście nie jest miejsce, by przyszłym wyborcom mówić: sorry, taki mamy klimat, że wam teraz każemy zaciskać pasa, a potem może będziecie mieli z tego jakiś zysk. Więc rozumiem festiwal obietnic, ale nawet Kurski na Sylwestrze w Zakopanem nie wciskał ludziom tyle lukru i świecidełek co wczoraj Biedroń na Torwarze. Pełna zatem zgoda, że lider Wiosny (swoją drogą skąd, u diabła, ten zachwyt nad nazwą nowej formacji, przecież to jakaś pełna tandeta…) zawiesił poprzeczkę wysoko. Tyle, że to poprzeczka jeszcze większej propagandy niż tej, uprawianej dotąd. 

Nas na Śląsku powinno martwić co innego. Robert Biedroń zapowiedział likwidację wszystkich kopalń do 2035 roku. To świetny postulat, świat odchodzi od węgla, my też od niego odejdziemy. Kłopot w czym innym. To postulat kompletnie nierealny.

Rzucając ot, tak sobie, datę 2035, Robert Biedroń zdradza, że nie ma bladego pojęcia o czym mówi. Nie wie co to jest bilans energetyczny, ile  energii i z jakich źródeł potrzebujemy, ile jesteśmy w stanie wytworzyć sami, czy musimy ją kupować i ile będziemy jej potrzebować za 5 czy 10 lat. Krótko mówiąc, uprawia taką samą beztroską paplaninę, jaką wcześniej uprawiali inni politycy. Przypomnę tylko, że o bilansie energetycznym nie miała niestety pojęcia także premier Ewa Kopacz. I dlatego poległa na próbie tej pseudo-reformy górnictwa, jaką próbowała przeprowadzić z końcem swoich rządów. I która przyczyniła się solidnie do klęski PO. 

Nie da się w 16 lat odejść całkowicie od węgla. Po prostu. Biedroń w tej kwestii sprzedawał ludziom wczoraj kompletną lipę. 16 lat to za mało, żeby przestawić energetykę na całkiem nowe źródła. Nawet Harry Potter nie wybuduje w tak krótkim czasie tylu elektrowni wiatrowych (albo cholera wie jakich innych, z atomowymi włącznie), żeby wygasić kopalnie i elektrownie oparte na węglu. O tym wiedzą nawet co bardziej przytomni studenci. Więc albo Biedroń będzie kupował węgiel za granicą (i dalej smrodził, kopcił, zatruwał środowisko i produkował smog) albo uzależni nas energetycznie - o zgrozo! - od innego państwa. 

W programie Biedronia jest kilka sensownych i fajnie brzmiących punktów, są postulaty płacowe, socjalne, zdrowotne. Ale jeśli nowa formacja oparła je na takich samych wyliczeniach, na jakich opiera pomysł na górnictwo i energetykę, to Boże chroń Polskę przed premierem Biedroniem. Mimo, że sam Biedroń zapowiada prawdziwy rozdział Kościoła od państwa. 

Czytaj więcej