Czytasz: Durczok: Lament idiotów, czyli jak przykryć aferę

Durczok: Lament idiotów, czyli jak przykryć aferę

Za wychwalanie Hitlera, zbrodniarza wszech czasów, dostaniesz wyrok w zawiasach. Ale za lewą fakturę na 500 złotych idziesz siedzieć na lata. Uważasz, że to normalne?

Lament się poniósł po Polsce. Fala oburzenia, niesiona pytaniem: dlaczego naziole z wodzisławskiego lasu nie siedzą za kratkami, tylko wrócili do domów?

Odpowiadam. Sorry, takie mamy prawo.

Za lewą fakturę na 500 złotych można pójść do pierdla na kilka lat. Za więziennymi kratami siedzi kilkanaście tysięcy przedsiębiorców. Często takich, którym się po prostu nie udało. Ale za wychwalanie Adolfa Hitlera, zbrodniarza  wszech czasów, dewianta i oprawcę mordującego 6 milionów Polaków, dostaje się dozór, poręczenia, a na końcu, najczęściej, wyrok w zawiasach. Pośród zgiełku po ujawnieniu afery wodzisławskiej, brakuje mi nie tylko mocnego głosu Ślązaków, liderów i autorytetów naszej ziemi, o czym pisałem we wtorek. Brakuje mi też, oczywistego w takiej chwili, postulatu podwyższenia kar za szerzenie treści faszystowskich, rasistowskich i stalinowskich. Bo jest oczywistym, że dziś obowiązujące prawo, to anachronizm. 

Kodeks Karny, art. 256. § 1. Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.  

Naziole z reportażu Superwizjera wrócili do domów. Znów chodzą po ulicach Radlina, Wodzisławia i okolicznych miast. Nie siedzą w areszcie i nie czekają tam na rozprawę. Po prawdzie, nie mogło być inaczej. Jeśli górne zagrożenie karą za taki czyn nie przekracza 3 lat (a, jak widać w cytowanym artykule kodeksu karnego, tak jest właśnie w tym przypadku), to sąd nie może zastosować aresztu. Prokurator nie miał więc nawet po co z takim wnioskiem startować. Pozostaje nadzieja, że po udowodnieniu winy, sąd nie będzie się wahał, i właduje tej bandzie wyroki bez zawieszenia. Czyli pośle ich za kratki. Problem jednak pozostanie. 

Dziś w sejmie, minister spraw wewnętrznych będzie mówił, jak to z tym faszyzmem w Polsce jest. Nie wiem, co powie. Nie wiem, czy zawnioskuje o ostrzejsze kary za takie ekscesy. Wiem, że będzie miał problem. I to nie tylko dlatego, że opozycja w czasie jego wystąpienia będzie machała zdjęciami, na których Zbigniew Ziobro i liderzy PiS radośnie śpiewają w towarzystwie niejakiego Rybaka, gościa, który spalił na wrocławskim rynku kukłę Żyda, a potem nazwał Pierwszą Damę, Agatę Dudę, „żydówą”. To oczywiście kłopot, ale nie z takiego ambarasu drużyna Prezesa się już ratowała.  

Problem w tym, że bez względu na to, jak Joachim Brudziński będzie próbował wybielać (choć w kontekście rasistowskich haseł o „białej Europie” nie wiem, czy to najszczęśliwsze słowo) swoją formację, problem z nazistowskimi ciągotami jest głębszy. I nie składa się na niego tylko flirt PiS z narodowcami. Latami bowiem, za PO też, bagatelizowano takie sprawy. Lekceważono wyskoki ewidentnych rasistów, marginalizowano problem, prychano na uwagi, że pod bokiem rośnie nam pokolenie historycznych analfabetów. Efekty zbieramy dziś. 

Na ekranie telewizora pojawia się senator PiS, Jan Żaryn. I wali do dziennikarki bez ogródek: Miesza Pani nazistów z narodowcami. To jest po prostu niegrzeczne!

Oczywiście. Aż się wyrywają z serca szczere przeprosiny dla tych miłych dziewczyn i chłopców, niosących na czele Marszu Niepodległości transparenty: „Europa będzie biała albo bezludna”, „Wszyscy różni, wszyscy biali”, „Biała Europa braterskich narodów”. 

Ale Pan Profesor ładuje dalej: Nie ma rasizmu jako dominującego nurtu. To są jakieś marginalia marginesu.

Jasne, Panie Senatorze. Marginalia. Te marginalia zbierają się w lasach, te marginalia pojawiają się we Wrocławiu, Bytomiu, Białej Podlaskiej, w Tychach i w dziesiątkach innych polskich miast. Te marginalia handlują hitlerowskimi tabliczkami i emblematami na częstochowskim targowisku. I te marginalia wreszcie, skłaniają wiceministra spraw wewnętrznych do zadawania bezsensownych pytań, dlaczego TVN emituje reportaż 9 miesięcy po tym, jak nagrał owe dramatyczne zdjęcia.  

Niebezpiecznie blisko tego myślenia, nieoczekiwanie, pojawia się Jerzy Gorzelik, lider RAŚ. I zamiast walić ile wlezie w degeneratów spod Wodzisławia, bąka coś o „większym zagrożeniu, niż kilku oszołomów obchodzących w krzakach urodziny Hitlera”. To się nie zemści kiedyś, panie i panowie. To się mści już teraz.  

W tym smutnym pejzażu źle, albo wcale nie skrywanych nastrojów rasistowskich, ratunek przychodzi od świadków historii. Dramatycznie zabrzmiał głos powstańca warszawskiego, dr Antoniego Wiczyńskiego. Legendarny „Antek” nie był w stanie obejrzeć całego reportażu o polskich neonazistach. „Byłem tak wstrząśnięty, że w połówce wyłączyłem telewizor. Chętnie zostałbym oskarżycielem posiłkowym, gdyby doszło do procesu. Opowiedziałbym im o okupacji i Powstaniu Warszawskim. Może wtedy przestaliby "hailować", zobaczyliby, że to SS stworzone przez Hitlera, to była największa okupacyjna banda, która grasowała na ulicach Warszawy”. 

Mam nadzieję, że dr Wiczyński, rocznik 1926, dożyje w dobrym zdrowiu rozpoczęcia procesu kretynów, których Śląsk się wstydzi. I znajdzie się prawny sposób, by w tym procesie był oskarżycielem posiłkowym. 

Czytaj więcej