Komentarz

Durczok: Katowice nie Barcelona, Śląsk nie Katalonia

Telewizje całego świata będą transmitowały walki uliczne, w czasie których zginą ludzie. I nikt, z nieruchawą i leniwą Unią Europejską, nie będzie w stanie im zapobiec...

Boleśnie pouczająca lekcja płynie z dramatycznych chwil, jakie przeżywa Hiszpania. Dalsza eskalacja konfliktu na linii Madryt-Barcelona to otwarcie drogi do tragedii. Źle, że nie ma pomysłu, jak go złagodzić. Jeszcze gorzej, że dobrego wyjścia w ogóle z niego nie ma. Mszczą się lata pychy, obrażania i braku dialogu. Hiszpanie po cichu, albo i coraz głośniej, mówią, że w powietrzu wisi tragedia na miarę tej na Bałkanach, z początku lat 90. 

Analogie między Katalonią a Śląskiem nasuwają się same. Hasło autonomii łączy RAŚ i ludzi Puigdemont'a. Poczucie odrębności, język, własna, skomplikowana historia, wreszcie (złudne chwilami, wręcz kłamliwe) wyobrażenie o własnej potędze gospodarczej. A na końcu rozmaitych rozważań - przekonanie, że własny byt polityczny i administracyjny, to prosta droga do powszechnego szczęścia. Ale gdyby tak odrzucić emocje, okazuje się, że porównania są na rękę tylko tym, którzy kwestią śląskiej odrębności chcą pogrywać na krajowej scenie. Katowice nie Barcelona, Śląsk nie Katalonia. Systemy polityczne, tradycje, wreszcie samo pojęcie autonomii, są u nas odległe o lata świetlne od Hiszpanii. Choć  odrębność tych dwóch światów nie oznacza, że z tej lekcji nie powinniśmy wyciągać żadnych wniosków.

Saramonowicz wyśmiewa śląską kulturę, Twardoch ostro ripostuje

W Hiszpanii mszczą się lata polityki "dwóch wież". Jedną jest stara jak świat monarchia. I płynące z niej poczucie wyższości. Nawet mroczne lata Franco, nie przekonały Madrytu do spuszczenia z tonu wobec mniejszych i słabszych, zwłaszcza jeśli są tak dumni i krnąbrni jak Katalończycy. Słowa ich lidera, wygłoszone we wtorek, słowa których słuchał cały świat, były jak wystrzelone z armaty oskarżenia. 

"18 razy próbowaliśmy rozmawiać z hiszpańskim parlamentem o własnym państwie. 82 procent naszego społeczeństwa tego chce. Było już blisko w 2014 roku, ale nie udało się. Hiszpański rząd nie chciał nas słuchać. Może teraz się uda" - grzmiał Puidgemont w katalońskim parlamencie. Ten brak dialogu jest chyba najpoważniejszym oskarżeniem, jakie mały może wysuwać pod adresem dużego. Polityka to sztuka dialogu. Im ktoś w niej mniejszy, tym uważniej należy go słuchać. Bo miarą demokracji jest poszanowanie praw mniejszości przez większość. Te słowa trzeba wbijać do głów polityków codziennie, rano, w południe i wieczorem. Tępa siła, z jaką w różnych częściach świata, także u nas, próbują narzucać swoje wizje innym, jest tak samo przerażająca jak i groźna. Katalończycy poczuli się niesłuchani. Zlekceważeni. Zapomnieni. I porzuceni. Dlatego wyszli na ulice. Nic tej dramaturgii, niestety, w ostatnich godzinach nie osłabia. "Wieża Madrycka" nie chce siadać do stołu z buntownikami. Nawet, jeśli u jego czoła miałby zasiadać mediator. 

Śląsk podobny do Katalonii. „Przywileje kończą się jednak źle”

W tej współczesnej tragedii jest jednak i "druga wieża". Barcelona postradała zmysły, wierząc, że jakikolwiek kraj będzie spokojnie patrzył na odrywanie się części swojego terytorium. I to tak bogatego. Żaden król, żaden rząd, żaden premier, w Europie i na świecie, nie pozwoli na samodzielną deklarację niepodległości. Nikt przytomny nie powie secesjonistom: powodzenia, żyjcie szczęśliwi. Jeśli nikt w "wieży barcelońskiej" tego nie pojmuje, wkrótce na ulicach tego przepięknego miasta pojawią się czołgi i żołnierze. A telewizje całego świata będą transmitowały walki uliczne, w czasie których zginą ludzie. Horror ze złych snów stanie się faktem. I nikt, z nieruchawą i leniwą Unią Europejską, nie będzie w stanie mu zapobiec. 

W Hiszpanii trwa pat. "Dwa monologi", a nie dialog - tak ktoś określił ostatnio aktualny stan w monarchii. 

Wróćmy do kraju. Śląscy autonomiści chyba czują, że Katalonia przeszarżowała. Ostrożne oświadczenie ludzi Gorzelika, właściwie bardziej protest przeciw okrutnemu pałowaniu przez policję, niż nieuznawaniu swoistej deklaracji niepodległości, jest dla mnie raczej aktem rozsądku niż popracia dla dążeń Katalończyków. Powinien też być sygnałem dla miłującej centralizm Warszawy, że ma na południu partnera, któremu daleko do szaleńczych wizji odrywania Śląska od Polski. Nie oczekuję, że Kaczyński rzuci się Gorzelikowi na szyję. Ale minimum, jakie Warszawa powinna wykazać, to zdjęcie RAŚ z listy wrogów publicznych. Na razie podporządkowane PiS media walą w autonomistów jak w bęben, strasząc nimi przy każdej możliwej okazji, a to przebierając działaczy Ruchu w mundury Wehrmachtu, a to lokując ich w zamaskowanych szeregach V kolumny. Nie tędy droga. Marzenia o rozwiązaniach siłowych trzeba zostawić watażkom. Mężom stanu nie przystoją. 

RAŚ zabiera głos w sprawie... Katalończyków

PiS powinien też ponownie przemyśleć, co chce powiedzieć kilkuset tysiącom Ślązaków, deklarujących narodowość śląską. Poprzedni komunikat o "zakamuflowanej opcji niemieckiej" przyniósł tej formacji dramatyczne straty, bo słowa lidera zjednoczyły ludzi tej ziemi jak nic innego od lat. Warto przy okazji brutalnych scen z barcelońskiej ulicy uznać, że w odrębności, inności, różnorodności, jest wielki walor. I siła. Że różna Polska - a nie jedna Polska - to fakt. Lepiej go uznać niż zwalczać.

Czytaj więcej

Napisz do autora k.durczok@silesion.pl
Zmiana kategorii na: Turystyka