News, Komentarz

Czy to koniec legendy Ruchu?

Na Cichej czują nad głową topór. Dziś mija ultimatum, jakie miasto wystosowało wobec klubu.

Osiem miesięcy temu Chorzów dał Ruchowi zastrzyk na wagę życia. Do klubowej kasy wpłynęło 18 milionów złotych. Widmo spadku z Ekstraklasy, a być może upadłości spółki akcyjnej, jaką jest „Ruch” S.A. zostało oddalone.

Teraz może się okazać, że pieniądze zostały utopione w błocie, a niebiescy i tak znikną z ekstraklasy. Nierealne?

Niestety bardzo prawdopodobne. Wszystko zależy od tego, czy znajdą się dodatkowe zabezpieczenia pożyczki od miasta. Konkretnie 6 milionów złotych. W wekslu, nieruchomościach, albo czymkolwiek, co daje gwarancję odzyskania zainwestowanych środków.

GDZIE JEST KLUBOWE ZŁOTO, CZYLI CO SIĘ DZIEJE ZE SŁYNNĄ eRkĄ

W marcu ówczesne władze klubu zapewniły miasto na piśmie, że logo klubu — osławione „R” - nie jest przedmiotem zastawu w żadnym banku. Bo dziś, prócz świetnego trenera i kilku niezłych zawodników, zadłużony po uszy Ruch ma w aktywach tak naprawdę tylko jeden punkt. Charakterystyczną niebieską eRkę wpisaną w błękitny trójkąt.

W piśmie, które znajduje się w magistracie, władze klubu zapewniają, że eRkę można zaliczyć w bilans klubu jako aktywa. Po wakacjach pojawiły się jednak wątpliwości. Z nieoficjalnych informacji wiadomo, że w chorzowskim urzędzie gruchnęła wieść, że brak pisemnego potwierdzenia tego faktu, nie jest pozbawiony przyczyn. Prezydent Andrzej Kotala zażądał wykazania czarno na białym, że logo nie jest zastawem.

Od ponad 2 miesięcy papierów na to jednak nie ma. Zaraz po tym, jak pojawiły się wątpliwości, miasto skierowało wniosek do prokuratury z podejrzeniem popełnienia przestępstwa. Konkretnie — poświadczenia nieprawdy w dokumentach. Także Silesion.pl zwracał się do głównego udziałowca z prośbą o pokazanie jakiegokolwiek dokumentu w tej sprawie. Albo informacji, że zastrzeżony znak jest wolny, albo że został wykreślony z rejestru zastawów. Mimo zapewnień, do wczoraj nie dostaliśmy jednoznacznej odpowiedzi w postaci stosownych dokumentów. Prokuratura bada sprawę i odmawia dodatkowych komentarzy.

Według naszych informacji kultowa eRka jest zastawem kredytu w jednym z banków spółdzielczych na Śląsku.

PO CO KOTALI KLUB?

Sytuacja jest patowa. Władze klubu gorączkowo zastanawiają się, co mogłoby zadowolić miasto. Miasto, równie gorączkowo myśli co dalej zrobić. Z jednej strony musi przestrzegać prawa, czyli wykazać, że pożyczka udzielona była pod odpowiednimi rygorami. Z drugiej — jeśli okaże się, że dodatkowych zabezpieczeń nie będzie — z całą bezwzględnością wyegzekwować należność. W praktyce oznacza to jedno — przejęcie klubu za długi. I tu zaczynają się schody.

Prezydent miasta doskonale wie, że taki biznes, jak Ruch Chorzów jest ostatnią rzeczą jakiej mu trzeba. Kontrakty, należności, zarządzanie, zobowiązania wobec piłkarzy i trenera, kaprysy piłkarskich gwiazd, handel zawodnikami i coroczna walka o licencję, to fura kłopotów, których Andrzej Kotala z pewnością nie chce sobie ściągać na głowę.

Co więc może zrobić? Pewnie będzie dążył do tego, żeby Ruchowi dać ostatnią szansę. Kłopot w tym, że „ostatnich szans” klub miał już bez liku i tonący kolos z Cichej nie rokuje, by miał tym razem wyciągnąć się z bagna. Można się domyślać, że to co dzieje się dziś za zamkniętymi drzwiami prezydenckiego gabinetu, będzie miało mocno nerwowy przebieg. Ale też obie strony są zainteresowane by wyjść stamtąd z kompromisem w dłoni.

A LUDZIE PATRZĄ I TRACĄ CIERPLIWOŚĆ

Największym i najwierniejszym skarbem w całej te awanturze są kibice. Część spośród nich jest co prawda bardziej źródłem stresów i kłopotów, bo wszystko można o nich powiedzieć, tylko nie to, że to grzeczni chłopcy.
Na Cichą przychodzą jednak także ci, którzy z klubem związani są na dobre i na złe. Przychodzili tam ich dziadkowie, oklaskując fenomenalne dryblingi i strzały Gerarda Cieślika. Przychodzili ojcowie. Teraz, często z rodzinami, przychodzą oni. Na blaszanej przestarzałej i niewygodnej trybunie panuje jedyna w swoim rodzaju atmosfera.

Język polski jest tam praktycznie nieużywany. Z dziada pradziada Ślązacy dopingują swoją drużynę. Wyłącznie po śląsku. Kto kocha Ruch i raz tam był, wie, o czym mowa. Wśród kibiców także wielkie nazwiska. Czasem pojawia się Jerzy Buzek, który klubowi pomógł niejednokrotnie, czasem Wojciech Kuczok ze stoickim spokojem obserwujący sukcesy i porażki. Te ostatnie zdecydowanie częściej. Kibice, czytaj wyborcy, to kilkanaście tysięcy osób, których głosy mogą Andrzej Kotalę po raz kolejny posadzić w fotelu prezydenckim albo też tego stołka pozbawić. Wydaje się, że cierpliwość kibiców też sięga kresu. Nie dość, że regularnie martwią się, czy ich drużyna spadnie z Ekstraklasy, to jeszcze od lat mamieni są wizją nowego stadionu.

Władze miasta doskonale wiedzą, że kilkadziesiąt milionów na nowy obiekt nigdy się w kasie nie znajdzie. Prezydent Kotala właściwie jasno postawił to w marcu tego roku. Szansą są przenosiny na Stadion Śląski. Przynajmniej na niektóre, co ważniejsze mecze. Ale na razie kibice muszą moknąć. Pół biedy, kiedy podczas deszczu oklaskują zwycięskie gole. Kiedy Ruch zbiera cięgi, warunki w jakich przychodzi im kibicować, znoszą już dużo trudniej.

DLACZEGO SPONSORZY NIE CHCĄ LEGENDY?

Czasy, kiedy niebiescy z dumą nosili na piersiach logo Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, dawno minęły. Ruch nie ma szczęścia do wielkich pieniędzy. Były podejścia pod banki, PKP Cargo i firmy ubezpieczeniowe. Mimo wsparcia znanych nazwisk, nic z tego nie wyszło.

Dariusz Smagorowicz nie jest w tej historii wyłącznie czarnym charakterem. Wielokrotnie ratował Ruch z poważnych opresji. Osoby zbliżone do zarządu klubu podkreślają, że często odbywało się za pieniądze spółek będących własnością byłego prezesa. Od 2012 zrobił na Cichej sporo porządków. Było wicemistrzostwo Polski. Jeden z największych atutów Fornalik, doskonały selekcjoner, właśnie dzięki poprzednim władzom chciał przedłużyć w klubie swój trenerski kontrakt.

Węglokoks znikł z koszulek zawodników i odmawia dalszej współpracy. Kilka milionów złotych, bo o takie kwoty rzecz się rozbija, najwyraźniej wydaje się bardziej wizerunkowym zagrożeniem, niż szansą na promocję. W finansowej grze zostały firmy, dla których ryzyko i zmiany kursów są codziennością biznesu. I bez tych pieniędzy klub jest w sytuacji dramatycznej, ale kiedy okaże że nikt już nie będzie chciał zaryzykować, położenie zmieni się na beznadziejne.

Wczoraj Ruch kolejny raz przegrał u siebie. Tym razem to Arka Gdynia zafundowała Niebieskim „powtórkę z rozrywki” i wynik 2:1. Ruch z dużą szansą na ostatnie miejsce w tabeli, na razie zajmuje drugie miejsce. Od końca. Dziś będzie jasne, czy zniknie z niej na dobre, także z tych poza sportowych powodów.

Czytaj więcej

Napisz do autora m.ciesla@silesion.pl
Zmiana kategorii na: Motoryzacja