Komentarz

"Chciałem w tej książce pokazać Achima-człowieka, a nie tylko zabójcę" [WYWIAD]

Czy autor polubił mordercę Joachima Knychałę? Czy wampiry śnią mu się po nocach? Dlaczego nie pisze o miłości? Przeczytajcie naszą rozmowę z Przemysławem Semczukiem, autorem książki „Kryptonim Frankenstein”, która ukaże się 13 września.

Już za chwilę weźmiemy do ręki najnowszą książkę Przemysława Semczuka, któremu popularność przyniósł „Wampir z Zagłębia”. Tym razem, pisarz przenosi się na Śląsk i opisuje losy innego wampira, Joachima Knychałę, zwanego „ostatnim wampirem PRL” i „śląskim Frankensteinem”.

Dlaczego po „wampirze z Zagłębia” postanowił pan opisać losy Joachima Knychały?

Niekoniecznie postanowiłem. Szukaliśmy z wydawnictwem ciekawego pomysłu na kolejną książkę. W trakcie luźnej rozmowy wspomniałem, że na Knychałę koledzy na podwórku wołali „Szwab”. Punktem zaczepienia były jego niemieckie korzenie. Babka Niemka, dla której był polskim bękartem i środowisko, w którym był Szwabem. Z tego rodzi się rozdarcie. Temat jakże aktualny. Świetny temat, piszemy! Ale podczas dokumentacji ten pomysł upadł. A jednak książka powstała. Bo znalazłem inne, dużo ciekawsze punkty zaczepienia.

Myślałam, że Pan się tak rozmiłował w tematyce seryjnych morderców.

Przemysław Semczuk
Przemysław Semczuk

Ja bym tego tak nie nazwał. To Czytelnicy decydują o rynku wydawniczym. Ich wybory przekładają się na to co Wydawcy zlecają autorom. Chyba że się jest Twardochem albo Olgą Tokarczuk czy Krajewskim. Jest grupa autorów, która sama decyduje co pisze. To są pisarze. Ja póki co do nich nie należę. Nie jestem pisarzem, tylko dziennikarzem, piszę reportaże historyczne. To raczej publicystyka. Powiedzmy skromnie -  rzemiosło, które wymaga rzetelności i uczciwej pracy. Zajmowanie się seryjnymi mordercami nie jest przyjemne, bo dotykamy czystego zła. Ale co zrobić? Czytelnicy z jakiegoś powodu są tym złem zafascynowani. Spójrzmy na literaturę kryminalną. W co drugim kryminale mamy seryjnego mordercę. W prawdziwym świecie to zjawisko jest bardzo rzadkie. Z drugiej strony pisanie o seryjnych mordercach przynosi pewną frajdę. Szczególnie przy takich postaciach, które pozornie wydają się wszystkim znane. Pozornie, bo zagłębiając się w te historie, odkrywam je na nowo. Odnajduję wątki, o których nikt wcześniej nie pisał, albo ledwo wspominał. Wtedy robi się ciekawie.

Historia Knychały jest mniej znana niż Marchwickiego, choć obaj byli „wampirami”...

Knychała jest mniej znany. W sprawę Zdzisława Marchwickiego władze wciągnęły społeczeństwo, oferowano nagrodę za pomoc w jego schwytaniu. Ludzie to kupili, bo bali się „wampira z Zagłębia”. O mordercy rozmawiano na ulicy, w kolejkach w tramwajach. Mężowie odprowadzali żony do pracy, a zakłady organizowały transport do domów. A sam proces był spektaklem teatralnym. Marchwicki stał się legendą. W przypadku Knychały było tak, że pierwsze zbrodnie zaczęły się, kiedy Marchwicki jeszcze siedział w areszcie. Ponoć mieli wątpliwości, czy w tej sytuacji Marchwicki był wampirem. Śledczy nie mieli wątpliwości. To jasno napisałem w książce „Wampir z Zagłębia”. Z Marchwickiego zrobiono kozła ofiarnego. A kolejne zamordowane kobiety nie mogły być ofiarami tamtego wampira. Ten z Zagłębia za każdym razem uderzał w tył głowy z lewej strony. Ten nowy działał inaczej. W każdym razie władze nie chciały wywołać paniki. Gazety zaczęły pisać o sprawie dopiero po schwytaniu Achima. Sam proces nie wzbudził emocji. Na sali sądowej było tylko trzech, czterech dziennikarzy. A w części dla publiczności – nikogo. Po procesie pojawiła się jedna notka o wykonaniu wyroku i o sprawie zapomniano. Zdarza się nawet, że młodzi ludzie nie znają historii Knychały.

Jak wyglądała praca nad książką?

Udało mi się dotrzeć do Romana Huli, milicjanta z wydziału kryminalnego i późniejszego Komendanta Głównego Policji. To on doprowadził do tego, że Achim się przyznał. Rozmawiałem z Eddim Kozakiem, autorem książki na podstawie zeznań Achima („Pamiętniki Wampira” - przyp. red.). Knychała napisał w celi kilkadziesiąt stron wspomnień. To cenne źródło informacji. W katowickiej telewizji nadal pracuje Mieczysław Chudzik, operator filmowy, który z kamerą jeździł na wizje lokalne, podczas których Joachim odtwarzał przebieg zdarzeń. Jest też mecenas Kazimierz Wójcicki, obrońca Knychały. Przez kilka miesięcy czytałem akta sądowe i szukałem w bibliotece starych publikacji prasowych z tamtego okresu. Były pisane pod dyktando milicji. I co ciekawe, zupełnie różniły się od tego, co znalazłem w protokołach przesłuchań. Była to wersja dla opinii publicznej. Celowo nie chciałem czytać tych dzisiejszych publikacji i nie oglądałem współczesnych filmów dokumentalnych. Większość tekstów zawiera błędy, a nawet kuriozalne teorie. Zajrzałem do nich dopiero pod koniec pracy nad książką i miałem przy tym spory ubaw.

Jakie błędy ma Pan na myśli?

Choćby to, co zaintrygowało nas na początku i doprowadziło do napisania tej książki. Joachima nie nazywano Szwabem. Wprost przeciwnie, koledzy wołali na niego Anglik. Bo się elegancko ubierał. Nie wiem, skąd się wziął Szwab, ale wiem że dziennikarze wciąż o tym piszą. Często można przeczytać, że Joachim mordując widział w twarzach kobiet swoją babkę. To nieprawda. Nigdy o tym nie wspomniał na przesłuchaniach, ani nie napisał tego we wspomnieniach. Albo, że ofiary miały czarne włosy, jak jego znienawidzona babka. Chwileczkę, babcia była stara i miała siwe włosy! A nawet na czarno-białych milicyjnych zdjęciach widać wyraźnie, że dziewczyny, na które napadał, nie są brunetkami. Te błędy są bez przerwy powielane. Dziennikarze, którzy nigdy nie widzieli akt sprawy, piszą z całą stanowczością, że zawiniła matka i babka i to one doprowadziły do tragicznych zmian osobowości Joachima. A prawda jest taka, że w tej sprawie wystąpiło mnóstwo czynników, które złożyły się na tragiczny koniec.

Jaki był Joachim Knychała?

Chciałem w tej książce pokazać Achima - człowieka, a nie tylko zabójcę. Człowieka uwikłanego w splot okoliczności, które wyzwoliły w nim zło. Gdyby jego życie potoczyło się trochę inaczej, ta historia mogłaby mieć inne zakończenie, albo zapewne nigdy byśmy o nim nie usłyszeli. Poza tym, nie tylko te kobiety były jego ofiarami. Bardzo ucierpiała także rodzina Achima, jego żona, dzieci. Dzieci zapamiętały go jako dobrego ojca. I rzeczywiście był dobrym ojcem. Ale było dwóch Achimów, ten dobry i ten zły. O tym też trzeba pamiętać, bo wokół nas jest mnóstwo ludzi, którzy mają dwie twarze. Na zewnątrz uczynni i kochający, a to drugie oblicze, ukryte, to zło w czystej postaci. Sam miałem okazję spotkać kogoś takiego i chyba dlatego tak dobrze zrozumiałem to, co działo się we wnętrzu Achima.

Polubił go Pan?

Nie każdego bohatera trzeba lubić, ale trzeba się powstrzymać od oceniania, bo wtedy nie uda się pokazać prawdziwej historii. Wkurza mnie, gdy czytam książki, w których autor za mnie myśli i dorzuca interpretację tego, co mi opisuje. Ja mam dostarczyć fakty, a Czytelnik niech sam dokona wyboru, czy znajdzie okoliczności łagodzące, czy go znienawidzi, czy obdarzy choć cieniem sympatii albo zrozumienia.

Dlaczego warto sięgnąć po tę książkę? Wiele osób może już znać tę historię.

Raz, żeby obalić te wszystkie mity krążące wokół Joachima Knychały. Dwa, do tej pory o Knychale dowiadywaliśmy się z artykułów w prasie, które mają krótką formę i nie wyjaśniają zbyt wiele. Ja odkryłem relacje, pokazałem jak przebiegały zdarzenia. Miałem możliwość rozwinąć temat i wszystko dokładnie opisać. Wiele rzeczy mnie samego zaskoczyło.

Jak opowiedział Pan historię Knychały? Nie bał się Pan porównań do „Wampira z Zagłębia”?

Przemysław Semczuk
Przemysław Semczuk

Nie chciałem, żeby obie historie były do siebie podobne. Druga zmęczyłaby Czytelnika i trzeciej nie wziąłby już do ręki. Czytelnicy boją się literatury faktu, która wydają im się trudna i kojarzy z nudną szkolną historią. A ponieważ literatura kryminalna jest teraz modna, to zdecydowałem się na zbeletryzowaną formę dokumentu. To powieść, w której są akcja i dialogi. Oczywiście po części jest to kreacja literacka, ale odtworzona na podstawie dokumentów. Nie wiem, czy bohater wypił dwa czy trzy kieliszki wódki, ale chciałem oddać choć trochę tamtej rzeczywistości. Są też fragmenty dokumentalne, w których opisuję, jak pracowałem nad książkę i jak do pewnych faktów dochodziłem. Jeździłem „Szóstką” od Katowic po Bytom ze starą mapą z lat 80. Sprawdzałem stare książki telefoniczne i ustalałem gdzie dokładnie stały kioski ruchu. Nad ustaleniem jednego szczegółu spędziłem dwa dni. W Katowicach niedaleko Pętli Alfred jest szkoła. Obecnie to liceum ogólnokształcące w Siemianowicach. Ale na dokumentacji kryminalistycznej napisano „szkoła podstawowa”. Tyle, że nie było numeru. Zadzwoniłem tam, ale obecni pracownicy stwierdzili, że zawsze było to liceum. Pojechałem do Warszawy i w Bibliotece Narodowej sprawdziłem kilka starych książek telefonicznych. Do roku 1978 była to podstawówka numer 18. Potem już liceum.

Kto będzie bohaterem Pana następnej książki?

Już nad nią pracuję. To będzie prawdziwy wampir, czyli Karol Kot z Krakowa.

Nie śnią się Panu po nocach te wszystkie wampiry?

Jasne, że się śnią. Kiedy pracuję nad tekstem, zbieram dokumentację i przelewam na papier, tym żyję. A skoro cały dzień myślę o sprawie, to ona też mi się śni. Ale nie Achim z siekierą, który przy mnie szuka nowych ofiar. To nie są myśli uporczywe czy natrętne.

Będzie film o „wampirze z Bytomia”?

To byłby doskonały film. Szczególnie po tym, jak dokładnie ustaliłem, co się wtedy działo. Dokumentacja jest gotowa, teraz potrzebujemy dobrego reżysera i odważnego producenta. Praca nad takim filmem nie byłaby prosta, co pokazuje przykład filmu „Jestem mordercą” Maćka Pieprzycy. Maciek zaczyna opowiadać historię Marchwickiego od pewnego momentu. Odbiega jednak od prawdziwych wydarzeń, a jedynie się nimi inspiruje. Kiedy byłem na premierze, wiedziałem co będzie w następnej scenie. Ale pojawiły się też nowe wątki. Bałem się, że widzowie wychodząc z seansu powiedzą: „aha, tak to było”. Bo właśnie nie tak było. Moja książka o „wampirze z Zagłębia” jest dokumentem, a film jedynie został zainspirowany prawdziwą historią. Moim zdaniem Knychałę trzeba opowiedzieć inaczej. Nie linearnie, a raczej retrospekcjami sprzed lat. W książce było mi łatwo pokazać chronologię, bo mogłem operować datami. Film rządzi się jednak innymi prawami. I akurat w przypadku Knychały nie trzeba tworzyć drugiego wątku. W tej sprawie mamy pod dostatkiem prawdziwych bohaterów i prawdziwych wydarzeń.

 

Czytaj więcej

Napisz do autora k.glowacka@silesion.pl
Zmiana kategorii na: Legendarny Śląski