Silesion.PL

serwis informacyjny

Dlaczego zbieram kolekcjonerskie modele samochodów w skali?

Star 200. Model w skali 1:43

Star 200. Model w skali 1:43

Odpowiedź na tytułowe pytanie może wydawać się prosta, szczególnie dla osoby zainteresowanej tym tematem, czy też kolekcjonerstwem ogólnie. I w pewnym sensie taka ona jest, ale gdy pozostaje w naszym umyśle. Jednak ubranie tego w słowa to już jest inna sprawa.

Czym są modele kolekcjonerskie

Na początek – tym, którzy nie są zaznajomieni z tematem – należy wyjaśnić, co to w ogóle są kolekcjonerskie modele samochodów. Przede wszystkim należy zaznaczyć, że nie są to zabawki. Jeśli ktoś się uprze, to będzie się nimi mógł bawić, jednak musiałaby to robić osoba dorosła lub naprawdę duże dziecko, które będzie umiało się z nimi delikatnie obchodzić. Dla małych dzieci zdecydowanie się nie nadają, bo nie są skonstruowane tak jak zabawki, posiadają części (takie jak: lusterka, zderzaki, koła, szybki), które podczas zabawy łatwo uszkodzić lub urwać.

Nie służą one bowiem do zabawy – po prostu mają wyglądać, być jak najdokładniejszą miniaturą prawdziwego samochodu, czyli mieć nie tylko dobrze odwzorowaną bryłę, ale też jak największą ilość i dokładność odwzorowania detali (ta dokładność jest oczywiście także zależna od oczekiwań kolekcjonera i zasobności jego portfela). Ustawia się je na półce, chroni przed nieupoważnionymi i kurzem. I od czasu do czasu się je ogląda. Niektórzy kolekcjonerzy wyciągają dany model z gabloty i przyglądają mu się dokładniej. Można to porównać do numizmatyka spoglądającego na swoje monety. Ładnie wyeksponowane miniaturowe modele samochodów po prostu ozdabiają mieszkanie.

Nierozumienie pasji i próby jej tłumaczenia

Wiele osób nie może zrozumieć tej pasji i ci, którzy zbierają przeróżne modele pojazdów, często słyszą tekst o zabaweczkach itp. Niektórzy próbują im przez jakiś czas tłumaczyć, czym te modele kolekcjonerskie są naprawdę, ale często po pewnym czasie odpuszczają. I czasami jest to najlepsze wyjście. Dotyczy to przede wszystkim tłumaczenia tego osobom, które same nie mają żadnego hobby i nie chcą go mieć – tutaj naprawdę warto oszczędzić sobie nerwów. Osoba, która ma jakiekolwiek hobby, nie musi podzielać zainteresowań innej osoby, ale po prostu je rozumie. Niezrozumienie będzie wtedy jakimś skrajnym przypadkiem, a już szczególnie wtedy, gdy to inne zainteresowanie, to też kolekcjonerstwo.

Może być jeszcze jednak taki przypadek, że jakaś osoba hobby nie ma, nie kolekcjonuje niczego, ale nie jest to spowodowane brakiem takiego zainteresowania, ale różnymi innymi rzeczami – brakiem: pieniędzy, miejsca, czasu, a także…skąpstwem. Czasami trzeba, nawet przypadkiem, obudzić w sobie jakąś pasję, a do tego z różnych powodów nie dochodzi. Szczególnie więc tym ostatnim osobom można pewne rzeczy wytłumaczyć.

Ponieważ w opisywanym temacie takie niezrozumienie przejawia często kobieta, czyli dziewczyna, żona lub mama kolekcjonera, to można spróbować jej swoją pasję wytłumaczyć na zasadzie porównania. Np. czy za zbieranie zabawek uzna kolekcjonowanie porcelanowych lalek? Takich z odtworzonym dokładnie ubiorem – miniaturowe suknie, buty, torebki, kapelusze? Warto zrobić tej osobie taki prezent, który naprawdę może odwrócić jej spojrzenie na nasze hobby, jeśli nie o 180 stopni, to chociaż odrobinę. I nie dotyczy to tylko kobiet, bo to jedynie przykład. Może nasze samochody nie będą już wtedy zabaweczkami, a razem z przykładowymi lalkami staną się tym, czym naprawdę są, czyli małymi dziełami sztuki.

Dawno, dawno temu, czyli jak to było u mnie

Żeby jednak opisać, jak to było u mnie, to do dzieciństwa cofnąć się muszę. Wiadomo, że chłopcy, chociaż nie tylko, w pewnym wieku bawią się samochodzikami i jest to dla nich zabawa podstawowa – ja nie byłem wyjątkiem pod tym względem. Na te samochodziki patrzyłem jednak zawsze jak na miniatury tych dużych. Interesowały mnie także te, które niekoniecznie przypominały te prawdziwe, ale miniatury zawsze były dla mnie ważne. Moje dzieciństwo przypadło na lata 80., a motoryzacyjne miłości miałem dwie – Fiat 125p i Ikarus 280. Kiedyś rozmyślając, dlaczego ten drugi tak mi się podoba, żartowałem sobie, że musiano mnie nim wieźć ze szpitala po urodzeniu i była to pierwsza rzecz, jaką widziałem. Dowiedziałem się jednak, że wieziono mnie taksówką – to by tłumaczyło więc ewentualnie Fiata, ale przecież Ikarusa mogłem zobaczyć przez jego szybę.

To tyle żartów, ale na poważnie bardzo lubiłem te dwa pojazdy i nadal je lubię. Sprawa jest prosta – bardzo podoba mi się ich wygląd. Wiadomo, że rolę grają tu też wspomnienia, bo te pojazdy nierozerwalnie są z nimi związane. Było ich jednak więcej, a ja mimo to wybrałem właśnie te. Już we wczesnym dzieciństwie bardzo chciałem mieć miniaturowego Ikarusa 280. Nie wyobrażałem go sobie jako zabawkowego, ale po prostu jako pomniejszony oryginał. Wtedy tak naprawdę posiadanie takiego modelu było niemożliwe, ale już wtedy moje myśli kierowały się w stronę modeli kolekcjonerskich. A ponieważ podobało mi się wzornictwo aut z tamtego okresu, a także tych ze wschodniej części Europy, to moje wyobrażenia szły w kierunku posiadania np. Wartburga 353. Szybko wykrystalizowało się to jako chęć zbierania samochodów z tzw. demoludów oraz tych zachodnich, które do nas – w różnym sensie – docierały, ale… takiej możliwości po prostu także nie było.

U innych osób wygląda to zazwyczaj podobnie, jednak mogą być zawsze jakieś różnice – ktoś żyjący w PRL-u mógł się zachwycać np. motoryzacją z USA, czyli czymś już najczęściej zupełnie nieosiągalnym, a i oglądanym tylko w filmach. Różnicą było na pewno to, że miniaturowe modele z USA, a także zachodniej Europy, można było zacząć zbierać szybciej, bo na rynku pojawiły się wcześniej.

Moje pierwsze modele kolekcjonerskie

Pierwsze moje zetknięcie z modelami, które można było uznać za modele kolekcjonerskie, to początek lat 90. i zakupy u osób, które przyjeżdżały na nasze targowiska zza wschodniej granicy. To u nich można było się zaopatrzyć w przyzwoicie wykonane modele aut w skali 1:43, które w oryginalnym rozmiarze zostały wyprodukowane przez przemysł samochodowy ZSRR – Łady, Moskwicze, Wołgi… Daleko było im do dzisiejszych miniatur, ale do dzisiaj „nie straszą” swoim wyglądem.

Tak naprawdę jednak modele kolekcjonerskie – a wraz z nimi także wiele modeli, które można było kupić po raz pierwszy, bo po raz pierwszy w historii ktoś je wyprodukował – dotarły do nas za sprawą pewnej serii gazetowej dopiero w roku… 2008(!). Ja miałem więc wtedy prawie 30 lat. Seria utrzymywała się na rynku do roku 2016 i niektóre modele pojawiły się po raz pierwszy dopiero pod jej koniec lub nadal się nie pojawiły. Na rynek wchodzi teraz np. seria, dzięki której po raz pierwszy pojawią się miniaturowe modele polskich ciężarówek. Na niektóre modele będziemy czekać zapewne jeszcze wiele kolejnych lat.

Brutalnie można więc stwierdzić, że wiele osób nie dożyło możliwości ich zbierania. Samochody te (w skali 1:1) praktycznie całkowicie zniknęły z naszych dróg, a zobaczyć można je głównie na zlotach i w muzeach. Część osób jednak nie straciło swojej pasji, a także zaraziło nią młodsze pokolenia, które zresztą mogą pamiętać te pojazdy także ze swojego dzieciństwa – np. jako samochód dziadka. Nie zatraciło jej i w końcu mogli zacząć zbierać te modele, na które tak długo czekali. Tylko po co?

Wspomnienia, sentymenty i ładny wygląd

Jeśli ktoś dalej tego nie rozumie, to już trudno będzie mu to wytłumaczyć inaczej. Podsumowując – to po prostu powrót do dzieciństwa, ale nie do zabawek, a do dawnych czasów, także tych gdzie miało się już więcej lat – było nastolatkiem lub osobą dorosłą. Do tych dawnych czasów, gdzie także prawdziwy pojazd był czymś nieosiągalnym. Samochód to było coś do obejrzenia na ulicy, a przejażdżka nim nie była codziennością. Kilka osób z rodziny miało samochody – jeden wujek Fiata 126p, drugi – Trabanta, trzeci – Wołgę… U mnie w rodzinie samochód pojawił się dopiero w 1999 roku (była nim Skoda Favorit, więc bardzo dobrze wpisuje się on w całość tej historii). Samo posiedzenie w nich to było także coś niesamowitego, tak samo, jak wycieczka ze Śląska nad morze Mercedesem „beczką” należącą do sąsiada.

Tych samochodów nie ma na ulicach, spojrzenie na ich miniaturowe wersje ustawione na półkach pozwala naprawdę cofnąć się w przeszłość i przypomnieć sobie różne fajne chwile spędzone z rodziną i znajomymi. Te samochody nadal się podobają, a miniaturki potrafią naprawdę ładnie odwzorować ich wygląd. Spojrzenie na nie daje miłe odczucia estetyczne. Te samochody, to część życia. I jeśli po tym wszystkim, co zostało napisane, ktoś dalej nie rozumie tego hobby, to ja się poddaję.

Wszelkie materiały promocyjno-reklamowe mają charakter wyłącznie informacyjny i nie stanowią one podstawy do wzięcia udziału w Promocji, w szczególności nie są ofertą w rozumieniu art. 66 ustawy z dnia 23 kwietnia 1964 r. – Kodeks cywilny (Dz. U. 2020, poz. 1740 z późn. zm.).