Czytasz: Gorzelik: to jest marsz pod prąd

Gorzelik: to jest marsz pod prąd

Mieliśmy rację. Rzeczpospolita Polska nie jest państwem prawa.

Nie, nie od sejmowych głosowań sprzed paru dni. Nawet nie od spacyfikowania Trybunału Konstytucyjnego. Tak naprawdę III RP nigdy nim nie była. Skąd o tym wiem? Z pisma profesora Andrzeja Zolla – wówczas Rzecznika Praw Obywatelskich – przysłanego w odpowiedzi na prośbę RAŚ o skierowanie do Trybunału Konstytucyjnego wniosku o zbadanie legalności dekretu komunistycznych władz z 6 maja 1945 roku. Tego, którym zniesiono autonomię województwa śląskiego. Profesor dał do zrozumienia, że nie kiwnie w tej sprawie palcem, bo wprawdzie dekrety Krajowej Rady Narodowej trudno uznać za legalne, ale było to dawno i nieprawda.

Mieliśmy rację. Duże państwo, w którym monopol ustawodawczy przysługuje władzom centralnym, jest niebezpieczne dla swoich obywateli. Wystarczy zdobyć większość w jednym parlamencie – wszak regionalnych parlamentów z prawdziwego zdarzenia nie ma – by zawłaszczyć całe państwo. By jedną ustawą pogrzebać i tak mizerną samorządność. Brak zagwarantowanego konstytucyjnie terytorialnego podziału władzy stanowi dla społeczeństwa zagrożenie podobne do braku rozdziału władz ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej.

Z racji wynika niewiele, jeśli nie jest wsparta konsekwencją. Kto chce dochodzić swych racji, nie może zawracać z obranej drogi. I Ruch Autonomii Śląska nie zamierza. Dlatego w rocznicę nadania województwu śląskiemu autonomii po raz kolejny przypominamy o tym przejawie nowoczesnego myślenia, które zagościło wśród polskich elit u progu istnienia II Rzeczypospolitej. Na krótko – o czym w twierdzy brzeskiej, a potem na Pawiaku przekonał się boleśnie więzień Wojciech Korfanty. I o tym też trzeba pamiętać.

Od lat maszerujemy pod prąd, z którym płynie państwo polskie. Rzeczpospolita, zamiast doświadczenie międzywojennej autonomii województwa śląskiego rozciągnąć na wszystkie swe regiony, wolała o nim zapomnieć. A tych, którzy oparli się owej amnezji, napiętnować jako separatystów, renegatów, V kolumnę. Zgodni w tej sprawie byli Czesław Kiszczak, Lech Wałęsa, Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński.

To jednak nie te głosy, lecz Marsz Autonomii mieści się w głównym nurcie zachodniej demokracji. Rodzina autonomicznych regionów w państwach europejskich powiększa się. Tam, gdzie rozsądek zwycięża nad emocjami, ograniczenie kompetencji władz centralnych do wykonywania zadań niezbędnych dla funkcjonowania państwa jako całości postrzegane jest jako oczywistość. Dziś Polska wydaje się być od tego pożądanego stanu dalej niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich dwudziestu siedmiu lat.

Może potrzebna jest szokowa terapia „dobrej zmiany”, by przewietrzyć umysły, otworzyć je na świeże myślenie. By przemyśleć Rzeczpospolitą na nowo. Z perspektywy interesu obywatela, a nie oligarchii partyjnych, które dotąd zgodnie strzegły niepodzielności tortu, jakim jest władza czekająca w Warszawie.

Idziemy pod prąd, jednak nie wbrew prawu. Działamy zawsze w jego ramach, co – w świetle praktyki III RP – wśród polityków nie stanowi żelaznej reguły. Potrafimy korzystać z namiastki samorządności, którą udało się stworzyć w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, czego dowodzi choćby nasza praca w sejmiku województwa śląskiego. Do tych doświadczeń odwołujemy się postulując regionalną autonomię.

Marsz Autonomii nie jest sentymentalnym przypomnieniem o utraconym przywileju jednego regionu. To wołanie o prawa wszystkich regionów RP. Dotąd było to wołanie na puszczy. Czas pokaże czy po doświadczeniu dokonującej się na naszych oczach rozprawy z samorządnością aktualność zachowają słowa Jana Kochanowskiego: „Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”. Gdyby tak miało się stać, racja będzie nam marną pociechą.

Czytaj więcej