News, Historia

Zimny wychów górnośląskich książąt

Nie było czasu na beztroską zabawę. Pruski dryl obowiązywał również elity.

Latem pobudka o wpół do szóstej. Zimą godzinę później. Na stoliku miednica i dzban z lodowatą wodą. Opłukać twarz, wyszorować ręce. Czasem bona albo niańka pomagała się ubrać, ale nawet książęta obowiązywała zasada samodzielności. Pod drzwiami już czekała guwernantka. „Angielski spacer” oznaczał dwugodzinną konwersację na świeżym powietrzu w towarzystwie nauczyciela.  „It's a nice day, isn't it”? "Yes, the weather is nice”. Hartowanie ciała i ducha trwało do wieczora. 

ZIMNY WYCHÓW

Nad wyborem imienia dla dziedzica lub dziedziczki rodowej fortuny deliberowano na długo przed narodzinami. Górnośląskie rody miały własne tradycje, jednak zasadą było, że imię nadawano na cześć znamienitego przodka. U Strachwitzów w Kamieniu Śląskim, pierworodny syn otrzymywał imię na cześć św. Jacka (niem. Hiazinth), u Hochbergów był to Hans Heinrich, a pierwszemu męskiemu potomkowi Tiele- Wincklerów, nadano imiona po założycielach rodów - Franz Hubert. W codziennym życiu nastręczało to niemało kłopotów. Gdy ojciec i dziadek nosili te same imiona rodzice wymyślali rozmaite zdrobnienia i  przezwiska dla dzieci.

Tuż po narodzinach potomka matka przekazywała go mamce, która karmiła niemowlę piersią. Mieszkała w pałacu albo była przyprowadzana przez lokaja lub pokojówkę do sypialni, po czym wracała do siebie. Dzieckiem zajmowały się piastunki. Mamka musiała być  kobietą zdrową, zamężną, o wesołym usposobieniu, aby „wraz z pokarmem nie  przeszła na dzieci jakaś melancholia”. Mamka była sowicie wynagradzana i często utrzymywała całą rodzinę. Dlatego zawodowe mamki starannie planowały własne ciąże (o ile w XIX wieku było to możliwe), dopasowując terminy do planów jaśniepaństwa. Wielodzietne rodziny były regułą również w arystokratycznych rodach.

Zobacz: Bajkowa Moszna

Hubert i Waleska Tiele-Wincklerowie mieli czterech synów i cztery córki. Hubert spłodził jeszcze dwoje dzieci z drugą żoną. Chłopcy mieszkali razem w jednym lub dwóch pokojach, dziewczynki również miały wspólną sypialnię.

Kiedy dwu- trzylatek zaczynał mówić, odbierano go piastunkom powierzając pod opiekę bonie. Śląskich magnatów stać było na Nursemaid z najlepszymi referencjami. Angielki i Francuzki zabiegały w tutejszych rezydencjach o świetnie płatne posady. Od małego miały wpajać dziedzicom dobre maniery. Towarzyszyć im przy posiłkach, ubieraniu, zabawach. W każdym ich geście, czy spojrzeniu  można było wyczytać: „Noblesse oblige” panienko.  „Szlachectwo zobowiązuje” paniczu. Oni zaś oddaliby wszystko za beztroską zabawę z rówieśnikami. Czasem udawało im się wyrwać spod kurateli panien z zasadami.

U Tiele-Wincklerów w Mosznej, czy u Donnersmarcków w Brynku, nie brakowało czystych strumieni i stawów. Nastoletni Franz Hubert uwielbiał łapać raki gołymi rękami. Z braćmi urządzał też wyścigi ślimaków. Jazda konna i nauka strzelania z lekkiej fuzji to już była rutyna. Tuż obok brynkowskiego pałacu wybudowano krytą ujeżdżalnię, aby zła pogoda nie przeszkadzała w ćwiczeniach. W prezencie na gwiazdkę już kilkuletnie dzieci otrzymywały szetlandzkiego kucyka, a dziewczynki dodatkowo małą bryczkę. Dworski stangret udzielał im pierwszych lekcji powożenia.  A zabawy w chowanego, nazywanego na Śląsku Blinde-Kuh (ślepa krowa), berek, gry  w szklane kulki? Na to już brakowało czasu.

W wieku sześciu lat beztroskie dzieciństwo się kończyło. Dziewczynkom czytano katechizm, przyuczano do prac ręcznych i prowadzenia gospodarstwa domowego, szycia, robótek ręcznych, ról żony i matki. Wpajano im dobre maniery, uczono gry na instrumentach, śpiewu i tańca. Chłopcy do południa wkuwali algebrę, geometrię, gramatykę, mowy łacińskich retorów. Po 4-5 godzinach zarządzono przerwę obiadową. Godziny popołudniowe przeznaczano na naukę rysunku, ćwiczenia fizyczne, w tym szermierkę i jazdę konną. Nie było czasu na beztroską zabawę. Pruski dryl obowiązywał również elity.

DWA ŚWIATY

Do 6  roku życia cały dziecięcą rzeczywistość wypełniały mamki, piastunki, nianie, później bony i guwernantki. W arystokratycznych pałacach i zamkach, świat dziecka i świat rodziców tworzyły dwa odrębne kręgi. Dziecko, można było od czasu do czasu widywać, lecz w żadnym razie nie powinno przeszkadzać dorosłym w ich poważnych sprawach.

Ojciec arystokrata nie był zwyczajnym tatą, do którego można było się przytulić albo pożartować. Był patriarchą, głową rodziny, autorytetem, tak odległym od dziecięcego pokoju, że maluchy nie widywały go tygodniami. Hugo Henckel von Donnersmarck, Hubert Tiele-Winkler, Hiazinth von Strachwitz byli ludźmi wielkiej energii i siły charakteru. Poważni, szorstcy w obyczajach. Czułe i serdeczne gesty, nawet wobec najbliższych, mogłyby  oznaczać słabość charakteru. Przy posiłkach, w których uczestniczyły starsze dzieci, sama postawa siedzącego u szczytu stołu rodziciela, onieśmielała. 

W wydanej w 1998 roku obszernej biografii Ewy Tiele-Winckler (red. ks. bp Rudolf Pastucha) nie brak opisów surowych obyczajów panujących w rodzinie. Ewa wspominała ojca: „Radowały nas jakiekolwiek objawy jego dobroci, nawet dotyk ręki, czy serdeczne słowo. Wychowywał nas w wielkiej prostocie i dobroci. I skromności, a hartował w czym się dało”. 

Dorośli żyli swoim życiem. Franz Hubert zarządzał potężnym imperium ziemskim i przemysłowym. Całe dnie spędzał w swoim wielkim gabinecie, przed którym zawsze oczekiwał tłum interesantów. Trzy razy w jego dobrach przebywał sam cesarz.

Pokoje, w których mieszkały dzieci, zazwyczaj mieściły się z dala  od reprezentacyjnej części pałacu. Na końcu amfilady, czasem na poddaszu. Apartamenty rodziców były oddalone, więc na co dzień mali hrabiowie i księżniczki, otaczani byli przez obcych ludzi, często  mówiących gwarą albo z obcym akcentem. Kiedy chłopiec kończył 12 lat szykowano go do szkół. Wówczas rodzic odbywał z nim poważną  rozmowę, sprawdzając czy jest dość samodzielny, by opuścić dom. Mówił synowi o sprawach swojego gospodarstwa, lasów, fabryk, koni. Wychowanie córek było dla niego tabu.

Nastoletni dziedzice opuszczali Śląsk na 5-6 lat. Kształcili się w miastach oddalonych o setki kilometrów. Podróżowali w głąb Niemiec. Czasem do Anglii, czy Szwajcarii.  Do domu wracali raz, dwa razy w roku, na Boże Narodzenie oraz na letnie wakacje.

W POSZUKIWANIU UTRACONEGO DZIECIŃSTWA

Surowi rodzice nie opowiadali swoim dzieciom bajek przed snem. Niektórzy, już jako dorośli ludzie, próbowali stworzyć namiastkę szczęśliwego dzieciństwa.  Franz Hubert, który po śmierci  ojca odziedziczył miliardowy majątek, przebudował zamek w Moschen (Mosznej) w pełną magii bajkową rezydencję. Kiedy nocą z 2 na 3 lipca 1896 w zamku wybuchł wielki pożar, a ogień strawił dach i stropy barokowej budowli, przeniósł rodzinę do starego pałacu w Miechowicach, a  sam całe dnie spędzał nad rysunkami nowego zamku. Smukłe wieże, wykusze, ryzality, ażurowe zdobienia. W Paryżu postawiono już wieżę Eiffla, w Nowym Jorku jeden za drugim powstawały  drapacze chmur… Żaden architekt nie chciał się podjąć bajkowego projektu. Na szkicach ożywał świat gotyckich legend i rycerskich baśni z dzieciństwa. Magnat chciał zamku w stylu Ludwika Bawarskiego.  Z basztami, wieżyczkami, krużgankami. Czterdziestoletni mężczyzna, który ledwie rok wcześniej otrzymał z rąk cesarza Wilhelma II tytuł hrabiego, wydał miliony na spełnienie marzeń o szczęśliwym dzieciństwie. Ośmiusethektarowy park otaczający zamek miał nie mieć początku ani końca. Ukwiecone łąki, rododendrony, azalie, ciemne dęby i rozłożyste sosny, a wszystko poprzecinane kanałami, stawami i przerzuconymi przez mokradła mostkami. W zamkowej oranżerii, siadając w cieniu wielkiego bananowca, można było się poczuć jak w dżungli… Neverland na skraju tętniącej życiem przemysłowej metropolii.

DOBRA SAMARYTANKA

W ostatnim dniu października 1866 w miechowickiem pałacu Tiele-Wincklerów przychodzi na świat  córka Waleski i Huberta, młodsza siostra Franciszka Huberta.  Matka jest katoliczką, ojciec protestantem, co w niczym nie wadzi, aby żyli zgodnie, pobożnie, pracowicie, skromnie. Mimo, że należą do najzamożniejszych ludzi w niemieckim Cesarstwie, nie obnoszą się z bogactwem. Cnotę dyscypliny, umiaru i powściągliwości wpajają swoim dzieciom.

W mieszanych związkach dzieci przyjmowały zazwyczaj konfesję matki. Ewa zostaje ochrzczona przez katolickiego księdza, przystępuje do sakramentów. W roku 1880 odchodzi ciężko chora Waleska. Po latach Ewa wspominała: "Pozostała w naszej pamięci jako uosobienie wszelkiego dobra, delikatności, serdeczności i niezmąconego spokoju".

Po stracie żony, ojciec Franciszka Huberta i Ewy, Hubert von Tiele Winckler, poznaje  młodą i piękną hrabinę Rose von der Schulenburg, protestantkę, jak on. Prosi ją o rękę. Dla dzieci to szok.  Macocha życzy sobie, aby pasierbica  była  wychowywana wedle reguł jej wyznania. Ewa, jak matka, zawsze skora do pomagania słabszym,  chorym i pokrzywdzonym, ucieka w świat w którym czuje się potrzebna, nędzne chałupiny fabrycznej i wiejskiej biedoty. Rozdaje swoje kieszonkowe, ratuje od głodu i cierpienia tych, którym los nie dał szansy.  Ojciec nie może pojąć dlaczego córka woli przebywać wśród chorych i brudnych, zamiast cieszyć się pięknymi meblami i arrasami, które sprowadza aż z Włoch i Francji.  Postanawia skończyć z fanaberiami córki. Ewa zapisała w swoim pamiętniku. "Nastąpiła katastrofa. Nie pozwalają mi na nic. Nie mogę rozdzielać już zupy ani chleba wśród ubogich, nawet rozmawiać ze służbą i ludźmi z wioski. Tak oto pogrzebane zostały moje marzenia”.

Dziewczyna nie ustępuje. Dzięki wysokiemu urodzeniu i majątkowi rodziców chce choć trochę poprawić świat. Przytułki,  sierocińce, szpitaliki, tworzą cały jej świat.

Nocami pisuje listy o miłosierdziu, powołaniu, potrzebie ewangelizacji, skromności. Oprócz tekstów biblijnych, zbiera śląskie przysłowia, wiersze i pieśni. 

 "Miłość musi kochać, albo umrzeć, musi dawać, inaczej będzie uboga"- notuje Ewa. Przez pewien czas przebywa w Bielefeld. Na Śląsk powraca po święceniach jako diakonisa,  Matka Ewa (Alex Funke, Eva von Tiele-Winckler: "Mutter Eva", 1986). Wobec bezmiaru dobroci, którą roztacza wokół siebie Tiele-Wincklerówna, ojciec łagodnieje, a w końcu ulega, przekazując część swojego olbrzymiego majątku na Ostoję Pokoju (Friedenshort) w Miechowicach, pierwszy dom opieki z prawdziwego zdarzenia. Do końca życia wykorzystuje  odsetki od kapitału, dziedziczonego po rodzicach na dzieło miłosierdzia. Na sercu leży jej zwłaszcza dobro dzieci. Rzadko zagląda do bajkowej rezydencji w Mosznej. Wystarcza jej skromny drewniany domek na skraju wsi. I uśmiech podopiecznych.

Czytaj więcej

Zmiana kategorii na: Szkoła