Czytasz: „Zimna wojna” to jeden z najpiękniejszych filmów o miłości w historii kina [RECENZJA]

„Zimna wojna” to jeden z najpiękniejszych filmów o miłości w historii kina [RECENZJA]

Delikatny i z ludowym przytupem, rozśpiewany i roztańczony, z wielką historią w tle – taki jest najnowszy film Pawła Pawlikowego. W kinach od 8 czerwca.

Oscara za "Idę" trzyma „wysoko”, ale nie myślał o tej nagrodzie, kiedy zaczynał pracę nad „Zimną wojną”. - W mojej głowie było tak samo trudno, jak przy każdym filmie – przyznaje Paweł Pawlikowski, reżyser. Jego dzieło doceniło jury Festiwalu w Cannes przyznając Pawlikowskiemu Złotą Palmę za reżyserię. Żaden Polak przed nim nie dostał nagrody w tej kategorii (Złotą Palmą wyróżniono wcześniej tylko dwa filmy - „Człowieka z żelaza” Andrzeja Wajdy i „Pianistę” Romana Polańskiego – przyp. red.).

W „Zimnej wojnie” zakochał się świat. "The Hollywood Reporter" napisał, że "Zimna wojna" to "prawdziwa rozkosz dla znawców muzyki", a "The Guardian" ocenił, że to "wizualnie porywająca epicka opowieść o uwięzieniu i ucieczce ze świata totalitaryzmu". Choć w filmie tak ważna jest lokalność i historia Polski lat 50. i 60., to jednak – a może przede wszystkim – film jest uniwersalną przypowieścią o miłości niemożliwej. A wielka miłość nie potrzebuje słów.

"Zimna wojna" zaczyna się w 1949 roku. Opowiada historię Zuli (Joanna Kulig) i Wiktora (Tomasz Kot). On jest pianistą i kierownikiem muzycznym powstającego zespołu pieśni i tańca „Mazurek”. Ona – „nie jest góralką, kapuje i zabiła ojca”. Zula trafia do zespołu, bo potrafi śpiewać, ma talent i charyzmę. Jest młoda, Wiktor dużo starszy, ale para zakochuje się w sobie. Jednak ich związek nie będzie łatwy. Ich burzliwa miłość przekroczy granice kilku krajów – Niemiec, Francji, Jugosławii i będzie świadkiem przemian dziejowych na przestrzeni dwóch dekad. Bo „Zimna wojna” to film o wielkiej i niemożliwej miłości. Bohaterowie nie potrafią być ze sobą, a jednocześnie nie mogą bez siebie żyć. Taka miłość zdarza się raz na milion. Czy w dzisiejszych czasach byłaby w ogóle możliwa?

Film nie tylko fabularnie osadzony jest w przeszłości. Wizualnie obraz inspirowany jest francuską Nową Falą. Klimat przywodzi na myśl takie filmy jak „Do utraty tchu” Godarda czy „Kobieta i mężczyzna” Leloucha. Genialne zdjęcia autorstwa Łukasza Żala oddają klimat paryskich klubów pełnych jazzu, słonecznej Jugosławii i zimnowojennego Berlina. Choć historia jest burzliwa i spektakularna to jednak opowiedziana prosto, minimalistycznie, bez wielkich scen i patosu.

Ten film kipi muzyką od pierwszej sceny. Widzimy w niej górali grających na instrumentach i śpiewających ludowe pieśni. Kamera skupia się na dłoniach, a zaraz potem na twarzy pieśniarza i jego smutnych, nostalgicznych oczach. Jest w tej scenie autentyczność i taka tęsknota, że serce ściska. A przed nami jeszcze prawie półtorej godziny filmu.

Podążamy z „Mazurkiem” przez kolejne sceny w Polsce i za granicą, by znaleźć się we wspomnianych klubach wypełnionych muzyką jazzową. Muzycznym lejtmotywem jest piosenka „Dwa serduszka, cztery oczy”, którą słyszymy w różnych aranżacjach, także jazzowych, których autorem jest Marcin Masecki. Ta piosenka plącze się po głowie jeszcze długo po wyjściu z kina.

Dopełnieniem są pełnokrwiści bohaterowie, znakomicie zagrani przez Joannę Kulig, Tomasza Kota, ale też Borysa Szyca czy Agatę Kuleszę. Jednak największe brawa należą się filmowej parze z wdziękiem odegranej przez Kulig i Kota. Aktorzy stworzyli duet, który wzajemnie się uzupełnia. On jest powściągliwy, nieco wycofany. Ona pełna energii i trochę nieokrzesana. Pierwowzorami filmowych Zuli i Wiktora byli rodzice reżysera, którym Pawlikowski zadedykował ten film. To była dramatyczna para, która rozchodziła się i wracała do siebie. Filmowi bohaterowie na zmianę przyciągają się i odpychają, padają ofiarą własnych lęków, ambicji i uczuć. A także wyborów, które determinują ich wspólne życie. A to wszystko w cieniu zamkniętych granic i żelaznej kurtyny, zagranicy, w której trudno się odnaleźć. Tak powstała opowieść o wykorzenieniu, tęsknocie i wielkiej miłości. Film jest pełny i skończony, kompletny i utkany poezją, romantyczny, tęskny i chwytający za serce.

Tomasz Raczek powiedział, że „Zimna wojna już w dniu premiery stała się klasykiem kina. Jest doskonała i czysta jak monolit, który niespodziewanie spadł z kosmosu, ignorując ziemskie realia chaosu, szumu i zanieczyszczenia”.

Nie boję się powiedzieć, że "Zimna wojna" to jeden z najpiękniejszych filmów o miłości w historii kina. Do kin wejdzie 8 czerwca, ale świat już zaczął pisać hymn pochwalny na jego temat. Bez wahania dopisuję do niego swoją zwrotkę.

Zdjęcia: Kino Świat / Łukasz Bąk

Czytaj więcej