Komentarz

Ziemkiewicz odpowiada Twardochowi

Taki sam ze mnie Ślązak, jak z waszego Gorzelika, jedyna różnica, że on z kieleckiego, a ja z Mazowsza

Mogłem zostać Luksemburczykiem, naprawdę. I to nie byle pierwszym z brzegu – wieszczem luksemburgizmu. Naprawdę. 

Opowiem. Z różnych przyczyn wylądowałem w tym pięknym księstwie jako gość tamtejszego odpowiednika naszego Stowarzyszenia Pisarzy. Pokazano mi piękny Dom Literatury Luksemburskiej, centrum, jak mi powiedziano, luksemburskiej tożsamości, mieszczący się w pięknie odrestaurowanej willi, gdzie w wieku XIX mieszkał największy pono pisarz z Luksemburga – niestety, na śmierć zapomniałem jego nazwiska. Pisał, co prawda, po francusku, ale był tutejszy, dlatego jest dziś patronem wspomnianego centrum. 

Aha, w podziemiach jego willi zbudowano bibliotekę, gdzie będzie gromadzony piśmienniczy dorobek Luksemburga. Jest tam parędziesiąt książek po francusku, paręnaście po niemiecku, ale oczywiście najważniejszy będzie dział książek napisanych po luksembursku. Na razie, kiedy zwiedzałem bibliotekę, było ich tam dokładnie trzy. 

Ale pewnie będzie więcej, bo pieniądze na promowanie języka luksemburskiego i luksemburskiej kultury płyną szerokim strumieniem. Najbardziej mają przez to przerąbane luksemburskie dzieci. I tak muszą już się uczyć francuskiego i niemieckiego, bo to dwa główne, równoprawne języki księstwa, do tego angielskiego, bo wiadomo, no i języka używanego w domu rodzinnym, czyli albo włoskiego, albo polskiego, bo to dwie główne grupy etniczne w tym kraju – a do tego jeszcze od paru lat wbija im się do głów język luksemburski. 

Wiedzieliście, że taki język istnieje? I słusznie, bo tak naprawdę, to go wcale nie ma. To tylko lokalna gwara niemieckiego, dialekt używany przez miejscowych rolników, zastygły w postaci sprzed mniej więcej trzystu lat. 

Ki diabeł? Pewien polityk – francuskojęzyczny – wyjaśnił mi przy winie, o co chodzi, oczywiście wprzódy upewniwszy się, że nikt nas nie słyszy i rozłączywszy baterię w komórce. Niemcy, Rafel! Niemcom stoi kością w gardle to, że w Luksemburgu od zawsze dominującą kulturą (a tym samym i językiem) była mieszczańska kultura francuska, podczas gdy niemieckojęzyczni siedzieli po wsiach. Bardzo chcą poprawić pozycje niemczyzny, ale nie bardzo wypada im to robić otwarcie – no bo, wiadomo, niemiecki szowinizm po ostatniej wojnie wciąż nie ma najlepszego imidżu. I dlatego, tak przynajmniej twierdził mój rozmówca, wymyślili ten cholerny „język luksemburski” i zadysponowali unijne miliony na sponsorowanie luksemburskiej odmienności. 

Ale jak są pieniądze, gadaliśmy przy kolejnym winku, a może już przy koniaczku, to czemu by nie brać? Gdybyś się, Rafel, nauczył tego głupiego luksemburskiego i zechciał pisać w nim cokolwiek – cokolwiek, choćby kompletną grafomanię, ale najlepiej żeby tam było o Europie, tolerancji i tak dalej, to Centrum już ma nazorgowaną kasę na wylansowanie luksemburskiego wieszcza. Będą i wydania, i przekłady, i nagrody literackie niemieckich miast, i fajne wyjazdy… O chlebie z euromasełkiem nie wspominając. 

Cóż, propozycja chyba nadal jest aktualna. Gdyby Szczepan Twardoch zechciał z niej skorzystać, znajdę stosowne wizytówki. Nie? A dlaczego?

Tak, ja wiem, że Twardoch urodził się na Śląsku, a nie w Luksemburgu, i ślązakiem jest, ale na Śląsku na razie jeszcze takiego ssania na narodowego wieszcza i na podniesienie lokalnej gwary do miana oddzielnego języka, a co za tym idzie, i takich funduszy, nie ma. Tu jeszcze, jak sądzę, trzeba będzie na strumienie euro wspierające „lokalność” poczekać. I możliwe, że nigdy one na Śląsk nie spłyną, bo jednak sytuacja w Europie troszkę się skomplikowała, rzecznicy ruszenia europejskiej bryły z posad złapali zadyszkę, mają nieco pilniejsze zmartwienia na głowie, i w efekcie cały proces „przezwyciężania” państw narodowych na rzecz euroregionów i nowych „lokalności”, którego odpryski oglądałem z bliska w Luksemburgu, złapał zadyszkę. Możliwe, że już nie odzyska dawnego tempa. Szczerze mówiąc, jeśli będę w stanie zrobić coś, co mu zaszkodzi, to nie omieszkam. 

Dlaczego ja tu Państwu opowiadam o tym Luksemburgu? Bo może zauważycie związek między uluksemburgowianiem Luksemburga i  uślązakowianiem Śląska. Ja widzę. Kwestia perspektywy. Pisarz polityczny, od ćwierć wieku zajmujący się obserwowaniem krzątaniny nie tylko w naszym polskim grajdołku, ale i u bezpośrednich sąsiadów, i na forum unijnym, widzi te sprawy inaczej, niż prozaik, który otwarcie deklaruje, że nie wie, nie zajmuje się, nie interesuje go to, ale się wypowie, bo go „wkurwia” i jako tutejszy czuje się uprawniony. 

Po czym fanzoli (tak to się po śląsku nazywa, prawda?) kawałki rodem z dzieł Józefa Kożdonia. Że Śląsk od zawsze, że „wy, Poloki”, to nie my, że Kazimierz Wielki, że Długosz… 

Dobra, też mam na ten temat coś do powiedzenia. W końcu dokładnie taki sam ze mnie Ślązak, jak z waszego Gorzelika, jedyna różnica, że on z Kieleckiego, a ja z Mazowsza. Nie wiem jak tam Kielecczyzna, ale o Mazowszu, gdyby się za to ci sami fachowcy od autonomii zabrali, można by fanzolić tak samo. Mazowsze zawsze było z resztą Polski albo połączone luźno, albo zachowywało odrębność, niekiedy wręcz z nią wojowało (można wyguglać takie imię: Masław, na przykład). Ostatni książęta mazowieccy odeszli do Pana w XVI wieku, i dopiero wtedy nastąpiło formalne wcielenie Mazowsza do korony. Ale odmienność pozostała, to dzięki niej właśnie Zygmunt III przeniósł się do Warszawy, szukając dla powiększonej Rzeczypospolitej czegoś pośredniego, co nie będzie Litwą, ale i nie polskim hardkorem. Szlachta mazowiecka to była inna szlachta, niż mało- czy wielkopolska. Język – jeśli chcemy świadomie mylić gwarę z językiem – też pozostaje odmienny. Większość Polaków na przykład nie rozumie własnego hymnu, napisanego przez mazowszanina Wybickiego po mazowiecku. „Mówi ojciec do swej Basi cały zapłakany” – wy nie rozumiecie, że to nie ojciec jest zapłakany, tylko Basia. Do ty cały zapłakany Basi mówi, bo tak się mówi po mazowiecku. I się mówi na naszych dworcach „pociąg tanich lynii kolejowych do Lublyna przez Pylawę, Dęblyn odjeżdża z toru przy peronie…”

I co z tego? Na razie nic. Na razie nikt nie próbuje promować idei „narodu mazowieckiego”, albo – małymi kroczkami – mazowieckiej autonomii. Nie dlatego, że byłoby mniej powodów niż na Śląsku. Może tylko ten, że region biedny, mniej atrakcyjny dla tych, którzy sponsorują wspomnianą już ideę „przezwyciężania” państw, ich stopniowego decentralizowania i wzmacniania lokalności przeciwko rządom narodowym. Ale gdyby zaangażować w to trochę kasy, trochę europromocji, trochę politycznej koniunktury – mógłby być i Ruch Autonomii Mazowsza jak się patrzy. I zresztą każdej części Polski, bo każda ma swoją odmienność, swoją lokalność, swoje urazy do innych dzielnic i swoich ambitnych kandydatów na narodowych przywódców i wieszczy, gotowych łapać koniunkturę. 

Z perspektywy Warszawy – my tu patrzymy w różne dane statystyczne, wyniki wyborów etc. – próba wskrzeszenia kożdoniowego „ślązakostwa” (nie wiem, czy Ślązacy pamiętają, jak fetowali tego sławnego autonomistę kraisleiter Pannenborg i sam Adolf Hitler; my pamiętamy) na razie wielkich efektów nie przynosi, mimo instytucjonalnego dowartościowywania jego spadkobierców przez szczęśliwie odsuniętą już od władzy PO. Śląsk jest ciągle Śląskiem Korfantego, a nie freikorpsów. I osobiście nie wątpię, że takim zostanie. 

Ale złej krwi zawsze można narobić, prawda? Prostą, doskonale przećwiczoną metodą, znaną nam w Warszawie na przykład spod smoleńskiego krzyża. Puścić z jednej strony ekipę Hadaczy, żeby krzyczeli „kula w łeb dla Tuska i Komorowskiego!”, z drugiej bandę tituszków, żeby naszczali na znicze, a dalej już włączą się w wojnę uniesieni szlachetnym oburzeniem naiwni bojownicy obu stron. Z której każda oczywiście widzieć będzie tylko złe zachowania „tamtych”. Tak jak Szczepan Twardoch z czujnością ważki dostrzec potrafi, kto jego i innych Ślązaków gdzie obraził – ale „ślunskich cajtungów”, opowiadających jakim to szczęściem był dla Śląska powrót do macierzy we wrześniu 1939 i snujących narrację o Łambinowicach jako „polskim obozie dla Ślązaków” albo o „polskiej zbrodni na górnikach z kopalni Wujek” – to już nie zauważa, choć one właśnie tworzą dla tych obraz kontekst. I z kolei mobilizują, na podobnej zasadzie, tych, którzy nie są dziedzictwa Korfantego tak pewni jak ja, i wolą dmuchać na zimne. Albo obawiają, że, nie daj Boże, federaści od „Europy regionów” odzyskają oddech i energię, i brednie „cajtungów” staną się natchnieniem dla jakiegoś kandydata na narodowego wieszcza „ślązakowości”.

ziemkiewicz

Czytaj więcej

Zmiana kategorii na: Video