Komentarz

Zajmijmy się sobą

Z cyklu "czasem coś mnie wkurwi" Szczepan Twardoch: Semka kompetencje w kwestiach śląskich i niemieckich wyniósł z "Czterech pancernych"

Parę życzliwych osób zapytało mnie ostatnio, kiedy odpowiem Ziemkiewiczowi i Semce, kiedy odniosę się do ich zarzutów do naszej górnośląskiej tożsamości, kiedy sprostuję krzywdzące i nieprawdziwe stereotypy, jakimi się posługują.Otóż nigdy.Nie zamierzam odpowiadać Semce ani Ziemkiewiczowi, bo się nawet nie wkurwiłem, chociaż wkurwiam się łatwo. 

Nie zamierzam im odpowiadać, bo tylko wzruszyłem ramionami. To, co mają na temat Śląska do powiedzenia słyszałem już tysiąc razy i nigdy nie zrozumiem dlaczego miałbym się przejmować zdaniem Semki, który kompetencje w kwestiach śląskich i niemieckich wyniósl z oglądania "Czterech pancernych", czy Ziemkiewicza, słynnego z tzw. "researchu ziemkiewiczowskiego", który polega na tym, że Ziemkiewicz był w Luksemburgu i tam się wszystkiego już o Śląsku dowiedział. To, że panowie budzą się w nocy krzycząc ze strachu przed Niemcami, może być ważne dla ich terapeuty, nie dla mnie.  

Nie zamierzam im odpowiadać jednak przede wszystkim dlatego, że nasza śląska tożsamość i historia to nie ich sprawa. Po co miałbym rozmawiać o Śląsku i Ślązakach z polskimi nacjonalistami? 

Pod zamieszoną na niemieckim portalu recenzją niemieckiego przekładu „Dracha”, w której autor przedstawił mnie jako Ślązaka, pojawił się oburzony głos potomka wypędzonych, który odmawiał mi prawa do nazywania się Ślązakiem, ponieważ według niego wszyscy prawdziwi Ślązacy są już w Niemczech, na Śląsku zaś pozostali wyłącznie Polacy i nikt kto mieszka w Polsce i posługuje się tym polskim zepsutym narzeczem znanym jako Wasserpolnisch do miana Ślązaka nie ma prawa. Prawdziwi Ślązacy mówią bowiem wyłącznie po niemiecku. 

I co z tego? 

I nic. 

Dla mojej tożsamości nie ma żadnego znaczenia to, co myśli o niej Piotr Semka, czy stanowiący jego lustrzane odbicie anonimowy krzykacz z niemieckiego Internetu. Obaj zgodnie uznają, że jestem po prostu Polakiem, któremu się pomyliło i który sam nie wie kim naprawdę jest, ja tymczasem nie zamierzam się ich idiosynkrazjami przejmować, bo dlaczego miałbym? 

Siedzieliśmy ostatnio z moim przyjacielem, profesorem Krzysztofem Łęckim w katowickiej knajpie, rozmawiając sobie wesoło. Obok siedziały dwie starsze panie i przyglądały się nam z aprobatą, uśmiechając się czasem, jednak do czasu! W którymś momencie bowiem przeszliśmy na chwilę na śląski, mówiąc o czymś, o czym po śląsku rozmawiało nam się wygodniej. A fe! - zrobiły panie, jak tak można, w takim kulturalnym miejscu mówić tym brzydkim językiem?
I wiecie co? To się pewnie już nie zmieni, przynajmniej nie w bliskiej przyszłości. 

Polski mainstream zawsze ustawiał będzie Ślązaków w roli warunkowych Polaków gorszego rodzaju, którzy powinni do polskości aspirować i o niej marzyć. Ze swojej polszczyzny zeszlifować nawet ślad akcentu, o swoim pochodzeniu myśleć po cichu i ze wstydem.

A przy tym, jakbyśmy nie aspirowali, to na pełnię polskości i tak nie zasłużymy. Po wojnie tak zwani "autochtoni", którzy chcieli pozostać w swoich domach, musieli udowadniać swoją polskość przed komisjami, które tę polskość w nich mierzyły. Jeśli stwierdzono wystarczająco wysoki poziom polskości, to otrzymywaliśmy dokument, zaświadczający, iż legitymujący się nim jest narodowości polskiej, jednakże zaświadczenie to ma charakter tymczasowy i może być w każdej chwili unieważnione. 

Dlatego nieprzyjęcie polskości wzbudza w Polakach wściekłość pomieszaną ze zdziwieniem. Ślązak powinien do polskości aspirować. Jak można nie chcieć być Polakiem? Jak można nie chcieć nawet tej ułomnej polskości, którą Polska wielkodusznie, chociaż warunkowo nam przyznała?, Jak można nie chcieć przynależeć do narodu husarzy, żołnierzy wyklętych i małych powstańców? Skonfrontowanemu z tą odmową polskiemu nacjonaliście pęka rzeczywistość, pojawia się nieznośny dysonans poznawczy. Jednym z najżywotniejszych problemów przedwojennej polskiej prasy była tak zwana kwestia żydowska – czyli jak się pozbyć Żydów z Polski, II RP zmagała się również z problemem mniejszości ukraińskiej i kiedy w końcu w latach 1939 – 1945 te „problemy” w wiadomy sposób rozwiązano, Polacy z ulgą przyjęli, że mają swoje państwo wyłącznie dla siebie. A teraz ktoś miałby ten miły polskiemu oku obrazek zaburzać? 

Dlatego tak bardzo Polaków drażnią tablice z dwujęzycznymi nazwami miejscowości, w mojej okolicy regularnie oblewane farbą, ten widoczny znak tego, że Polacy u siebie nie są sami.

Tak to wygląda. Cóż więc wynika z tego, że w oczach Polaków możemy być albo warunkowymi, podejrzanymi Polakami, albo, jeśli polskości odmówimy, moralnymi zerami, świniami, które się polskości zaparły z najniższych pobudek?
Otóż nic z tego nie wynika. 

Taka jest rzeczywistość, trudno. Polacy tak o nas myślą, trudno. Możemy nad tym ubolewać, możemy się zżymać, ale tak jest. Możemy też próbować edukować, zmieniać te przekonania, ale moim zdaniem szkoda na to czasu. 

Nie zajmujmy się tym, co Polacy myślą o nas. To w pewnym sensie bez znaczenia. Zajmijmy się tym co sami o sobie myślimy. Dyskutujmy, spierajmy się między sobą, definiujmy się sami w tych dyskusjach. Odnośmy się do polskości, która przecież, chcemy tego czy nie, od stu lat ma duży wpływ na naszą tożsamość, ale odnośmy się do naszego własnego polskości przeżywania, do naszej własnej jej akceptacji lub odrzucenia, nie zaś do tego, co na temat naszej tożsamości powie Semka, który ekspertem w sprawach Śląska jest mniej więcej tak, jak koń Kaliguli senatorem. Z mianowania.

Pozostaje oczywiście kwestia tego, że Rzeczpospolita Polska uporczywie i złośliwie odmawia nam prawa do kultywowania naszej tożsamości etnicznej, nie mówiąc już o jej ochronie. Rzeczpospolita ignoruje istnienie kilkusettysięcznej mniejszości, której istnienie sama stwierdziła poprzez spisy powszechne. I jest to dla naszej tożsamości nieobojętne, ponieważ znakomita większość z nas należy do polskiej wspólnoty politycznej i w niej musimy funkcjonować. 
Swój tępy nacjonalizm po raz kolejny potwierdzili ostatnio posłowie głosujący w komisji za odrzuceniem obywatelskiego projektu ustawy o uznaniu Ślązakow za mniejszość etniczną, pod którym podpisało się sto dwadzieścia tysięcy obywateli. 

Owszem, wszystko wskazuje na to, że Rzeczpospolita Polska chce naszą tożsamość zniszczyć. Polacy woleliby, żeby nas nie było, żebyśmy się w polskości rozpłynęli, zapomnieli o naszej odrębności, nasze istnienie jest skandaliczne dla wychowanych w oficjalnej monokulturze etnicznej Polaków. 

Dlatego przed polskimi sądami niczego nie wygramy, trudno mi też uwierzyć, by w końcu udało nam się wymusić na Polsce przestrzeganie europejskich norm za pomocą europejskich instytucji, bo zdaje się, że Unia Europejska ma w tej chwili na głowie problemy znacznie większe niż nasze istnienie. Co nie oznacza oczywiście, że nie należy próbować. Próbujmy, ale nie liczmy na to. 

Nie liczyłbym też na to, że możemy zmienić stosunek Polski do nas za pomocą tłumaczenia, edukowania, cierpliwego wyjaśniania.

W kwestii naszej tożsamości zapomnijmy więc o Polsce. Przestańmy się prosić o uznanie innych, uznajmy się sami. Zróbmy się sami. Powinniśmy przy tym korzystać z polskich wzorców, na konserwowaniu własnej tożsamości narodowej w niesprzyjających warunkach Polacy się akurat znają znakomicie. 

Skoro Polakom udało się wielu z nas pozbawić naszego języka, to możemy samych siebie wymyślać po polsku, całe litewskie odrodzenie narodowe rozegrało się po polsku, bo litewskiego tamtejsi XIX-wieczni intelektualiści dopiero zaczynali się uczyć. 

Możemy się kłócić, ale między sobą. Niech się kłócą śląscy konserwatyści ze śląskimi liberałami i lewicowcami. Niech się kłócą ci, którzy chcieliby widzieć Ślązaków w roli narodu w jego XIX-wiecznym rozumieniu, z tymi, którzy jak ja uznają nowoczesne tożsamości narodowe za raka w ciele dziedzictwa naszej cywilizacji i chcieliby raczej śląskości postnarodowej, radykalnie inkluzywnej, opartej na tradycji, ale wymyślonej na nowo, pozbawionej starych śląskich ksenofobii i tchórzostwa. Zaprośmy do naszej śląskości zamieszkałych na Śląsku i w Zagłebiu Polaków, niech ją wzbogacą, jeśli będą chcieli. 

Kłóćmy się o nasz język, o jego zapis, o jego standard, ale kłóćmy się ze sobą. Tam gdzie możemy - omijajmy Polskę. Dobrym przykładem jest sprawa wprowadzenia języka śląskiego do Facebooka czy telefonów Samsung. Polska nie miała tu nic do gadania i proszę, jest, działa. 

Rozmawiajmy też między sobą o naszej zbiorowej pamięci, rozmawiajmy o naszych zbiorowych winach, nie powtarzajmy polskiego wzorów myślenia o niepokalanej wspólnocie, nie powtarzajmy wzorów polskiej mitologii narodowej, która nie jest w stanie znieść prawdy o samej sobie, chętnie jednak zajmuje się pouczaniem ościennych narodów.

Dajmy sobie spokój z prowokacjami. Mało kto ma tyle zasług dla naszej tożsamości co Jorg Gorzelik i za to ma mój szacunek i wdzięczność, rozumiem też przyjemność z obserwowania pieklących się husarzy, rozumiem, że prowokacja może być brutalną wersją sokratejskiej drogi dochodzenia do prawdy, ale tak szczerze, Jorg, po cholerę te niemieckie czapki i karabiny? Tylko po to, żeby się paru internetowych żołnierzy wyklętych wywnętrzyło w komentarzach? Wiem, że to część naszej historii, ale przecież nie o to chodziło. 

Po co o dziadku z Kriegsmarine rozmawiać z kimś, kogo horyzont poznawczy zakreślił w swojej pamiętnej epopei pułkownik Przymanowski i kto Ślązków chce widzieć w roli uroczych i przygłupich, chociaż dobrotliwych Gustlika z Honoratką? 

Porozmawiajmy lepiej między sobą, co zrobić z dziedzictwem służby naszych dziadków i pradziadków w armii nazistowskich Niemiec, możemy przyjrzeć się temu, co z tym trudnym dziedzictwem zrobili sami Niemcy, możemy przyjrzeć się ich bolesnej, narodowej psychoterapii, którą na pełną skalę odbyli po 1968 roku i znowu, zrobić to po swojemu. Ale zróbmy to sami dla siebie i ze sobą. Nie z Polakami. To nie ich sprawa.

Skuli mie, to z Polŏkami mogymy se pogŏdać o fusbalu, niy o Ślōnsku a Ślōnzŏkach. Yno żech sie terŏski spomniōł, aże jŏ fusbalu niy mōm rŏd.

Czytaj więcej

Zmiana kategorii na: MODA I URODA