Czytasz: Uratował rodzinę z dzieckiem z płonącego hotelu!

Uratował rodzinę z dzieckiem z płonącego hotelu!

Bohaterstwo niejedno ma imię. Bywa, że zbyt ochoczo szermuje się tym zaszczytnym mianem, ale na pewno nie jest tak w tym przypadku!

ViFI udało się spotkać i w kameralnej atmosferze porozmawiać z cieszyniakiem zza Olzy, który bohaterem został w zeszłym roku, ale ostatnio doceniono go oficjalnie.

Kiedy w grudniu 2016 płonął hotel Fridrich w Cierlicku, dwóch strażaków z Czeskiego Cieszyna: Václav Cieslar i Ladislav Ledvoň uratowało rodzinę z malutkim dzieckiem. Ich postawa została godnie uhonorowana, otrzymali bowiem medale „Za odwagę” – najcenniejsze odznaczenie przyznawane przez Służbę Ratownictwa Pożarniczego Republiki Czeskiej. Corocznie w całym kraju wręcza się takie tylko trzy! Również burmistrz Czeskiego Cieszyna Vít Slováček odznaczył mundurowych, dziękując im za odważną postawę i gratulując medali. „Sytuacja wyglądała tak, że cały hotel już był zadymiony, a rodzina została na pierwszym piętrze, nie byli w stanie zejść na dół. Przerażona matka trzymała swoje dziecko za oknem, żeby mogło oddychać czystym powietrzem, a my postawiliśmy drabinę, wyszedłem po niej, zabrałem małego Szymonka, bo tak ma na imię ten chłopczyk, zniosłem go na dół, a potem zajęliśmy się resztą rodziny.” – opowiada Ladislav Ledvoň.

Prawdziwe niebezpieczeństwo jednak dopiero czekało na strażaków. „W hotelu miały być jeszcze trzy osoby. Kiedy weszliśmy do budynku, żeby ich zlokalizować, wszystko nagle zaczęło się palić, trafiliśmy do tak zwanej pułapki ognia, z której nie ma już odwrotu. Zaczęliśmy wzywać pomoc przez krótkofalówki i po upływie naprawdę gorących 8 minut znaleźli nas i uratowali. Nic nam się nie stało, ale wszystkie rzeczy, które mieliśmy na sobie, były spalone – mundury i kaski były do wyrzucenia. Niestety, kiedy ratowali mojego kolegę, drabina się przechyliła i spadł na plecy z dobrych czterech metrów. Zabrali go do szpitala, ale szybko wrócił do formy. Ostatecznie hotel był już pusty, poszukiwani opuścili wcześniej budynek, nikomu nic nie mówiąc.” – dodaje z dystansem strażak.

Ladislav przyznaje, że ta akcja była jedną z najpoważniejszych w jego życiu, bo mógł naprawdę zginąć. Strażak wspomina też inny pożar, który miał miejsce w Czeskim Cieszynie w 1997 roku – paliła się wtedy cysterna z benzyną, która akurat tankowała paliwo. „Staliśmy wtedy trzy metry od samochodu, paliła się cysterna, podziemne rury i praktycznie wszystko. Ugasiliśmy to, ale zbiornik był już tak nabrzmiały, że minuta, dwie i benzyna by się wylała. Gdyby wtedy doszło do wybuchu, to byśmy mieli nowy parking” – śmieje się.

Bycie strażakiem to ciągłe ryzyko, które nieustannie trzeba analizować. Narażanie własnego życie jest na stałe wpisane w ten zawód. „Wiemy, gdzie jest ta granica, każdy człowiek ją ma, ale strażacy mają ją trochę dalej – zazwyczaj wiedzą, że ryzyko nie jest aż tak poważne, żeby uniemożliwiło niesienie pomocy[…] my nie chcemy zginąć! Wkurzyłbym się, gdybym zginął!” – żartuje nasz rozmówca.

Sierżant Ledvoň kocha swój zawód, nie żyje w strachu, jest skromnym, zadowolonym, pozytywnie nastawionym człowiekiem, dla którego medale nie mają znaczenia. Liczą się dla niego uratowane życia i okiełznany ogień. W wolnym czasie z pasją odnawia stare sejfy i lubi czasem zagrać w karty albo połowić ryby. Codzienne obcowanie z ryzykiem i niebezpieczeństwem nie zmieniło go, pozostał sobą. „Jestem strażakiem już 22 lata, idę do pracy i się z tego cieszę, zawsze może wydarzyć się coś nowego. Mamy fajną grupę, jest nas pięciu i dobrze nam się razem pracuje. Teraz muszę już lecieć, za każdy wywiad stawiamy z Vaškiem chłopakom kolację…” – żegna się z nami Ladislav, a nam jest bardzo miło, że ten zwykły cieszyniak i prawdziwy bohater zgodził się spotkać i opowiedzieć swoją historię.  Jeszcze raz gratulujemy i życzymy tylu powrotów, ile wyjazdów!

Aleksandra Hańderek

Czytaj więcej