Czytasz: Ten dzień ukradli nam politycy

Ten dzień ukradli nam politycy

Ten dzień ukradli nam politycy. Już sam nie wiem, czy zaczęło się od szalonych teorii Macierewicza, czy może od obojętności Tuska, lekceważącego rosnącą w siłę religię smoleńską.

Ważne, że wrzaski i kłótnie, zabór dobrej pamięci przez małą grupkę, polityczne miesięcznice, wreszcie forsowany mit o „poległych na Siewiernym”, na dobre zniszczył to, co powinno być istotą tej tragicznej rocznicy.

Pod Smoleńskiem zginęli ludzie. Fantastyczni, pełni życia i energii. Jednych znaliśmy tylko z telewizji, innych osobiście. Jedni pomogli nam w życiu, inni byli postaciami nie z naszej bajki. Ale wszystkich łączyła wielka energia, miłość do Polski, a także jakiś dar, pozwalający wpływać na ludzi i zmieniać otaczający nas świat. 

Pod Smoleńskiem zginęła moja nauczycielka i mistrzyni, Krystyna Bochenek. Ktoś, kto uczył mnie nie tylko rzemiosła, ale też kształtował sposób patrzenia na świat. Bo dziennikarstwo dla Krysi było czymś dużo poważniejszym niż zawód, profesja. Dziennikarstwo było niezgodą na zło wokół, rodzajem wrażliwości, energią i determinacją. Było odpowiedzialnością. Za słowo, za ludzi, za siłę, jaką dawało pióro, mikrofon czy kamera. To ona, kiedy uznała, że atrybuty dziennikarza to za mało, by pomagać ludziom, wbrew wielu głosom, weszła w świat polityki. A tam, z właściwym sobie talentem, pokazała, że spory i kłótnie to coś, co można koncertowo zlekceważyć. I zająć się solidną robotą. 

To, jak bardzo politycy zawłaszczyli 10 kwietnia, uzmysłowiłem sobie słuchając Magdaleny Merty i Barbary Nowackiej. Dwie kobiety, które w tym przeklętym samolocie straciły najbliższych. Nie zgadzały się, miały kompletnie różne wizje tego co się stało na Siewiernym. Ale z ich słów biło coś autentycznego. Ze spokojem tłumaczyły, dlaczego z czymś się zgadzają, a czegoś innego nigdy nie przyjmą do wiadomości. W trakcie rozmowy widać było, jak wielkie mają prawo mówić o bólu, stracie, tragedii, tęsknocie i żałobie. Jak bardzo szanują innych, którzy wiedzą co znaczą te słowa. Nawet jeśli się z ich poglądami nie zgadzają. 

Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, że te wydarzenia stały się politycznym cepem do okładania przeciwników. Że z symbolu dramatu, stały się narzędziem partyjnej młócki. Dziennikarze, ja też, wpuszczali do studia politruków, a oni ględzili bzdury, urastając do rangi ekspertów od lotnictwa, pamięci, historii i patriotyzmu. To myśmy sprawili, że zamiast wspominać największe postaci naszej historii, mieliśmy festiwal puszek od piwa, rozrywanych parówek, obezwładniania nad ziemią, i pewności, że zrobiono wszystko, co się w tamtych dniach zrobić powinno. 

To myśmy tę pamięć zapomnieli. Okropne to. 

Czytaj więcej