Czytasz: Sklepu z dopalaczami trudno się pozbyć!

Sklepu z dopalaczami trudno się pozbyć!

Piją, przeklinają, chwiejąc się na nogach zaczepiają przechodniów. Wszystko po wizycie w sklepie na ul. Plebiscytowej. - Wszyscy wiedzą, że sprzedają tu dopalacze – twierdzą katowiczanie. I pytają: dlaczego sklep jeszcze działa?

Witryna wyklejona na biało, obok jasne plastikowe drzwi. Brudne, z pajęczyną pęknięć na szybie u samej góry. Chyba nikomu z przechodniów nie przyszłoby do głowy, by chcieć tu zajrzeć. Ruch jest jednak spory. W ciągu 30 minut sklep przy ul. Plebiscytowej miał wczoraj pięciu klientów. Widać dobrze znanych, bo sprzedawca nie wahał się wpuścić ich do środka. Wystarczyło zadzwonić i spojrzeć w stronę niepasującej do wszystkiego nowoczesnej kamery nad sklepową witryną.

Nie wiadomo co taki po dopalaczach może zrobić

- Sprzedają tu dopalacze – mówią wprost okoliczni mieszkańcy. - W charakterystycznych foliowych torebkach, z czerwono-czarnym nadrukiem – zaznacza pan Igor, jeden z lokatorów. I dodaje: - Nie ma dnia, bym nie znalazł kilku takich, walających się po ulicy .

Ale śmieci to mały problem. Lokatorzy z kamienic przy Plebiscytowej skarżą się, że mężczyźni po dopalaczach przesiadują im pod oknami. Krzyczą, wdają się w bójki, zaczepiają przypadkowych przechodniów. - Boimy się. Nigdy nie wiadomo co taki może człowiekowi zrobić - przyznaje jeden z mieszkańców. Żalą się też pobliscy sklepikarze. - Nie czujemy się bezpiecznie – przyznaje młoda dziewczyna z pobliskiego sklepu.

1080 sztuk dopalaczy

Dlaczego sklep wciąż funkcjonuje? Aneta Orman, rzeczniczka prasowa katowickiej policji zapewnia, że mundurowi wielokrotnie kontrolowali lokal przy ul. Plebiscytowej. - Udzielamy asysty pracownikom sanepidu. Żeby móc zamknąć sklep tego typu, trzeba bowiem udowodnić, że sprzedawane są tu środki figurujące na liście substancji zakazanych – tłumaczy rzeczniczka. Dodaje, że od wyników takiego badania w sanepidowskim laboratorium zależy dalsze postępowanie w sprawie. Co ciekawe, tylko podczas lipcowej kontroli policja zabezpieczyła aż 1080 sztuk dopalaczy. - Dlaczego zatem sklep wciąż funkcjonuje? - pytają z niedowierzaniem katowiczanie.

Wszystko dla modelarzy: imitacja śniegu, sztuczny mech

Odpowiedź jest prosta. - W momencie znalezienia zakazanych substancji, zgodnie z prawem – doprowadzamy do zamknięcia sklepu. Nakładane są też kary finansowe. W zeszłym roku najemca dostał grzywnę w wysokości 50 tys zł, sprzedawca zaś – 20 tys zł. I sklep faktycznie został zamknięty. Problem w tym, że zaraz otwiera się tu nowy, tego samego najemcy. Mężczyzna zakłada nową firmę i znów zaczyna handlować dopalaczami pod przykrywką. Aktualnie w lokalu, o którym mowa prowadzona jest działalność modelarska. Właściciel oficjalnie handluje m.in. imitacją sztucznego śniegu lub imitacją mchu – tłumaczy Jolanta Kolanko, powiatowy inspektor sanitarny. Nie ukrywa, że problem z takimi lokalami jest duży. - Musimy działać zgodnie z prawem, a prawo mówi, że na własny użytek można posiadać substancje tego typu. Zakazane jest natomiast ich wytwarzanie i rozpowszechnianie – zaznacza pani inspektor.

Monitoring na zewnątrz, koza w środku

- Można kupić w środku coś fajnego? - pytam z premedytacją dwóch dwudziestoparolatków próbujących dostać się do sklepu. - Ja tam nie wiem – mówi jeden. Ciągnie drugiego za rękaw i po chwili obaj odchodzą. Naciskam przycisk domofonu. Bezskutecznie. Nie zostaję wpuszczona do środka, choć przed kwadransem zakupy zrobił tu mężczyzna w żółtej koszulce i dżinsach. - Środki zażywają zwykle w środku. Policja non stop patroluje ulicę, a chodzi im o to, by nie znaleziono przy nich żadnych śladów zrobionych przed chwilą zakupów – mówi Jolanta Kolanko. Osobiście kontrolowała w tym miesiącu lokal. - Klient obsługiwany jest przez okienko, które znajduje się za drzwiami wejściowymi. Nie widzi zatem sprzedawcy. Za okienkiem jest główne pomieszczenie. Właściciel postawił tu piec typu koza. Palił się nawet przy ostatnich upałach. Nie trudno domyślić się jak pozbywają się tu substancji zakazanych w momencie wspólnych kontroli policji i sanepidu. Zwłaszcza, że przed wejście jest monitoring – zaznacza pani inspektor.

Katowice skorzystają z łódzkich doświadczeń?

Petycja od zaniepokojonych mieszkańców trafiła już do władze miasta. Prezydent Marcin Krupa zamierza skorzystać z rozwiązania, które skutecznie wypróbowano już w Łodzi. - Współpracujemy z policją i zbieramy dokumentację, która umożliwi nam wejście na drogę sądową – mówi Ewa Biskupska, rzeczniczka katowickiego magistratu. Tłumaczy, że chodzi o tzw. immisję, czyli art. 144 kodeksu cywilnego. - Jeśli osoba prywatna, w tym przypadku właściciel lokalu działa w ten sposób, że zakłócany jest spokój i bezpieczeństwo sąsiadów, może ponieść z tego tytułu konsekwencje – wyjaśnia Biskupska. Przypomina, że cztery katowickie sklepy z dopalaczami udało się w zeszłym roku zlikwidować. Szkopuł w tym, że w tamtych przypadkach właściciele lokali, nie chcą już dłużej borykać się z problemami, wypowiedzieli handlarzom umowy najmu.

- Będziemy działać do skutku, kontrole nie ustaną – zapewniają wspólnym głosem policja i sanepid.

Tylko w połowie tego roku w Katowicach odnotowano aż 114 przypadków zatruć substancjami zakazanymi.

Czytaj więcej