Czytasz: Ta historia brzmi nieprawdopodobnie. Czy wpłynie na wybory w Bytomiu?

Ta historia brzmi nieprawdopodobnie. Czy wpłynie na wybory w Bytomiu?

Czego „reporter” francuskiego dziennika szukał w Bytomiu?

 

27 sierpnia wyraźnie poruszony Andrzej Panek wybiega z urzędu miasta i biegnie za mężczyzną z plecakiem. Tę scenę zarejestrował miejski monitoring w Bytomiu. Kilka dni później m.in. do naszej redakcji zgłasza się „dziennikarz” z „rewelacyjnym materiałem”. Trafia także do ogólnopolskich mediów. Niecały miesiąc później „Fakt” publikuje artykuł, w którym zarzuca Andrzejowi Pankowi, że jednym telefonem do komendanta miejskiej policji jest w stanie spowodować błyskawiczną reakcję stróżów prawa. Przedstawia uproszczoną historię, z której wynika, że Andrzej Panek groził policją jednemu z dziennikarzy. Publikują także stenogram fragmentu rozmowy nagranej przez reportera.

Historia jest jednak dużo bardziej skomplikowana i niejasna. Nietypowo zachowuje się zarówno sam „dziennikarz”, jak i kandydat na prezydenta. W tle pojawia się także Śląska Partia Regionalna i limuzyna Damiana Bartyli. 

W czasie poniedziałkowej sesji rady miasta, na której Andrzej Panek miał wyjaśnić sytuację w bytomskiej spółdzielni mieszkaniowej, do urzędu miasta wchodzi młody mężczyzna. Andrzejowi Pankowi przedstawi się jako dziennikarz francuskiego Le Monda. Choć brzmi to nieprawdopodobnie, były wiceprezydent zgadza się na rozmowę z „francuskim reporterem”. Ten wyciąga tablet i zaczyna nagranie. Trwa 15 minut. Na koniec pada pytanie o narkotyki i alkohol. Andrzej Panek spokojnie odpowiada na pytanie, na które w kampanii wyborczej nie ma dobrej odpowiedzi. Wyraźnie zdaje sobie z tego sprawę już po zakończeniu wywiadu. Każe usunąć plik z tabletu. „Reporter” wraca po plecak na salę plenarną i szybkim krokiem wychodzi z urzędu. Kiedy jest już na zewnątrz orientuje się, że goni go Andrzej Panek. 

„Ktoś mnie nagrywał bez mojej zgody. Dzwonię po komendanta”

„Dziennikarzem” okazuje się Franciszek Małecki Trzaskoś. Nie jest reporterem Le Monda. Uważa się za freelancera, który zbiera materiały dziennikarskie. Powołuje się na dziennikarstwo obywatelskie. A tam każdy może rozmawiać w miejscach publicznych z osobami publicznymi, do których Andrzej Panek niewątpliwie należy. Pan Franciszek ma jednak w sobie coś z prowokatora. Kiedy został zatrzymany przez Andrzeja Panka, włączył dyktafon, który zarejestrował ich półgodzinną rozmowę w czasie oczekiwania na przyjazd policji. Nagranie trafia później do Śląskiej Partii Regionalnej, która ostatecznie jednak udziela poparcia Andrzejowi Pankowi. To po tym fakcie kandydat decyduje się je opublikować. 

Uprzejmie informuję, że w związku z prowokacją i próbami szantażu za pomocą nielegalnie, niezgodnie z prawem wykonanego nagrania, postanowiłem je ujawnić. Dokonał go mężczyzna podający się za dziennikarza francuskiego Le Monde, choć w rzeczywistości zajmuje się czarnym PR. Usługi w tym zakresie proponował między innymi samorządowcom z Siemianowic Śląskich, nagraniami próbował szantażować lub wpływać na innych społeczników i polityków na Śląsku - czytamy we fragmencie oświadczenia Andrzeja Panka.


Zastraszanie „reportera”

Zdaniem Trzaskosia, Andrzej Panek miał grozić mu interwencją policji w stylu tej, która skończyła się śmiercią Igora Stachowiaka. Nie ma na to dowodów. Ma jednak dowód na „telefon do Karola” - komendanta policji, Karola Fajera z prośbą o pilną interwencję. Panek miał zadzwonić także do adwokata. Nie po poradę prawną. Po „chłopaków”. Ci „innymi argumentami” mieli wyjaśnić „dziennikarzowi”, żeby nie interesował się Andrzejem Pankiem. Sam Panek podczas nagrania mówi, że „chłopaki” to prawnicy z kancelarii jego mecenasa. Trzaskoś jednak odbiera to jako groźbę.

Na nagraniu dźwiękowym słychać też deklarację, z kim Andrzej Panek rozmawiać zamierza, a z kim nie.

- Nie chcę mieć z nikim do czynienia, kto nie jest oficjalnym dziennikarzem.

- A z wyborcami?

- To ja decyduję, z którym chcę, a z którym nie chcę rozmawiać.

Prowokator i ofiara?
Na spotkanie z naszą redakcją i nagranie, Franciszek Małecki Trzaskoś zaprasza do Bytomia. Później okaże się, że wybrał skwer przed domem Andrzeja Panka. Przyjdzie nam się o tym dowiedzieć w zaskakujących okolicznościach. W połowie nagrania podchodzi do nas były wiceprezydent, robi kilka zdjęć telefonem komórkowym i bez słowa odchodzi. Później przemknie kilkakrotnie ulicą w pobliżu placu. Po zakończonym nagraniu próbujemy wyjaśnić całą sytuację. Jednak Andrzej Panek nie reaguje na prośbę rozmowy i wchodzi do kolejnych sklepów spożywczych. Pomaga dopiero, wykonany chwilę później, telefon do samego kandydata i jego współpracowników. Przy samochodzie Silesion.pl ustalamy, że z uwagi na sytuację rodzinną, Andrzej Panek nie udzieli nam wywiadu, ale prześle oświadczenie. Franciszek Małecki Trzaskoś zapewnia, że nie jest związany z żadnym komitetem wyborczym. Miał jednak być widziany jak wysiadał z jednego z samochodów należących do Urzędu Miasta w Bytomiu. Pozostaje pytanie w jakich okolicznościach się tam znalazł?


Poniżej publikujemy pełną treść oświadczenia Andrzeja Panka:

Szanowny Panie,

odpowiadając na Pana pytania uprzejmie informuję, że w związku z prowokacją i próbami szantażu za pomocą nielegalnie, niezgodnie z prawem wykonanego nagrania, postanowiłem je ujawnić. Dokonał go mężczyzna podający się za dziennikarza francuskiego Le Monde, choć w rzeczywistości zajmuje się czarnym PR.

Usługi w tym zakresie proponował między innymi samorządowcom z Siemianowic Śląskich, nagraniami próbował szantażować lub wpływać na innych społeczników i polityków na Śląsku.

Za pomocą przedmiotowego nagrania próbowano zmusić sprzyjające mi środowiska polityczne do wycofania poparcia dla mojego projektu samorządowego w Bytomiu.

W związku z powyższym nie sposób uznać Franciszka Małeckiego – Trzaskosia za dziennikarza ze wszystkimi prawami, które przysługują osobie wykonującej ten ważny zawód.

O całym zdarzeniu została poinformowana policja, która przyjechała na miejsce, aby wylegitymować osobę, która nie chciała się przedstawić. Ja osobiście zdecydowałem się na złożenie doniesienia do prokuratury w sprawie pomówień, jakich dopuszcza się Franciszek Małecki-Trzaskoś w obecności dziennikarzy, a także osób publicznych oraz oszustwa w zakresie wykonywanego przez niego zawodu.

Dziś to ja czuję się zastraszany ponieważ człowiek ten nęka mnie oraz moją rodzinę w miejscu zamieszkania.

Całe zdarzenie to kolejny przejaw wyjątkowo brudnej gry politycznej, której celem stają się bytomscy politycy i samorządowcy. W minionych latach nielegalnie nagrywani w pomieszczeniach urzędu byli przewodniczący Rady Miasta Mariusz Janas, wiceprzewodniczący RM Michał Bieda, radny Michał Napierała oraz ja, kiedy pełniłem funkcję wiceprezydenta.

Oświadczam, że prób szantażu oraz nielegalnego nagrywania nie akceptuję i będę domagał się pociągnięcia do odpowiedzialności cywilnej i karnej osób, które stosują tego rodzaju metody.