Czytasz: QCZAJ: Gdzie są emocje, tam jest gwara!

QCZAJ: Gdzie są emocje, tam jest gwara!

Mówi, że płynie jak Dunajec, choć impet, z jakim rozwija się jego kariera, można porównać raczej do siły wodospadu... O tym, czy gwara to obciach, co łączy Ślązaków i górali, za co uwielbia Frele i co sądzi o Joannie Bartel, Julia Oleś rozmawia z Qczajem

Silesion.pl: „Zmyncony, ale scynśliwy, bo przychodzi taki moment w życiu człowieka, że chce być po prostu, kruca fuks, scynsliwy”. W twoim domu mówiło się gwarą?

Qczaj: O, świetny cytat, kto to powiedział?

Ty!

Serio?! (śmiech) Kiedy?

Kilka tygodni temu, na swoim instastory.

To zabawne, bo właśnie tak się dzisiaj czuję. Jestem wykończony, ale bardzo szczęśliwy, niedawno wróciłem z treningu grupowego z moich rodzinnych stron i jestem niewiarygodnie naładowany pozytywną energią… Tak, w moim domu rodzinnym gwara była na porządku dziennym. Zwłaszcza w przypadku mojej babci - moi dziadkowie byli rdzennymi góralami, więc u nas nie mówiło się po polsku.

Byłeś bardzo młody, kiedy wyjechałeś z rodzinnych stron do Warszawy - miałeś wtedy 17 lat. Był taki moment, że wstydziłeś się swojej godki?

O tak, nawet wcześniej! Wypieranie zaczęło się już w gimnazjum. Wydawało mi się, że nie pasuję do tego środowiska. Miałem smykałkę do teatru, ciągnęło mnie do miasta. Nie chciałem być częścią tego „przaśnego” świata. Taka typowa głupota zakompleksionego nastolatka… Wiesz, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, mój ukochany poeta, który tak jak ja, urodził się w Ludźmierzu, a potem wyprowadził do miasta, napisał kiedyś wiersz, w którym mówił „był czas, żeśmy się rozumieli, ten czas przeminął i nie wróci, a dziś mnie z wami syćko dzieli”. Bardzo się identyfikuję z tymi słowami. Na początku chciałem się przystosować do innego świata i nie czuć się gorszy, a potem, kiedy wracałem do Ludźmierza z Warszawy, miałem inne życie i nie pasowałem już do swojego dawnego środowiska.

Ale nie uwierzę, że w Warszawie całkiem odciąłeś się od gwary… Wiem, co mówię: nie ma Ślązaka, który na każdej imprezie nie byłby podstawową atrakcją towarzyską!

Jasne, to standardowe hasło: „powiedz coś śmiesznego w gwarze”! (śmiech) A jak już coś powiedziałem, to wszyscy pękali ze śmiechu. Ale bardzo pracowałem nad tym, żeby na co dzień mój akcent nie był wyczuwalny. Występowałem w Teatrze Buffo, więc musiałem mówić płynnie i poprawnie. Siedziałem nocami i pracowałem nad dykcją, nagrywałem się, żeby wyłapywać, gdzie robię błędy…

Babcia nie mogła być zadowolona…

Nie była. „Co tak dziwnie godos? Skońc tak szolić po pańsku” - mówiła.

Miałeś od tamtej pory kilka „wcieleń”, zanim zostałeś Qczaj’em, jakiego dziś znamy, ale nawet w tych filmikach sprzed kilkunastu tygodni unikasz gwary. Jest „po pańsku”.

Tak, ale już wtedy się nie wstydziłem, po prostu szukałem samego siebie. Jeszcze nie wiedziałem do końca, co i w jaki sposób chcę przekazać. Zależało mi na tym, żeby promować dystans do siebie, do ludzi i do świata. A że mam talent do tego, żeby przekazywać to w sposób, który ludzie uważają za zabawny, to chwyciło. Gwara doszła potem, przypadkiem.

Pamiętasz, kiedy to było?

Pamiętam, początek listopada. Od pewnego czasu narastała we mnie frustracja, że wszyscy dookoła są tacy śmiertelnie poważni, traktują świat zbyt serio. Przeczytałem wiadomość na Instagramie od kogoś, kto dołożył do tego swoją cegiełkę i… popłynąłem.

Z nerwów?

Tak, tak już mam, że jak się denerwuję, to mówię po góralsku. Zresztą wszyscy w domu tak mamy. Gdybyś usłyszała moją mamę, wiedziałabyś, że jestem jej kopią (śmiech). Dlatego wtedy nagrałem Instastory z akcentem. A odzew przerósł moje najśmielsze oczekiwania!

Przyjęło się?

W ciągu kilku godzin dostałem setki wiadomości! Okazało się, że ludzie potrzebowali kogoś, kto będzie naturalny i będzie potrafił ich rozbawić, gwara sprawdza się w tym idealnie.

Mówisz o rozbawianiu, ale przecież na swoim kanale poruszasz coraz poważniejsze kwestie. Starasz się pomagać ludziom, którzy mają zachwiane poczucie własnej wartości, szukają swojego miejsca w życiu, często opisują bardzo trudne historie. I robisz to po góralsku.

Dlatego, że mówię to z serca. Gdybym mówił te rzeczy po polsku, pewnie moje słowa utonęłyby w niepotrzebnej egzaltacji, jak z motywacyjnych książek i poradników coachingu. Był w moim życiu czas, że sam szukałem rad, czytałem różne psychologiczne podręczniki i ten natchniony język bardzo mnie drażnił, bo brzmiał sztucznie. Ocierał się o śmieszność. A ja nie chcę odzierać przekazu z prawdziwych emocji.

Pomaga ci w tym przygotowanie aktorskie?

Takich emocji nie da się zagrać. Gdybym w swoich filmikach grał, to chyba zasługiwałbym na Oscara (śmiech). Ale w tym, co robię, korzystam z pewnej umiejętności zdobytej w teatrze: tam trzeba było zebrać emocje przed wyjściem na scenę, żeby wylać je na publiczność. Dlatego ładuję się tym, co mnie otacza, a potem zaczynam nagranie i płynę jak Dunajec. A tam, gdzie są emocje, jest też gwara. I często - wulgaryzmy.

Dużo wulgaryzmów…

Wiesz, to ciekawe, bo na co dzień właściwie ich nie używam. Na szczęście, ludzi to nie razi. Czasem zdarzy się taki sztywniak z kijem w dupsku, który nie rozumie mojego przekazu. Wiadomo, w Polsce przecież nikt nie klnie, nie słucha disco polo i nie klaszcze w samolocie, prawda? Ale reszta nie ma z tym problemu. Rozumie, że to element kabaretowy.

Takie „kabaretowe” postrzeganie gwary, w przypadku Śląska, robi bardzo dużo złego dla wizerunku naszego regionu. W skeczach polskich kabaretów często pojawia się postać Ślązaka-chama. To, co mówi, rzadko ma coś wspólnego z prawdziwą gwarą, ale wystarczy, że na scenie padnie wulgaryzm powiedziany z silnym akcentem i wszyscy się śmieją. Nie boisz się, że swoimi przekleństwami utwierdzisz stereotyp, że gwara musi być prostacka?

Nie, bo uważam, że to naturalne, że w języku pojawiają się dosadne słowa. Znam i szanuję dorobek swojego regionu, ale trzeba iść z duchem czasu. Każdy z nas przejmuje coś po dziadkach, rodzicach i dokłada coś swojego. Nie obśmiewam gwary i najlepszym dowodem na to są komunikaty, jakie dostaję od górali, kiedy przyjeżdżam do domu. Są dumni, że nie wstydzę się mówić po góralsku, mówią mi, że mnie śledzą i nie czują się obrażeni.

Rozmawiałam ostatnio ze swoim znajomym, rodowitym warszawiakiem, który stwierdził, że nie rozumie, dlaczego Ślązacy, Podhalanie czy Kaszubi tak podkreślają swoją odrębność. Uznał, że skoro jesteśmy Polakami, nie powinniśmy wprowadzać sztucznych podziałów. Czujesz się bardziej Polakiem czy góralem?

Czuję się Polakiem i góralem! To się kompletnie nie kłóci. Przecież to jest piękne, że wszyscy mieszkamy w jednym kraju, a jednocześnie jest tu taka różnorodność, każdy region ma swoją historię, tożsamość, dorobek, z którego jest dumny. Wydaje mi się, że Ślązacy i górale mają wiele wspólnego. Nie tylko dlatego, że wy też macie słowo „rzyć” (śmiech). Macie podobny temperament. Jako dziecko uwielbiałem serial „Święta wojna”, zwłaszcza Joannę Bartel - co to była za energia! Ostatnio oglądałem też teledyski zespołu Frele. Przecież one są fantastyczne! To, co robią jest urocze. I świetnie śpiewają, choć nie wszystko rozumiem…

Rzeczywiście, sukces Frel doskonale ilustruje umacniający się trend mody na „śląskość”. Młodzi ludzie już nie wstydzą się godać, tylko uczą się gwary, kupują tiszerty ze śląskimi słowami, zaczynają się tym bawić. Jak jest na Podhalu?

Bardzo podobnie. Też zaobserwowałem, że ludzie widzą, że gwara to nie obciach. Kiedy wyjeżdżają „do miasta”, nie muszą mówić inaczej, przejmować się akcentem. I całe szczęście. Żyjemy w dobie zatracania kręgosłupów. Każdy chce być jak ktoś inny, odrzuca to, co tworzy jego tożsamość, żeby stać się czyjąś kopią. Dobrze, że coś zaczyna się zmieniać. Obyśmy pamiętali, co nas zbudowało!

 

Qczaj - a właściwie Daniel Józek Kuczaj. Urodzony w 1987 roku w Ludźmierzu na Podhalu. Kiedyś aktor teatru Buffo i uwielbiany warszawski fryzjer. Utytułowany kulturysta. O sobie mówi „trener-performer”. Za pośrednictwem Facebooka, Instagrama i YouTube’a motywuje setki tysięcy Polek do ćwiczeń i zmiany stylu życia.

Czytaj więcej