Czytasz: „Prawdziwa historia” Polańskiego. Co poszło nie tak? [RECENZJA]

„Prawdziwa historia” Polańskiego. Co poszło nie tak? [RECENZJA]

Na „Prawdziwą historię” Romana Polańskiego czekało się w napięciu, bo i film miał w napięciu trzymać. Dostaliśmy za to zgrane motywy i przewidywalne zakończenie.

Poprawny. Tak w najlepszym razie można określić najnowszy film Romana Polańskiego. Miał być emocjonujący, jest co najwyżej ciekawy. Określany jako mocny thriller, sprawia wrażenie filmu, który już widziało się wcześniej. A więc przewidywalny i blady jest ten nowy Polański. Szkoda.

Ten oczekiwany film jednego z największych reżyserów w historii kina, zwyczajnie rozczarowuje.

Na ekranie widzimy poczytną pisarkę Delphine (w tej roli Emmanuelle Seigner), której ostatnia książka osiąga zawrotny sukces. Zmęczona sławą, spotkaniami z fanami i hałasem wokół swojej osoby, marzy o ciszy i spokoju. Jednocześnie nie wie, od czego zacząć swoją kolejną powieść. Zmaga się z kryzysem i cierpi na brak weny. Inspiracja pojawia się w chwili poznania tajemniczej Elle (Eva Green). Pisarka postanawia opowiedzieć o życiu kobiety, która zdaje się być coraz bardziej zaborcza i uzależniona od swojej idolki. Kiedy Delphine zaczyna tracić kontrolę nad swoim życiem, film do złudzenia przypomina inne kultowe już thrillery. Toksyczna relacja między dwiema kobietami, które upodabniają się do siebie to przecież motyw z „Sublokatorki” Barbet Schroeder. Z kolei chorobliwe uwielbienie pisarza i toksyczne przywiązanie do swojego idola znamy z „Misery” w reżyserii Roba Reinera. Można tu znaleźć też ślady “Wstrętu”, “Matni” czy “Lokatora”, a więc początkowych filmów Polańskiego. Nowością jest za to obsadzenie w głównych rolach dwóch kobiet.

O ile Seigner przykuwa uwagę i trudno oderwać od niej wzrok, o tyle Green jest sztuczna, nieprawdziwa, zbyt teatralna i demoniczna w swojej roli.

Film nie wybrzmiewa w finale. Reżyser skrupulatnie buduje sieć wzajemnych powiązań między dwiema kobietami, które łączy erotyczna fascynacja i pewnego rodzaju uzależnienie. Widz bacznie śledzi wikłanie się kobiet w tę toksyczną relację, która zdaje się zmierzać do dramatycznego finału. Niestety. Ten jest przewidywalny, ale też niedopowiedziany. Widz domyśla się finału, a jednocześnie wychodzi z kina nieusatysfakcjonowany rozwiązaniem, jakie zaproponował reżyser. Zakończenie pojawia się szybko i znienacka. Pozostaje niedosyt i duże rozczarowanie.

O Romanie Polańskim głośno jest od ponad 50 lat.

Początkowo za sprawą genialnego debiutu, czyli „Noża w wodzie”, który – jako pierwszy polski film – został nominowany do Oscara. Ten film zapoczątkował międzynarodową karierę Polańskiego. Reżyser zrealizował potem takie wybitne dzieła jak „Dziecko Rosemary”, „Chinatown”, „Tess”, „Frantic” czy „Pianista”. Za ten ostatni nagrodzono go Oscarem. W 1969 roku sekta Charlesa Mansona zamordowała Sharon Tate, ciężarną żonę Polańskiego, w ich domu w Beverly Hills. Osiem lat później reżyser został aresztowany pod zarzutem gwałtu na 13-letniej Samancie Gailey. Po 43-dniach odsiadki wrócił do Francji, której jest obywatelem. Sprawa gwałtu ciągnie się za reżyserem do dziś. W rozmowie z Newsweekiem zapytany o ruch #metoo powiedział, że „jest to jakaś zbiorowa histeria”. A niedawno świat obiegła informacja, że Roman Polański oraz Bill Cosby zostali wykluczeni z Amerykańskiej Akademii Filmowej. Polak nie zgadza się z decyzją Akademii i zamierza ją pozwać.

O Polańskim jest więc głośno i to bynajmniej nie za sprawą najnowszego filmu. Ten, pewnie przeminie szybko i raczej niezauważony. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejnym dziełem reżyser zabłyśnie i rzuci na kolana. Albo przeciwnie, zejdzie ze sceny, a widzowie wybaczą mu ten ostatni film, bo i tak kochają go za genialne kino, które tworzył przez cztery dekady.

Czytaj więcej