Czytasz: PiS wyciąga dziadka z Wehrmachtu

PiS wyciąga dziadka z Wehrmachtu

Wojna gospodarcza z Polską to będzie dla niemieckiej gospodarki lekki katar. Dla Polski – zawał serca. Warto to wziąć pod uwagę – pisze Waldemar Szymczyk.

Sprawdziło się z „dziadkiem z Wehrmachtu”, sprawdzi i teraz. Skoro znowu trzeba mobilizować własny elektorat i odzyskiwać punkty w sondażach stracone podczas batalii o sądy, najlepiej zagrać sprawdzoną kartą antyniemiecką. Rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego i II wojny światowej świetnie się do tego nadają. Ale w tym roku, oprócz klasycznych haseł, doszły żądania reparacji wojennych od Niemiec. I zrobiło się niebezpiecznie.

Do Biura Analiz Sejmowych trafił właśnie wniosek Arkadiusza Mularczyka z PiS o przygotowanie ekspertyzy dotyczącej możliwości otrzymania reparacji wojennych od Niemiec. „Czy w świetle prawa międzynarodowego Rzeczpospolita Polska może domagać się roszczeń odszkodowawczych od Niemiec za straty materialne i osobowe spowodowane agresją niemiecką podczas II wojny światowej? Jeśli odpowiedź na w/w pytanie będzie pozytywna, proszę o wskazanie trybu i formy dochodzenia roszczeń”.

Zdaniem Mularczyka, ubieganie się o reparacje wojenne to moralny obowiązek, który spoczywa na politykach. Ekspertyza ma być gotowa jeszcze w sierpniu i zostanie przekazana rządowi. Rozumiem, że jeśli będzie twierdząca, będzie miał otwartą drogę do żądania od Niemiec rekompensaty.

Na fakt, że Polska nigdy nie otrzymała odszkodowania za szkody wojenne, podczas lipcowej konwencji Zjednoczonej Prawicy zwracał już uwagę prezes PiS Jarosław Kaczyński. – Straty w ludziach, w elitach, są właściwie nie do odrobienia, to trzeba 5, czy 7 pokoleń, żeby to nadrobić. Polska się nigdy nie zrzekła tych odszkodowań. Ci, którzy tak sądzą, są w błędzie – mówił.

Na ten sam temat wypowiedział się minister Antoni Macierewicz. W TVP Info powiedział, że nie jest prawdą, jakoby Polska zrzekła się odszkodowań wojennych od Niemiec. – To sowiecka kolonia, zwana PRL, zrzekła się tej części reparacji, które związane były z obszarem państwa też marionetkowego, sowieckiego NRD. W tym zakresie miało miejsce zrzeczenie, zresztą nigdy formalno-prawnie nieprzeprowadzone – mówił.

Swoje dwa grosze dorzucił wiceminister obrony Bartosz Kownacki, o którego kontaktach z prorosyjskimi organizacjami pisał niedawno Frankfurter Allgemeine Zeitung. – Na ulicach Warszawy po jednej stronie byli żołnierze AK walczący o wolność ojczyzny. Po drugiej stronie byli niemieccy zwyrodnialcy, to trzeba jasno powiedzieć, którzy mordowali kobiety, dzieci, często na ich rękach. Trzeba o tym pamiętać szczególnie dzisiaj, kiedy ci, którzy współtworzą naszych współczesnych sąsiadów, dzieci i wnuki tamtych, próbują nas pouczać, czym jest wolność i demokracja. Oni nie mają do tego moralnego prawa – grzmiał.

Na razie niemiecki rząd podchodzi do tych głosów spokojnie. W środę na cotygodniowym spotkaniu z dziennikarzami w Berlinie rzeczniczka rządu powiedziała, że Niemcy nie otrzymali od strony polskiej żadnego oficjalnego stanowiska w sprawie reparacji, do którego rząd mógłby się odnieść. – Niemcy oczywiście poczuwają się do politycznej, moralnej i finansowej odpowiedzialności za II wojnę światową. Wypłaciły reparacje w znacznej wysokości za ogólne szkody wojenne, także dla Polski, i nadal świadczą zadośćuczynienie za nazistowskie krzywdy. Kwestia niemieckich reparacji dla Polski została w przeszłości ostatecznie uregulowana prawnie i politycznie. W 1953 roku Polska wiążąco, a dotyczyło to całych Niemiec, zrezygnowała z dalszych świadczeń reparacyjnych dla całych Niemiec i w okresie późniejszym wielokrotnie to potwierdzała – cytuje rzeczniczkę Interia.pl.

Jak pisze „Rzeczpospolita”, niemieccy dyplomaci traktują te głosy polityków PiS jako rozgrywkę na polskie potrzeby wewnętrzne. Zresztą Niemcy już to kilka lat temu przerabiali. Antyniemiecką kartą grał rząd ogarniętej kryzysem Grecji, domagając się odszkodowania w wysokości 280 mld euro za straty poniesione podczas II wojny światowej. Skończyło się na niczym. I tak samo będzie z polskim odszkodowaniem. PiS to doskonale wie.

Pojawia się jednak pytanie: kiedy skończy się cierpliwość niemieckich inwestorów. Przez ostatnie 25 lat niemieckie firmy zainwestowały w Polsce 28 mld euro, tworząc w sumie ponad 6 tys. przedsiębiorstw – od wielkich koncernów po małe i średniej wielkości firmy. Według raportu NBP, w samym tylko 2015 roku inwestycje te wyniosły 9,8 mld zł, prawie jedną piątą wszystkich pieniędzy, które napłynęły do Polski od zagranicznych firm. Niemcy są największym inwestorem bezpośrednim (około 136 mld zł), następne są Stany Zjednoczone (77,3 mld zł)  i trzecia jest Francja (76,9 mld zł).

Według danych Ministerstwa Rozwoju o obrotach towarowych Polski za styczeń-maj 2017, spośród krajów strefy Euro na pierwszym miejscu są Niemcy:  eksport wyniósł 22 mld euro (prawie 30 proc. całości), a import 18 mld euro (ponad 20 proc.).  Dla porównania: Francja 4,5 mld eksport, 3,1 mld import, USA 2,2 mld euro eksport, 2,2 mld import. 

Ewentualna wojna ekonomiczna dla niemieckiej gospodarki to będzie lekki katar. Dla Polski – zawał serca. Oznacza dla nas dramatyczny spadek PKB i równie dramatyczny wzrost bezrobocia. Będzie to katastrofa dla setek tysięcy Polaków pracujący w Niemczech i przywożących do Polski zarobione tam pieniądze. Będziemy także znowu oglądali zasieki z drutu kolczastego na zachodniej granicy i stali w kilometrowych kolejkach czekając na wjazd do Europy. Ale co to wszystko obchodzi człowieka, który jeszcze niedawno chwalił się, że nie ma konta w banku i karty kredytowej i gdyby nie musiał, nie wyjeżdżałby pewnie ze swojej dzielnicy?

Waldemar Szymczyk, członek rady redakcyjnej kwartalnika „Fabryka Silesia”, dyrektor wydawniczy Imago PR.