Czytasz: Pierwszy Polak z Koroną Europy

Pierwszy Polak z Koroną Europy

Krzysztof Kapes-Kowalski, rybniczanin, jest pierwszym Polakiem, który zdobył Koronę Europy.

Wszystko zaczęło się w 2002 r. 14 lat wypraw, 46 szczytów i tylko jedno poważne zwątpienie. I choć jak twierdzi, żadna góra nie jest warta straconego włosa, wspinanie to jego pasja, z której nie zrezygnuje. Teraz na celowniku ma Himalaje.

Zobacz na mapie wszystkie 46 szczytów Korony Europy i zdjęcia z wypraw!

 

Kiedy idzie Pan w góry, myśli Pan czasem, że może nie wrócić?

Nikt nie idzie w góry, żeby tam zostać. Każdy chce wrócić. O to w tym chodzi. Bo cała przyjemność jest właśnie z tego powrotu, a nie pozostania tam na wieczność. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z zagrożenia, które czasem jest o krok, ale zawsze staram się myśleć pozytywne. Nie patrzę na sprawy w czarnych barwach tylko wręcz przeciwnie. Jeśli jest naprawdę ciężko, to nie robię ataku szczytowego, odkładam go. Na jeden, dwa dni, a czasem nawet na następny rok. Alpy nie są aż tak skomplikowane, dla mnie są dostępne. Ale oczywiście nigdy nie można być pewnym, że nic złego się nie stanie.

Ktoś kiedyś powiedział, że nie ma takiej góry, która warta jest jednego straconego włosa. I ta idea przyświeca mi przy każdej wyprawie.

Z jakimi niebezpiecznymi sytuacjami musiał Pan się zmierzyć w górach?

To dwa wypadki. Jeden na Islandii w 2003 r., a rok później na Grossglocknerze w Austrii. Nie były to jakieś wielkie, tragiczne w skutkach wypadki. Wprawdzie na Islandii wpadałem do szczelin, ale na szczęście nigdy nie wpadałam cały, tylko do pasa, albo jedną nogą. W Austrii było już trochę gorzej, bo poślizgnąłem się na lodowcu i zjechałem po śniegu 150 m. Ale wszystko skończyło się dobrze. Ostatnim szczytem, który zdobyłem był szwajcarski Dufourspitze. To już jest konkretna góra, taka honorna i niewiele trzeba, aby zdarzył się wypadek. Jednak przez te wszystkie lata nabrałem już takiego doświadczenia, że umiem sobie poradzić z zagrożeniem, nauczyłem się go unikać. Tak też dobieram zespół, abyśmy sobie radzili jak najlepiej w ekstremalnych warunkach.

Triglav


46 szczytów, któryś musiał Panu przypaść do gustu najbardziej. Który?

Każdy z nich ma swoją historię i każdy jest ciekawy. Aby zdobyć szczyt w Finlandii, musiałem najpierw pokonać pieszo trasę o długości 50 km. Dufourspitze atakowałem 3 razy, zanim się udało. Aby zdobyć turecki Ararat, musiałem dać się aresztować, a w Kazachstanie wynajęliśmy taksówkę na 1200 km, żeby dostać się na szczyt, bo żaden kierowca nie chciał nas tam zawieźć.

Jeśli już miałbym wybrać najpiękniejszy szczyt, widok, to zdecydowanie jest to Islandia. Nie tylko krajobraz jest niesamowity, ale też ludzie przemili. Do skandynawskich krajów mam sentyment, tak w ogóle, więc może też dlatego tak bardzo Islandia przypadła mi do gustu, a może dlatego, że przez cztery dni byłam tam totalnie sam.

Dał się Pan aresztować?

Tak. W Turcji. Ararat to ciekawa góra. Ma zaledwie 1031 m, ale na górze znajduje się turecka baza NATO. Kraj spoza Unii Europejskiej, więc nigdy nie wiadomo co tam może spotkać człowieka, który został aresztowany. Dodam, że istnieje duże ryzyko posądzenia o szpiegostwo. Dojechaliśmy do miejsca, w którym jest zakaz wjazdu, zostawiliśmy samochód na poboczu i przebraliśmy się, zabraliśmy kijki, polską flagę i ruszyliśmy w stronę szczytu.

Nie minęło 10 minut, a zjechał do nas patrol. Żołnierze wypytywali nas o cel podróży, trwało to może 15 min. Myślę, że pomogła nam flaga, na której mieliśmy wypisane wszystkie zdobyte do tej pory szczyty. To mogło ich przekonać, że nie jesteśmy szpiegami. Kazali nam wsiąść do samochodu i jechać za nimi na szczyt.

Tam nas wylegitymowali i wpisali do księgi wejść. Nie mogliśmy niestety robić żadnych zdjęć. Potem w asyście żołnierza zjechaliśmy z powrotem.

Monte Bianco de Courmayeur


Dopadło Pana kiedyś zwątpienie?

Tak, i to duże. Pojawiło się w 2010 roku, kiedy z Krzysztofem Jankowskim po raz drugi próbowaliśmy zdobyć Dufourspitze. No i nie udało się. Wtedy pomyślałem sobie, że to chyba nie jest dla mnie, że jestem za słaby i nie dam rady. I tak trwałem w tym przekonaniu przez jakiś czas, zdobywają inne szczyty, mniejsze, poboczne. A Dufourspitze sobie odpuściłem, pogodziłem się nawet z tym, że tego jednego szczytu nie zdobędę i już.

W 2014 r. Krzysztof wrócił do tematu i zapytał mnie, czy jednak nie spróbowałbym z nim po raz trzeci powalczyć o szczyt.

Uważał, że nie jest to jakaś góra, której nie da się zdobyć, tylko w naszych oczach, po tych dwóch nieudanych próbach, urosła do rozmiarów jakiegoś absolutnie nieosiągalnego ośmiotysięcznika. Ja jednak dalej byłem na nie, nie widziałem najmniejszego sensu w tej wyprawie, tym bardziej że w tym czasie odbywały się mistrzostwa świata w piłce siatkowej i wolałem zostać w kraju i kibicować naszym.

Krzysztof skompletował zespół, ruszyli na wyprawę i zdobyli Dufourspitze. Po jego powrocie, kiedy rozmawiałem z nim o wyprawie, powiedział, że miał w ekipie człowieka, który w Alpach był po raz pierwszy w życiu. I ten człowiek dał mi impuls do działania, uwierzyłem, że to jest do zrobienia, że ja też mogę zdobyć Dufourspitze. I zdobyłem w sierpniu tego roku.

Dufourspitze

 
A jak żona reaguje na Pana pasję?

Kiedy się ożeniłem połowę Korony Europy miałem już zdobytą. Żona wiedziała, że ja gór nie zostawię, że będę dalej te szczyty kompletował. I jakoś to zaakceptowała, chociaż muszę dodać, że euforii nie było (śmiech). Raczej nie szaleje z radości, kiedy wybieram się na kolejne wyprawy, ale mnie wspiera, to na pewno. Wie, że to moja pasja i nie może mi tego zabronić.

Co teraz, jakie plany na przyszłość?

Zaangażowałem się w projekt Himalaje 2018, gdzie na 100-lecie niepodległości Polski ekipa pod wodzą Leszka Cichego i Anny Czerwińskiej chce wprowadzić 1000 osób do bazy pod Everestem, ja mam poprowadzić jedną z grup składająca się z 15 osób. A z nieco mniejszych akcji, to dwa lata temu wymyśliłem sobie takie wyprawy zimowe w góry polskie. Nocujemy wtedy namiotach i kiedy temperatura wynosi minus 20 stopni, to jest najlepsza zabawa (śmiech).

Dziękujemy za rozmowę.