Historia

Na Śląsku zniknęło 42 200 mężczyzn

Mieli zabrać ze sobą jedzenie i ubrania na dwa tygodnie. Wrócili po dwóch, a niektórzy po pięciu latach.

                                                                             

Waldemar Szymczyk: IPN opracował listę osób deportowanych w 1945 roku do Związku Sowieckiego. Jak udało się ją stworzyć? Przecież Sowieci nie zostawili na terenie Polski danych na ten temat.

Sebastian Rosenbaum
Sebastian Rosenbaum

Sebastian Rosenbaum: – Okazuje się, że danych na ten temat jest bardzo dużo. Same gminy, oddolnie, w 1945 roku zaczęły tworzyć listy z nazwiskami osób, których brakowało po wojnie. Opracowywały je także organizacje społeczne, np. Polski Związek Zachodni. W 1945 roku pod auspicjami Centralnego Zarządu Przemysłu Węglowego przygotowano także spis ok. 10 tys. mieszkańców, którzy zostali wywiezieni do Rosji Sowieckiej, albo ich los był nieznany. Obecnie te nazwiska znajdują się w naszych archiwach: w Archiwum Państwowym w Katowicach, w starostwach powiatowych, w aktach urzędu wojewódzkiego. Od kilku lat gromadzi je katowicki IPN pod kierunkiem Dariusza Węgrzyna i przygotowuje listę osób deportowanych do Związku Sowieckiego w 1945 roku.

Na dziś jest to 42 200 nazwisk. Czy ta liczba może się jeszcze powiększyć?

–  Tak, trzeba ją traktować ciągle jako otwartą. Ale o ile Dariusz Węgrzyn kilka lat temu w ciągu miesiąca był w stanie wpisać 2 tys. nazwisk, to obecnie w ciągu kwartału przybywa 100-200. To świadczy o tym, że znaczna część deportowanych jest już uwzględniona na tej liście. Ale archiwalia polskie są jednym ze źródeł. Innym są zasoby postsowieckie.

Historycy mają dostęp do tych źródeł?

– Z punktu widzenia badań historycznych był taki dobry moment na terenie Federacji Rosyjskiej za prezydentury Borysa Jelcyna, że te archiwa były otwarte w dużym stopniu na kwerendy. Polscy historycy przywieźli wówczas ogromną liczbę kserokopii materiałów archiwalnych. Dziś są one w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie i tam także trzeba szukać śladów deportacji.

Jak te deportacje należy traktować? To była zemsta na Niemcach za wojnę, czy starannie przemyślana i realizowana akcja w ramach reparacji wojennych?

– Mówiąc o deportacjach, mamy do czynienia z dwoma akcjami. Pierwsza, na terenie dawnej Rzeszy, miała charakter „żywych reparacji wojennych”, a więc faktycznie swojego rodzaju odpłaty za wojnę. Druga, prowadzona przez NKWD, polegała na tzw. oczyszczaniu tyłów z „wrogiego elementu”. I ta była prowadzona także po polskiej stronie przedwojennej granicy.

Ta pierwsza została zaakceptowana przez aliantów podczas konferencji jałtańskiej.

– Sowieci już wcześniej stawiali takie oczekiwania w rozmowach dyplomatycznych z sojusznikami i w Jałcie na początku lutego 1945 roku otrzymali od nich zielone światło w sprawie reparacji materiałowych i ludzkich.

Czy Rosjanie założyli sobie ilu ludzi mają deportować?

– Założenie było takie: wyłapujemy przede wszystkim mężczyzn w przedziale wiekowym 17-50 lat, czyli w wieku produkcyjnym. I bierzemy tylu, aż nam się „rynek nasyci” w Sowietach, czyli że nie jesteśmy już w stanie przyjąć większej liczby ludzi. Proszę pamiętać, że ten rynek pracy przymusowej nasycali przede wszystkim jeńcami wojennymi, bo mieli ich ponad 3 miliony. I oni byli główną siłą, która budowała obozy pracy przymusowej a potem odbudowywała Związek Sowiecki. Ludność cywilną deportowano na zasadzie uzupełnienia i granicą była liczba 200-250  tys. osób internowanych na tych ziemiach, które po 1945 r. przypadły Polsce.

Ale przecież w lutym 1945 roku było już wiadomo, że Górny Śląsk będzie w strefie wpływów Związku Sowieckiego. Po co więc było osłabiać gospodarczo i demograficznie tereny, które miały i tak im przypaść po wojnie? Przecież ci sami robotnicy w kopalni w Bytomiu czy hucie w Gliwicach pracowali by znacznie wydajniej niż w Donbasie.

– Odbudowa ich terytorium była ważniejsza niż odbudowa terytorium satelitów. Wiadomo było, że  Donbasu nie stracą, a Górny Śląsk mogą stracić. Priorytet był następujący: najpierw odbudujemy nasze terytoria, a potem będziemy się martwić o innych.

Deportowanych nikt nie pytał, czy są Niemcami, czy Ślązakami albo Polakami.

– Oczywiście. Wywożono także powstańców śląskich, ludzi związanych z mniejszością polską, ludzi którzy po prostu godali, a przy tym nie uważali się za Niemców ani Polaków. Mamy relację mieszkańca wioski koło Olesna, który wspomina, że jak ich wsadzono do pociągu, to zaczęli śpiewać po polsku „Serdeczna matko”. Bo to byli chłopi, którzy pewnie powiedzieliby, że „ja, my są Niymce”, w szkole mówili po niemiecku, ale w domu godali po śląsku. Ale to nie miało dla Sowietów żadnego znaczenia. Ich w małym stopniu interesowało robienie polityki narodowościowej. Chodziło o siłę roboczą i fakt, który ułatwiał prawne uregulowanie tych deportacji – czyli że formalnie byli to obywatele Rzeszy. Jakiej narodowości, nie miało znaczenia.

Jak Pan wspomniał, były także deportacje w ramach „oczyszczania tyłów”, które prowadzono także na terenie dawnego polskiego Śląska…

– NKWD wyszukiwała ludzi niepewnych politycznie, wrogów. Ale te kategorie były określane bardzo szeroko: funkcjonariusze nazistowscy, osoby sprawujące władzę i „wszyscy inni”. To była furtka, dzięki której można było zatrzymać wielu ludzi bez stawiania im jakichkolwiek zarzutów. Np. z Łazisk wywieziono ludzi, którzy należeli do korporacji zawodowej do której przynależność była obowiązkowa. Byli wśród nich także ludzie, na których donieśli sąsiedzi, że w okresie międzywojennym lub podczas wojny byli zaangażowani  po stronie niemieckiej. Te donosy oczywiście sprawdzano pobieżnie, bo intencja „oczyszczania tyłów” często była taka jak w przypadku reparacji – chodziło o siłę roboczą.

Deportacje zaczęły się natychmiast po konferencji jałtańskiej. Jak to technicznie przeprowadzano?

– Pierwszy etap polegał na wyłapywaniu ludzi, którzy mogli być deportowani. Sowieccy żołnierze i przedstawiciele lokalnych władz chodzili po domach, informowali, wieszali obwieszczenia. Każdy mężczyzna w wieku 17-50 lat miał zabrać ze sobą jedzenie i odzież na dwa tygodnie. Celowo wprowadzano dezinformację, że chodzi o odbudowę terenów poza frontem a potem, po tych dwóch tygodniach, będzie można wrócić do domu.

Czyli lokalne, także polskie władze, uczestniczyły w tym procederze?

– Tak, ale robiono to z polecenia sowieckich komendantur wojskowych. To Sowieci byli decydentami, przede wszystkim w dawnej niemieckiej części Górnego Śląska. Inaczej było na przedwojennym polskim Górnym Śląsku, gdzie pozycja Sowietów nie była aż tak silna, bo odrodziły się tam szybko polskie struktury administracyjne. I polska milicja pomagała Sowietom „oczyszczać tyły”. Na terenie Rzeszy w miejscowościach zajętych przez Armię Czerwoną nie było dawnej administracji niemieckiej, przestała funkcjonować. Sowieci powołali więc specjalne służby porządkowe spośród reprezentantów miejscowej ludności, spośród ludzi, którzy byli uważani za ekspozytury sowieckie, czyli np. komunistów, czy grupy antyfaszystowskie. A tam, gdzie była silna mniejszość polska, jak np. w Mikulczycach, podległą Sowietom reprezentację lokalnej społeczności tworzyli przedstawiciele mniejszości. Polskie i niemieckie reprezentacje dostawały od Sowietów polecenia: macie przygotować spis mieszkańców w wieku 17-50 lat,  wywiesić ogłoszenia o obowiązkowym stawiennictwie pod groźbą kary śmierci, i musieli to zrobić.

Jak przeprowadzano deportacje?

– Ludzie zgłaszali się sami, bo grożono im nawet śmiercią, obawiali się także represji w stosunku do rodziny. W większości miejscowości wyznaczono punkty zborne, gdzie mieli się zgłaszać. Potem przemieszczano ich do kolejnego punktu, aż w końcu trafiali do obozów przejściowych. Było ich kilka, przetrzymywano w nich po kilka, kilkanaście tysięcy osób.  Największy był w Łabędach, gdzie wysiedlono z całego osiedla dotychczasowych mieszkańców, ogrodzono całość i postawiono straże.

Jak długo siedzieli w obozach na terenie Górnego Śląska?

– Do miesiąca, ponieważ już w marcu 1945 roku uruchomiono połączenie z ZSRR szerokim torem i z Łabęd, Pyskowic czy Bytomia mogły ruszyć pierwsze transporty kolejowe na wschód.

Jakie były warunki w tych obozach?

– Sowieci słabo dbali o aprowizację. Problem głodu rozwiązywały rodziny, które donosiły jedzenie, albo okoliczni mieszkańcy, którzy wiedzieli, że to są „nasi ludzie”. Strażnicy na ogół nie odpędzali ich więc można było przekazywać  jedzenie, cieplejsze ubrania. We wspomnieniach dzieci, których ojcowie siedzieli w tych obozach, często pojawia się motyw, że szło się do ojca z menażką zupy, chlebem…

Gdzie potem wywożono ludzi z Górnego Śląska?

– Upraszczając, transporty szły do pewnego stopnia równoleżnikowo, czyli z naszego regionu głównym punktem docelowym była wschodnia Ukraina, rejon Doniecka.

W czasie transportu panowały już nieludzkie warunki.

– Tak, właściwie ociera się to już o zbrodnię. Z relacji wiemy, że racje żywnościowe były niewystarczające. Albo ktoś je źle obliczył, albo żołnierze kradli jedzenie, bo wiemy, że też chodzili głodni. Mimo że to był marzec, było zimno a ogrzewanie nie zawsze było wystarczające. Jeden mały piecyk na cały wagon nie wystarczał. W dodatku wagony nie były otwierane przez kilka dni a podróż trwała nierzadko nawet około miesiąca, ponieważ długo stano na bocznicach, przepuszczając wagony z wojskiem. Ludzie umierali z wycieńczenia, nie wytrzymywali tych warunków. Zwłoki jechały z deportowanymi przez kilka dni aż żołnierze otworzyli drzwi. Z wagonów wyjmowali po kilka ciał, rzucali gdzieś na pobocze, skopywali nogami z nasypu. Śmiertelność w trakcie podróży sięgała, według niektórych źródeł, nawet 10 procent. Nie mamy tutaj pewnych danych. Liczenie komplikuje fakt, ze czasami wyrzucano zwłoki i łapano przypadkowych ludzi z peronu – chodziło o to, żeby liczba się zgadzała.

Na miejscu od razu trafiali do obozów pracy?

– Czasami była już obozowa infrastruktura, np. po Niemcach, albo jeńcy wojenni zdążyli ją już wybudować. A czasami musieli najpierw sami wybudować sobie baraki. Często tworzono konglomeraty obozów, gdzie jeńcy wojenni przebywali obok cywilów. Potem odbudowywali zakłady pracy, albo pracowali w kopalniach czy hutach Donbasu.

Czy deportacje możemy traktować jako zbrodnię?

– Zbrodni, w sensie strzelania przez żołnierzy Sowieckich do deportowanych czy katowania ich, było jak się wydaje niewiele. To margines. Jeśli się kogoś zatrzymuje, żeby był darmową siłą roboczą, to po co go zabijać. Ale chaos organizacyjny, fatalne jedzenie, brak podstawowych warunków higienicznych, a z drugiej strony wyczerpująca praca powodowały wysoką śmiertelność. Zwłaszcza lato 1945 roku było tragiczne. Śmiertelność sięgnęła 30 proc. Jeśli przyjmiemy, że nawet 45 tys. ludzi deportowano z Górnego Śląska, to możemy oszacować, że około 15 tys. zmarło. W tym sensie całe przedsięwzięcie okazało się zbrodnicze.

Kiedy deportowani zaczęli wracać do Polski?

– Już późnym latem 1945 roku zaczęto wypuszczać pierwszych deportowanych. Część z nich nie była w stanie dalej pracować. Byli skrajnie wycieńczeni i dla Sowietów stali się tylko obciążeniem. Bo trzeba im było dawać coś do jedzenia, zajmowali miejsca w szpitalu, a niczego nie produkowali. Ładowano ich więc do wagonów i odsyłano. Poza tym ze strony polskiej zaczęły napływać zapytania o deportowanych Polaków i pojawiały się sugestie, aby ich zwolnić. W ten sposób wrócili np. ludzie z Radzionkowa, który przed wojną był po polskiej stronie a mimo to deportowano ok. 300 osób. Doszło w tym wypadku pewnie do pomyłki, bo ci ludzie pracowali w Bytomiu w kopalni „Beuthen” i jak rozwiesili informację, że mają się zgłaszać wszyscy mężczyźni w wieku 17-50 lat, to stawili się i deportowano ich razem z obywatelami niemieckimi. Takich wypadków znamy więcej. I te dwie grupy: chorych i mieszkańców przedwojennego polskiego Śląska zwolniono najpierw.

A kiedy wrócili ostatni?

– Większość została wypuszczona do 1947 roku, ostatni w 1949 a nawet 1950. Ale te ostanie powroty często nie są ze Związku Sowieckiego. Sowieci traktowali deportowanych jako Niemców, więc wysyłali ich na teren Niemiec. Część uciekała z transportów, które jechały przez Polskę, bo nie były one pilnowane. Ale wielu dojeżdżało do sowieckiej strefy okupacyjnej, czyli późniejszego NRD. Głównym punktem, gdzie trafiali Ślązacy był wielki obóz niedaleko Frankfurtu nad Odrą – Gronenfelde. Zdarzało się, że ktoś tam trafił w fatalnym stanie, leczono go, przerzucano do różnych szpitali. A potem zostawał na miejscu i podejmował pracę w jakimś lokalnym zakładzie, bo Niemcy także cierpieli na brak ludzi do pracy.

Jak ci ludzie byli traktowani w Polsce po powrocie? Represjonowano ich?

– Wręcz przeciwnie. Przyjmowano ich z otwartymi rękami, bo górnośląski przemysł nie był w stanie ruszyć w 1945 roku. Brakowało rąk do pracy a akcje werbunkowe, np. wśród Kresowiaków, nie wypaliły. Było co prawda 40 tys. jeńców niemieckich, których Sowieci w sierpniu 1945 roku przekazali Polsce i pracowali oni w kopalniach do 1949 roku, ale to nie wystarczało. Każdy kto wrócił z deportacji był mile widziany. Nie tylko przez zakłady pracy, ale też przez rodziny. Mój dziadek, który był deportowany i wrócił w grudniu 1945 roku z podwójnym zapalaniem płuc i bardzo niską wagą ciała, jak tylko odrobinę doszedł do zdrowia poszedł na kopalnię w Mikulczycach. Chciał pracować, żeby dzieci miały prezent na Boże Narodzenie. I miały: po kilka kopalnioków. Prześladowań nie było, ale aparat bezpieczeństwa obserwował ich. Część tych ludzi mówiła publicznie gdzie była i co widziała. Opisywali „sowiecki raj”. To się oczywiście nie podobało władzy, wzywano ich na przesłuchania i grożono im.

Mam wrażenie, że w Polsce temat deportacji nikogo nie obchodzi.

– Na Górnym Śląsku pamięć o deportacjach i wszystkich negatywnych zjawiskach związanych z 1945 rokiem jest bardzo silna. Ale rzeczywiście, jest to element historii regionalnej. Z drugiej strony, nie możemy oczekiwać, że cała Polska będzie tym żyła. To smutne, ale tak jest. Jest pewna dominująca narracja historyczna  i są narracje regionalne, które w niej się po prostu nie mieszczą. Oburzające jest natomiast to, że tym ludziom często nie zaliczano do emerytur czasu spędzonego w obozach pracy. Przez kilka lat ocierali się o śmierć, pracowali w skrajnie wyniszczających warunkach i w żaden sposób nie zostało im to zrekompensowane. Niewielkie odszkodowania od władz polskich dostali ci, którzy byli deportowani z dawnego polskiego Śląska. Ale byli obywatele Rzeszy, którzy po wojnie zostali w Polsce, nic nie dostali. Dopiero w zeszłym roku władze niemieckie uruchomiły odszkodowania dla swoich byłych obywateli, są to jednak symboliczne kwoty.

Dr Sebastian Rosenbaum jest historykiem, pracuje w katowickim Instytucie Pamięci Narodowej.

Waldemar Szymczyk, autor wielu publikacji na temat Śląska, m.in. o obozie w Zgodzie i Ślązakach wcielonych do Wehrmachtu. Członek Rady Redakcyjnej kwartalnika „Fabryka Silesia”, dyrektor wydawniczy Imago PR. 

Zdjęcia zamieszczone w artykule pochodzą ze zbiorów IPN Katowice.

Czytaj więcej

Zmiana kategorii na: Polityka