Relacja

Moja Szarlota

Zdobyłam Szarlotę. To było z jedno z ostatnich wejść na tę hałdę. Jak je wspominam?

Legalne wejście na Szarlotę możliwe jest średnio raz w roku. Ja zaliczam się do tych szczęściarzy, którym się to udało. Decyzję o zdobyciu hałdy podjęłam spontanicznie. Wiedziałam, że wejście nie należy do najłatwiejszych. Ale regularnie chodzę po górach, więc do sprawy podeszłam zadaniowo i, jak teraz na to patrzę, dość lekkomyślnie. No bo – tak wtedy myślałam – co to dla mnie te 400 metrów! Wiedziałam, że hałda wydziela gazy i metale ciężkie. Że jej wierzchołek ma formę stożka. I, że na szczyt nie prowadzi wytyczony i sprawdzony szlak.

Pomyślałam raczej, że skoro kolekcjonuję górskie wierzchołki, to trzeba mieć też na swojej liście hałdę. I to najwyższą w Europie!

CZYTAJ TAKŻE: Szarlota do rozbiórki. Pył posypie się na miasta?

No to idziemy!

Hałda Szarlota.

Bez większego przygotowania, w sportowych butach zaczęłam wbiegać na kolejne partie. Pierwsza zadyszka i te gazy naokoło sprawiły, że w głowie zaczęło wirować, a ja wciąż byłam u podnóża. Kolejne metry pokonywałam już spokojniej i z nadzieją, że z czasem będzie coraz łatwiej. Kiedy kondycja weszła na poziom średnio zaawansowany, pojawiły się inne problemy. Hałda zrobiła się bardzo stroma. Co teraz? Widok robi się bajkowy, ale i dość przerażający. Wokoło nie ma innego, tak wysokiego punktu. Nie ma drzewa, którego można się podtrzymać. Goła góra, porośnięta trawą i chwastami. No i hulający wiatr. Przed atakiem szczytowym zdecydowałam, że zawracam. Nie będę ryzykować. Nie wejdę i trudno. Ale wtedy poczułam, że mój idol Kukuczka nie byłby ze mnie zadowolony. Jak to tak? Zrezygnować będąc pod samym szczytem? Racja, będę później żałować. Tak pomyślałam i ruszyłam w górę ze ściśniętym żołądkiem. A myślałam, że wysokość i przestrzeń nie są mi straszne.

Widoki zapierają dech 

Powiedzieć, że się opłaciło to nic nie powiedzieć. Widok zapierał dech w piersiach. Było wietrznie i bardzo pięknie. Miałam poczucie, że króluję nad okolicą.

No i ta satysfakcja! Do tego obowiązkowe zdjęcie z napisem "Szarlota", który od zawsze kojarzył mi się ze słynnym napisem "Hollywood" na wzgórzach Los Angeles.

Zejście dłuższe niż wejście

Schody zaczęły się w drodze powrotnej. Nie, nie wyrosły cudownie z wnętrza hałdy. Trzeba było pokonać lęk wysokości i mając przed oczami te rozległe widoki, zejść bezpiecznie na dół. Na ugiętych kolanach, a czasem i całkiem kucając, udało się. Nie było mowy o żadnym zbieganiu. Powiem więcej, zejście dłużyło się niemiłosiernie i zajęło mi więcej czasu niż wdrapanie się na szczyt. Chciałoby się napisać „polecam każdemu”. Ale wychodzi na to, że byłam jednym z ostatnich zdobywców Szarloty.

Czytaj więcej

Napisz do autora k.glowacka@silesion.pl
Zmiana kategorii na: Wnętrza