Czytasz: Mój tydzień ma sześć dni. Jednego dnia walczę z rakiem

Mój tydzień ma sześć dni. Jednego dnia walczę z rakiem

Spokój trwał dwa i pół roku. Cios przyszedł w kwietniu 2015. Większy niż wtedy, gdy postawiono diagnozę. Ola nie wiedziała jeszcze, że rak tak szybko jej nie odpuści i zaatakuje po raz trzeci.

Spotkamy się w jej rodzinnym domu w katowickiej dzielnicy Ligota. Od progu witają dwa psy, Koka i Nuka. - Już w przedszkolu wiedziałam, że zostanę weterynarzem. Kiedy miałam 10 lat to jeździłam konno, każdy wolny czas spędzałam w stajni. W Lublinie mam swojego konia Szamana – opowiada Ola Dąbrowska z Katowic. Ola skończyła weterynarię. Po studiach zamieszkała w Krakowie. Urodziła też Kacpra. Jej historia byłaby podobna do historii wielu młodych dziewczyn, gdyby nie diagnoza. Dziś Ola ma 28 lat i od sześciu lat walczy z rakiem.

"Zmieniło się całe moje życie" 

Zaczęło się w liceum. Ola badała się regularnie, jej mama bardzo o to dbała. Na kontrolnym badaniu lekarka zauważyła zgrubienie w piersi. To była łagodna zmiana i natychmiast została usunięta. Od tego czasu gabinet lekarza odwiedzała już co pół roku. Skończyła szkołę i dostała się na studia do Lublina. Kiedy znów znalazła zgrubienie w piersi, biopsja wykazała, że to rak, szczególnie złośliwy typ nowotworu piersi - „potrójnie ujemny”.

Miała wtedy 23 lata. Nie wróciła na studia.

- W tym momencie zmieniło się całe moje życie – mówi Ola. I dodaje:

- Nie wychodziłam od lekarzy. A oni dawali mi wszystko w pełnym pakiecie – najmocniejszą chemię, najmocniejsze naświetlania. Usunęli mi tę zmianę i węzły chłonne też. Doszła kolejna chemia, potem radioterapia. Wtedy starałam się zrozumieć tę chorobę. Myślałam „trudno, stało się”. Nie buntowałam się, wiedziałam, że muszę się wyleczyć. Po operacjach byłam już przekonana, że jestem zdrowa. Wzięłam urlop dziekański i po roku wróciłam na uczelnię. Powoli wracałam też do sił.

"Najgorsze były te wypadające włosy"

Spokój trwał dwa i pół roku. Cios przyszedł w kwietniu 2015. Większy niż za pierwszym razem. Ola znów musiała przeżywać to samo. - Miałam wznowę w węzłach chłonnych, które mi usunięto. Operacja niosła ryzyko, że będę miała niedowład ręki. Bałam się, że nie będę mogła wykonywać swojego zawodu. A po operacji chemia i radioterapia. I najgorsze, czyli wypadające włosy – mówi Ola.

A jej piękne, czarne włosy dopiero co odrosły tak, ze mogła je spinać w kucyk. I wtedy pojawił się bunt. Ola powiedziała „dość”. Nie miała siły na walkę od początku. Ale jej rodzina nie odpuściła. Zmusili do kolejnej walki. Oczywiście włosy wypadły i znów trzeba było zakładać peruki. Były dobrze dobrane i nikt się nie zorientował, że to nie są prawdziwe włosy. Taki był plan. Bo Ola zdecydowała, że o chorobie będą wiedzieli tylko jej najbliżsi.

"Dlaczego ścięłaś włosy na jeża?"

Przez pięć lat ukrywała chorobę, na studiach nikt się nie domyślił. Miała przecież tylko 23 lata. Młodzi ludzie mają w głowie studia i zabawę, a do tego zestawu nie pasuje słowo „rak”. Ola bała się litości i stygmatyzowania. - Ludzie nie wiedzą, jak się zachować. Czy pytać czy nie poruszać tego tematu. Znajomi nie wiedzieli o chorobie, a ja miałam namiastkę normalności. Dziś wiem, że to był ogromny ciężar – wspomina Ola.

- Pytali, dlaczego przedłużam studia albo dlaczego ścięłam włosy na jeża. Potem się przyzwyczaili, że często zmieniam fryzury. A ja wymyślałam kolejne odpowiedzi, kombinowałam. Dziś, kiedy informację o chorobie opublikowałam w internecie, zdałam sobie sprawę, że mi ulżyło. Czuję też duże wsparcie, także osób, po których bym się tego nie spodziewała – dodaje.

Urodził się Kacper. "I wróciły mi siły" 

Kiedy choroba ponownie zagościła w życiu Oli, dziewczyna zdecydowała, że nadal będzie studiować. Leczyła się w Katowicach, na zajęcia i egzaminy jeździła do Lublina. Skończyła studia i leczenie. I wtedy urodził się Kacper.

- Wróciły mi siły. Wierzyłam, że to nowy rozdział życia. Bez raka. Wyniki były dobre i nie miałam czasu na rozpamiętywanie choroby i tego co było – opowiada Ola.

"Jeden dzień to szpital. Potem wracam do normalności"

Dziewczyna za dwa miesiące skończy 29 lat. Ma plany na przyszłość i marzenia. Kiedyś chciała mieć stadninę koni. I dom pod miastem. Chciałaby pójść do pracy i wieść proste, spokojne życie. Marzy też o drugim dziecku. Kacper zaczął chodzić do żłobka. Jest radością dla rodziców i wielką motywacją dla Oli.

- Przy małym dziecku nie mam czasu na negatywne myśli. Wiem, że będzie dobrze. Wychodzę ze szpitala i odcinam się od swojej choroby. Mój tydzień trwa sześć dni. Jeden dzień to szpital, potem wracam do normalności – opowiada Ola.

Pół roku temu poszła na kontrolę do onkologa i lekarz wyczuł zmianę, tym razem po lewej stronie. Dziewczyna po raz trzeci musi walczyć o życie.

- Kiedy we wrześniu wszystko zaczęło się na nowo to się załamałam. Myślałam, że to już koniec – tłumaczy Ola.

Okazało się jednak, że w Krakowie prowadzone są badania kliniczne nad nowym lekiem. Mówi Dąbrowska: - Dobrze, bo ja tam właśnie mieszkam. Przyjęli mnie na te badania. Chodzę od grudnia, ale nie wiem czy jestem w grupie, która dostaje lek czy placebo. Do tego oczywiście przyjmuję chemię. Po czwartym cyklu miałam kontrolną tomografię i okazało się, że zniknęły guzki z płuc, ale nowe ogniska pojawiły się w wątrobie. Od lekarki usłyszałam, że nigdy się nie wyleczę albo będę się leczyć do końca życia. A ja mam plany i chcę żyć bez choroby! Powiedziałam sobie, że do trzech razy sztuka i tym razem musi mi się już udać. Pokonam tę chorobę, bo mam dla kogo żyć!

Aby uzyskać dostęp do wszelkiego możliwego leczenia potrzebne są pieniądze. Każdy, kto chciałby wesprzeć Olę w chorobie, może dołożyć się do jej leczenia. Szczegóły znajdują się TUTAJ.

Czytaj więcej