Czytasz: Marcin Melon "zaniemówił": tę historię musicie poznać!

Marcin Melon "zaniemówił": tę historię musicie poznać!

Niewiele jest dobrze opowiedzianych historii o Śląsku i Ślązakach. Po tę warto sięgnąć.

Winnetou u starzika na gyburstagu

Niewiele jest dobrze opowiedzianych historii o Śląsku i Ślązakach. Na pewno nie tyle, na ile zasłużył nasz Hajmat. Jest wiele pułapek, w które mogą wpaść potencjalni opowiadacze. Część z nich grawituje bezrefleksyjnie w kierunku komunałów, inni zdradzają brak elementarnej wiedzy o specyfice naszego regionu. Do tego dochodzi obrzydliwa propaganda tworzona na zamówienie nacjonalistycznych upraszczaczy rzeczywistości. Większość twórców omija jednak temat, jak gdyby bojąc się fali (wiedzy?), która może chlusnąć im w twarz po otwarciu drzwi. Nie powiem, rozumiem tę postawę. Przez lata świadomie wolałem nie ruszać pewnych tematów z obawy przed ogromem nowych informacji, jakie musiałbym przyswoić. Jeśli chodzi o Śląsk, były próby podejmowane przez ludzi z zewnątrz, mozolnie zbierających fakty, by potem utkać z nich opowieść (chociażby „Czarny Ogród” Małgorzaty Szejnert). Z „Zaniemówieniem” Justyny Wydry jest inaczej, ale autorka to nie widzka z zewnątrz, przyciągnięta na Śląsk jego urokiem. Justyna Wydra to Ślązaczka, chociaż – jak sądzę – niewiele mająca wspólnego ze stereotypem mieszkanki naszego regionu. Bynajmniej nie wygląda na osobę, która ciężko odchorowywałaby brak rolady i modrej kapusty w niedzielnym menu. A jednak korzenie ma śląskie i choćby z tego powodu warto sięgnąć po „Zaniemówienie”.

Można odnieść wrażenie, że Wydra (jak wielu przed nią) nie zdołała jednak uniknąć stereotypów. Jest śląska rodzinna, oczywiście powstańcza, której członkom oczy wilgotnieją na widok orła białego. Jest Niemiec zły i Niemiec dobry (ten dobry okazuje się Niemcem „mniej” prawdziwym, bo genetycznym miszungiem śląsko-austriackim, przy czym śląskie geny niewątpliwie odpowiedzialne są za jego stopniowo odkrywany pacyfizm). Ale nie dajcie się zwieść, mniej więcej na półmetku książka daje nam odczuć, że to nie jest sztucznie wymyślona opowiastka z dramatycznych czasów II wojny, a jedna z historii, których tyle słyszeliście u starzika na gyburstagu. Co ważniejsze, główne postaci w podejrzany sposób będą Wam przypominać własne ciotki i wujków (choć może prędzej babcie i dziadków?).

A jednak coś tu nie gra… Mimo wszystko to nie jest jedna z tych historii opowiadanych przy starzikowym stole. Dlaczego? No tak, język. Książka jest pisana po polsku, a oszczędnie wrzucane śląskie ausdruki (przyznaję, z wyczuciem) mogą u niezorientowanych wywoływać wrażenie, że bohaterowie porozumiewają się z sobą w jakiejś „śląskiej gwarze”, będącej odmianą języka polskiego wzbogaconą (lub zanieczyszczoną, jeśli spojrzeć z polskiej perspektywy ksenofobicznej) kilkudziesięcioma oryginalnymi wtrąceniami. Trudno mieć o to pretensje do autorki, która zastrzega od początku, że decyzję o pisaniu po polsku podjęła po konsultacji z wydawcą, by książka mogła trafić do szerokich rzesz polskich czytelników. I to jest zacny cel, bo w obliczu powszechnej ignorancji, Polacy muszą być uczeni o Śląsku, w każdej możliwej formie. Ale jednak śląskiemu odbiorcy coś zgrzyta w oczach i uszach. Jakby… Jakby… Szukam odpowiedniej analogii, ale podsuwa mi ją sama Justyna Wydra, wkładając w ręce bohaterki książkę Karola Maya. Pamiętacie niemiecko-jugosłowiańskie westerny, w których Winnetou i inni Apacze porozumiewali się między sobą po niemiecku? Niby wszyscy wiedzieliśmy, że to kwestia umowna, że język to tylko narzędzie, ale jednak jakiś element klimatu przepadał bezpowrotnie. I z tego elementu starzikowych wojennych opowieści rezygnuje (chyba niestety) autorka decydując się na tłumaczenie wszystkich dialogów na język polski.

Czy warto sięgnąć zatem po „Zaniemówienie”? Zdecydowanie tak. Zbyt wiele jest na Śląsku opowieści, których nikt nigdy nie opowiedział i nie opowie. A dopóty Śląsk będzie istniał, dopóki będzie opowiadany, ciekawie i wiarygodnie.