Komentarz

Łysek z pokładu Idy uczy Śląska

Czy w liście lektur polskich uczniów powinny znaleźć się pozycje opowiadające o Śląsku, a jeśli tak – to jakie? – pisze Ingmar Villqist.

Jeśli ktoś spoza Śląska czyta tekst wykłócający się o coś w gorącej śląskiej debacie tożsamościowej, to co ujrzy? Widzi ciąg zapisanych maleńkich znaczków - obrazków np.: szybik kopalniany, czerwone słoneczko, utopluszka, trzy skrzydełka, pancerfaust, Karolinkę, krupnioczek, Jorgusia, pyrliczek, mecz: Górnik Zabrze vs AS Roma, Korfantego, RAŚ, wodzionka, itp. Co zrozumie czytający, zainteresowany śląskimi sprawami? Coś widzi, to i owo mu się nawet kojarzy, ale nic, absolutnie n i c  z tego nie zrozumie; szyfr albo starożytne pismo obrazkowe. A nawet jak ktoś cierpliwie będzie mu tłumaczyć z obrazkowego, śląskiego na polski to też nic nie pojmie albo jeszcze mniej. Będzie tylko coraz bardziej rozdrażniony. On chciałby prostego rozróżnienia; albo biało - czerwono albo brunatnie. No i masz. A my możemy sobie pisać i pisać – sami poczytamy, bo tylko my się w tym jakoś możemy połapać, ale też nie do końca.

Przydałaby się jakaś maszyna deszyfrująca, taka Enigma tłumacząca najlepiej w obie strony; ze śląskiego obrazkowego na polski, ale i odwrotnie, bo to też problem. Bo dziś jedni i drudzy gadają i piszą ( ja też) do ściany, a ściana słucha, czyta i nic się odzywa; jak to ściana, ale swoje myśli. Jeśli by uprzejmie zapytać tę ścianę – „Ściano, powiedz proszę, co przeciętny Polak myśli o Śląsku, jakie ma wyobrażenia, co wyniósł w tym temacie z domu, ze szkoły. Nie chodzi mi o historiograficzne, ikonograficzne projekcje, ale ot, tak – co mu w duszy gra o Śląsku?” Ściana pomyślałaby i odpowiedziała tak – „Gra mu w duszy śląski, butny marsz teutoński, chęć odwetu, rewizji, separacji i autonomii, no i RAŚ. To po pierwsze. Ale i też duma z powstań, wiedza że Ślązacy to lud pracowity i bardzo, bardzo pobożny. Starsze pokolenie widziało filmy Kutza, a co do młodszych, to nie ma wyników badań.” Tyle ściana. I pewnie ma rację. I co z tym galimatiasem zrobić? Pewnie należałoby wypracować jakiś dukt edukacji dla tych trzydziestu kilku milionów Polaków i spróbować oswoić ich z naszymi niewiarygodnie powikłanymi, śląskimi dziejami. Ale jak to uczynić?

Napisałem ostatnimi czasy, podobnie jak wiele moich znakomitych koleżanek i kolegów po śląskim, gęsim piórze niezliczoną ilość tekstów; felietonów, esejów, próbując to czynić, czyli oswajać, edukować, zachęcać, nie przestraszać, trochę żartem, czasem na poważnie i dziś mam poczucie daremnego trudu; powstało bowiem, lekko licząc dziesiątki tysięcy stron tekstów różnych autorów, które w najmniejszym stopniu nie przybliżyły śląskiej problematyki tym spoza Śląska. Oczywiście my sobie możemy wmawiać, że tak nie jest i jakich to niebywałych perforacji nie dokonaliśmy w powszechnej niewiedzy o Śląsku, ale sami dobrze wiemy, że tak jest. Sami czytamy nasze teksty, piszemy i piszemy, archiwa puchną, a my konsekwentnie izolujemy się od świata, coraz „bezpieczniej” czując się w śląskim rezerwacie, bo najważniejsze, żeby było spokojnie, bezpiecznie w imię odwiecznego, śląskiego świętego spokoju. Lokalne autorytety i mentorzy (anonimowi poza Śląskiem) okopali się na swoich pozycjach, pomrukują na siebie, podszczypują się od czasu do czasu i tyle z tego. Nuda i zaklęty krąg majaczeń ze szczyptą śląskiej, patriotycznej brawury.

Kolejne pytanie, to czy ci spoza Śląska są w istocie Śląskiem zainteresowani. Śląskiem, ludźmi, historią, a nie propagandowymi projekcjami, które w odbiorze Śląska zapewniają poczucie bezpieczeństwa i święty spokój. Odwieczna idea świętego spokoju działa wszak w obie strony. W istocie nikogo ten Górny Śląsk nie interesuje. Oczywiście poza tym, że jest i ma być, robota ma iść, poza tym modlić się, odpokutowywać przewiny sprzed wieków i te nieodległe plus spokój  – cisza. Co rusz jednak temat Śląska wymyka się poza zamurowany region, no, bo górnicy, „Klątwa” w Chorzowie czy ostatnio pomnik Jorga; nie narusza to jednak zasadniczo  miejsca Śląska w powszechnej świadomości, czyli dosyć daleko za horyzontem najważniejszych, bieżących spraw.

CZYTAJ TAKŻE: KATOWICE ZAPRASZAJĄ NA ”WESELE”. CZYTAŁ BĘDZIE M.IN. KAMIL DURCZOK

Pisząc te słowa przyszło mi na myśl, że posuwam się za daleko w narzekactwie na brak zainteresowania Śląskiem i już miałem bić się w piersi i pisać dalej, że przecież wcale nie jest tak źle, bo to i tamto, kiedy przypomniały mi się dwa spotkania, które odbyłem ostatnimi czasy. Pierwsze miało miejsce w dużym śląskim mieście, organizującym cyklicznie ważną i z tradycjami imprezę artystyczną; byłem członkiem jury; siedzieliśmy w kawiarni w gronie miejscowych organizatorów, gości z Polski i gawędziliśmy  przy kawie. Rozmowa zeszła na sprawy śląskie; jeden z gości  (Wysoki przyjezdny Urzędnik z jeszcze wyższego Urzędu) zapytał mnie, ściszając głos (autentyk!) „ Jak wygląda sprawa separatyzmu na Śląsku?”. Jestem od lat do takich debilnych pytań przyzwyczajony, więc odpowiedziałem, też mówiąc szeptem, że: „ Aż strach wieczorem wychodzić z domu”. Wykorzystałem potem chwilę (by mu dać dojść do siebie) i rozdałem zebranym po egzemplarzu ostatniej edycji antologii jednoaktówek po śląsku; corocznego konkursu, który od siedmiu lat organizujemy z Waldkiem Szymczykiem; panowie przeglądali książki, dłonie im nieco drżały, bo to coś po śląsku i w dodatku na scenę teatralną. Obecny przy stoliku pan; zawiadujący bardzo ważną instytucją kultury w owym dużym, śląskim mieście, powiedział, odkładając książkę, że na nim zawsze największe wrażenie robiła i robi, jeśli idzie o śląskie sprawy, książka „Łysek z pokładu Idy” , którą czytał w młodości i wiele się z niej o Śląsku dowiedział, a i dziś chętnie do niej wraca. Panowie przy stoliku słuchali, kiwali głowami. Zapytałem z rozpędu, czy czytał jakieś inne książki o Śląsku. Odpowiedział, że nie. Zapytałem czy wiedzę na temat Śląska czerpie wyłącznie z tragicznych losów ociemniałego w czeluściach kopalni konia Łyska? Już nie odpowiedział. Poczułem się wtedy jak ten nieszczęsny Łysek w labiryncie śląskiej maligny wlokący się tam i z powrotem, dziwiący się, że jest jak jest. To tak a propos tego, czy kogoś interesują nasze sprawy. Inna rzecz, że zawiadowców śląskiej kultury też nie. A może przede wszystkim – nie. Mają inne priorytety.

Drugie spotkanie – publiczna rozmowa, jaką prowadziłem z osobą będącą luminarzem polskiej kultury; początek rozmowy przy wypełnionej sali kurtuazyjny (to osoba, którą bardzo cenię i szanuję), padają słowa o tym, jak bardzo lubi odwiedzać Śląsk, szanuje pracowitość mieszkańców i ich religijność. Niepotrzebnie pytam, z jakich źródeł czerpie rozmówca swoją wiedzę o Śląsku, czy może czytał jakąś książkę o naszym regionie. Odpowiedź: „Tak, „Czarny ogród”. A czy coś jeszcze? – pytam już kompletnie bez sensu. Chwila konsternacji; „Zaskoczył mnie pan tym pytaniem”. Nie czytał.

Nie ma co wydziwiać, pewnie mój rozmówca jeszcze przeczyta coś, co go zainteresuje, ale w ten oto sposób doszliśmy do zasadniczego pytania będącego powodem powstania tego tekstu; to znaczy, czy w liście lektur polskich uczniów wyższych klas szkoły podstawowej i szkół średnich powinny znaleźć się pozycje opowiadające o Śląsku, a jeśli tak – to jakie? Pomysł znakomity i jedynie słuszny. Przez co jak nie lekturę książek poznawać może młody człowiek otaczający go świat; odrzucać, kontestować stawiane tam tezy, być może zgadzać się, ale może też się (oby) po prostu zaciekawić. Pomysł jedynie słuszny jak wspomniałem, ale jednocześnie desperacki. Bo po pierwsze z czytelnictwem pokolenia cyfrowego tak sobie, to znaczy prawie w ogóle nie. Młode pokolenie cyfrowe jest pełne rezerwy wobec nakazu czytelnictwa podług takiej czy innej listy. Dociera do książek, ale później, na własnych zasadach, absolutnie indywidulanie, odkrywa w nich równoległą rzeczywistość do internetowego szaleństwa i zakochuje się w książkach po swojemu, ale, powtórzę: później i na własnych zasadach, inaczej nikt ich żadną siłą do czytania lektur nie zmusi. Wystarczy z nimi o tym spokojnie pogadać, to wytłumaczą, dlaczego tak jest. Czytanie to dziś dla młodych ludzi wyższy, elitarny stopień wtajemniczenia w świat; taka inicjacja musi spokojnie dojrzewać i mieć swój czas.

CZYTAJ TAKŻE: KTO CHCE ODERWAĆ GÓRNY ŚLĄSK OD POLSKI?

Gdyby więc dziś w ich listy lektur wprowadzić, nie daj Boże, nakazowo kilka pozycji mówiących o Śląsku – to nie wiem. Chyba po prostu te pozycje wisiałyby sobie na tej liście i wędziłyby się. Co obchodzi młodych ludzi z drugiego krańca Polski Śląsk i jego piramidalnie powikłane dzieje i kompleksy. A gdyby naszym rodzimym nastolatkom zapodać spis lektur dotyczących np. równie skomplikowanych dziejów Warmii i Mazur, Ziem Odzyskanych czy  innych zakamarków Rzeczypospolitej, to rzuciliby się do czytania? Nie tędy droga do mozolnego wypracowywania ciekawości innych kultur (także rodzimych) wyklonowanych z historycznych zawieruch. Budowany w Polsce od kilku lat lęk przed obcym, innym (kulturowo i religijnie) przekłada się wprost na brak zainteresowania wszystkim co dalej niż na wyciagnięcie ręki.

Oczywiście to inne, obce funkcjonuje w zbiorowej świadomości w postaci bezpiecznych klisz, bo tak jest po prostu wygodniej. Śląska klisza królująca  w Polsce w 2017 roku to: powstania, górnicy, kult pracy, religijność, piłka nożna, piwo, krupniok, opcja niemiecka, bełkotliwa gwara. Przerażające, ale tak właśnie jest. To my, Ślązacy, musimy się jakimś cudem zacząć otwierać na świat; zacząć kruszyć wysoki mur, jaki przez pokolenia budowaliśmy wokół nas, chroniący przed niezrozumieniem, nieustannym odrzucaniem, wykorzystywaniem, upodleniem i wreszcie tym, co nas najbardziej boli, nieustannym ranieniem niechcących zabliźnić się ran. Ale jak to zrobić? Niech myślą tęgie, śląskie głowy; autorytety i mentorzy, niech wreszcie zaczną zabierać głos młodzi Ślązacy (bo najciekawsze i najważniejsze, co oni o tym wszystkim myślą); na polityków nie ma co liczyć. Taka szeroka, publiczna dyskusja o Śląsku (ale nie bluzgi w sieci) zainicjowana i prowadzona przez młodych Ślązaków z udziałem uczestników z poza Śląska; pojawienie się grup oponentów, konieczność udowadniania swych wizji i racji być może sprowokowałaby potrzebę sięgnięcia do archaicznego dziś źródła wszelkiej wiedzy i refleksji jaką są książki; także o Śląsku.

Przymuszony zamówieniem tego tekstu głowię się, co miałbym  polecić do czytania o Śląsku konstruktorom takiej dyskusji i jej uczestnikom. W pierwszym numerze kwartalnika „Fabryka Silesia” ( I/2012) zamieściliśmy czterdzieści takich list kanonicznej literatury śląskiej autorstwa śląskich ludzi kultury, nauki. Dziś moja propozycja pokrywałaby się w części z tą zamieszczoną przeze mnie w tamtej „Fabryce ”. Byłyby to (zakładając, że czytający nie ma zielonego pojęcia o Śląsku), zachętą do dalszej lektury: dramaty Stanisława Bieniasza z tomu pt. „Stary portfel i inne utwory dramatyczne”, Horsta Bienka „Pierwsza polka”, Augusta Scholtisa „Wiatr od wschodu”, no i „Cholonek” Janoscha. To tak na sam początek początku, żeby nie odstraszyć i nie zanudzić.

Ingmar Villqist, dramatopisarz, reżyser, wykładowca akademicki.

Czytaj więcej

Zmiana kategorii na: Video