News

Kupili mieszkanie, a sąd im je zabrał. Wpadka notariusza?

Pierwsze, wspólne, wymarzone. Takie miało być, a został pusty portfel i zszargane nerwy. Młode małżeństwo z Piekar Śląskich przez jeden dokument straciło mieszkanie.

Rozkładana kanapa, szafa wsunięta w kąt, biurko pod oknem i od kilku miesięcy najważniejszy mebel – białe łóżeczko niemowlęce. Tak mieszkają Mazurowie. Cała trójka w jednym pokoju. W bloku przy ul. Bursztynowej w Piekarach Śląskich. U teściowej. - A miało być inaczej – wzdycha Justyna Mazur. Podchodzi do okna wychodzącego na blok z numerem 20. - Kupiliśmy tutaj mieszkanie, na drugim piętrze. Teraz mogę sobie na nie co najwyżej popatrzeć – wzrusza ramionami trzydziestolatka.

W dokumentach wszystko było w porządku

Za 48-metrowy lokal Mazurowie zapłacili 120 tys zł. Krzysztof Bzdęga – jego właściciel był po rozwodzie i nie stać go było na mieszkanie w pojedynkę. Zdążył jednak zadłużyć lokal, dlatego zanim Mazurowie podpisali umowę kupna, sprawdzili sytuację w spółdzielni mieszkaniowej. Dokumenty nie pozostawiały wątpliwości. - Spółdzielnia dała nam pismo potwierdzające, że jedynym właścicielem mieszkania jest Bzdęga i że – jeżeli spłacimy zadłużenie – nie ma żadnych przeciwwskazań do zakupu – mówi Włodzimierz Mazur, mąż pani Justyny. Sytuację prawną sprawdził też wynajęty przez małżeństwo pośrednik nieruchomości. Akt notarialny podpisali w kancelarii notarialnej w Dąbrowie Górniczej. I rozpoczęli remont swojego wymarzonego gniazdka.

Niespodziewany list z żądaniem

Odliczali dni do przeprowadzki, kiedy przyszło pismo z kancelarii wynajętej przez byłą żonę mężczyzny, od którego kupili lokal. Kobieta twierdziła w nim, że jest...współwłaścicielką mieszkania. - Żądała unieważnienia aktu notarialnego – mówi pani Justyna. Nie ukrywa, że oboje z mężem byli w szoku. - Nie spodziewaliśmy się, że krótko po tym liście, sąd rzeczywiście unieważni akt notarialny, a my zamiast w wymarzonym mieszkaniu, zamieszkamy w studenckim akademiku – wspomina kobieta.

Wszystkiemu winno jedno pismo

Jak mogło do tego dojść? Zdaniem Andrzeja Majewskiego, adwokata z krakowskiej kancelarii prawnej Consilium et Prudentia, który prowadzi sprawę Mazurów, winny jest notariusz. - Podstawą do unieważnienia aktu notarialnego było jedno pismo – sądowe postanowienie o podziale majątku po rozwodzie Krzysztofa Bzdęgi – mówi mecenas. Tłumaczy: - Okazało się, że pismo nie zdążyło się uprawomocnić. Notariusz tego nie sprawdził – uważa Majewski. Nie ukrywa, że takie zachowanie mocno uderza w zaufanie do zawodu notariusza. Zaznacza, że już w 2014 roku zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez Adriana Podsiadło zostało złożone do Sądu Apelacyjnego w Katowicach oraz Ministra Sprawiedliwości. Skarga trafiła również do Rady Izby Notarialnej w Katowicach.

Za koszty spraw sądowych byłby już samochód

Mazurowie do dziś nie odzyskali ani mieszkania ani pieniędzy. Kiedy akademik okazał się za drogi, przeprowadzili się do matku pani Justyny. Pozwali już spółdzielnię, pośrednika nieruchomości i notariusza, ale prokuratura umorzyła wszystkie sprawy. Tę przeciwko dąbrowskiemu notariuszowi prowadzi sosnowiecki sąd. - Nie tracimy nadziei, choć koszty sądowe, które ponieśliśmy przekroczyły już 25 tys zł. Byłoby za to nie najgorsze auto – uważa Włodzimierz Mazur.

Przez kilka dni próbowaliśmy skontaktować się z Adrianem Podsiadło, notariuszem z Dąbrowy Górniczej. Jego wspólnik poinformował nas jednak, że do czasu prawomocnego wyroku sądowego, ten nie zamierza się w sprawie wypowiadać.

Czytaj więcej

 

 

Napisz do autora m.nykiel@silesion.pl
Zmiana kategorii na: Kultura