Komentarz

Ksiądz Brząkalik odpowiada Migalskiemu!

Kościół wespół z PiS urządza nam życie? Burza po tekście M. Migalskiego o zakazie handlu w niedzielę. Ks. Brząkalik o "zgrai", "odpieprzaniu" i "antykościelności".

Po zapowiedzi powrotu do sejmowych prac na projektem ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele, na nowo rozgorzała dyskusja nawet nie tyle wokół samego projektu, ile wokół prawa do wprowadzenia takiej regulacji. 

Rzecz jasna, jedni są oburącz za takim ograniczeniem, inni zdecydowanie przeciw. Ja należę do tych pierwszych, choć staram się rozumieć argumenty kwestionujących ten pomysł.

Czytaj koniecznie: Migalski: Odpieprzcie się od tego, co robimy w niedziele!

Do grupy tych, którzy głośno nawołują, żeby nie powiedzieć: krzyczą, by nie zakazywać handlu w niedziele, należy pan Marek Migalski, autor opublikowanego wczoraj na łamach Silesionu tekstu temuż właśnie poświęconemu. Nie pierwszy to raz pan Migalski zabiera głos i odnosi się do tej sprawy, choć zdaje mi się, że robi to coraz krzykliwiej.      

Przypominam sobie taki tekst w Rzeczpospolitej bodaj sprzed roku, do którego i ja się odnosiłem w jednym z moich radiowych felietonów. I, jak pamiętam, zaskoczyła mnie wówczas nadmiernie emocjonalna propaganda, a nawet demagogia, ze sporym ładunkiem antyzwiązkowym (w domyśle solidarnościowym). Po przeczytaniu zaś tekstu w Silesionie, moje zdumienie jest jeszcze większe, bo oprócz owej antyzwiązkowości, słychać w nim też wyraźną antyrządowość i antykościelność!

Naprawdę staram się zrozumieć inny punkt widzenia, inny pogląd, ale wolałbym, żeby jednak jego prezentacja obywała się bez, w moim odczuciu niepotrzebnych, niegrzeczności. I to, że ponoć radykalizują się nasze postawy, wcale mnie tu nie przekonuje. Zacznę, więc od końca.

Pisze pan Migalski tak: W tym sporze wszyscy, którzy cenią sobie wolność, winni stanąć w jednym szeregu przeciwko sojuszowi tronu i ołtarza, polityków i księży, związkowców i ideologów. Cała ta zgraja regulatorów i polepszaczy życia innych powinna się odpieprzyć od tego, co robimy w niedziele. Można nie lubić polityków, księży, związkowców i ideologów. Sam wobec rządzących, związkowców i księży, ze sobą włącznie, mam wiele zastrzeżeń, ale żeby zaraz nazywać ich zgrają, to chyba jednak przesada. Bo to mniej więcej to samo, co być bandą, bydłem czy gawiedzią. To doprawdy niepotrzebna niegrzeczność. Zaś co do zarzutu polepszaczy życia innych, to autor sam do tego grona też należy, obstając przy absolutnej dostępności handlu w niedziele.

Pan Migalski pisze też, że zaproponowane rozwiązanie jest zatem głęboko niesprawiedliwe, bowiem służy interesom jednej tylko grupy zawodowej. To podobny argument, jak we wspomnianym już tekście w Rzeczpospolitej. Zacytuję więc też samego siebie sprzed roku: jeśli więc społecznie doskwierającym byłoby faworyzowanie tej grupy zawodowej, to czemu akceptowana jest zgoda na faworyzowanie innych grup zawodowych? Mogę sobie wyobrazić, że w niedziele pracuje wymiar sprawiedliwości, jakże by to skróciło czas orzecznictwa, albo urzędnicy samorządowo – państwowi, jakże szybciej wydawane byłby stosowne decyzje, albo w sposób ciągły (nie tylko dyżurowo) lekarze i pielęgniarki, jakże by się skróciła dostępność do świadczeń medycznych. Wiem, wiem, to też jest demagogia, może nawet i po bandzie, ale argument, że ograniczenie handlu w niedziele byłoby faworyzowaniem jednej grupy społecznej jest po prostu nie do przyjęcia.

Czytam w tekście i takie zdanie: Nie traktujcie dorosłych ludzi jak małych dzieci, którym trzeba regulować cały świat. Rozumiem je, jako powtórzenie myśli takiej sprzed roku, że byłoby to wtrącanie się państwa w życie rodzinne dorosłych. I znów zacytuje siebie: jeśli dobrze rozumiem, państwo nie ma prawa ingerować, kiedy rodzina ma robić zakupy, ale ma prawo ingerować w dużo poważniejszą sprawę, od kiedy np. dziecko ma rozpocząć naukę? Arbitralnie decydując, raz 6, potem 7 lat, decyzje rodziców ograniczając niemal do zera. Z jednej strony państwo nie ma prawa wtrącać się w życie rodzinne dorosłych, choć w tym kontekście słowo wtrącać użyte jest chyba jednak z przesadą, a z drugiej namawiamy siebie nawzajem, żebyśmy mieli odwagę wtrącić się w życie rodzinne dorosłych, kiedy zauważymy niepokojące zachowania. I bywa, że mamy potem pretensje do siebie nawzajem i do państwa, czemu się nie wtrąciło, a przecież powinno było.

Tak zaś postawiona teza, że kwestia wolnych niedziel nie jest zatem tylko dyskusją ekonomiczną nad modelem naszego ładu gospodarczego, ale jest przyczynkiem do debaty o tym, czym jest wolność, jaki ma być ustrój naszego państwa, na ile pozwolimy władzy decydować o naszych prywatnych sprawach, gdzie wyznaczymy granice ingerencji polityków w nasze życie - jest dla mnie swoistym wulkanicznym wypiętrzeniem. I to nawet nie byłoby najgorsze. Czytam w niej bowiem taką logikę, a może już i filozofię absolutyzacji, żeby nie powiedzieć, że wręcz deizacji pojęcia wolności.

I już na koniec dwie krótkie myśli. Kościół jest za ograniczeniem handlu w niedzielę, tak samo, jak był za wolnymi od pracy niedzielami w czasach słusznie minionych i wcale nie z powodu nadziei na większą liczbę uczestniczących we Mszy Świętej. Kościół naprawdę nie jest naiwny. Takiego przełożenia po prostu nie ma. Zwrócę tylko uwagę, że możliwość skorzystania ze Mszy Świętej w sobotę wieczorem, w zastępstwie mszy niedzielnej, wcale nie zwiększyła frekwencji na niedzielnej Mszy Świętej.

Na początku swojego teksu autor, poza tym, że wymienia górników i hutników, mówi, że dziennikarze, pielęgniarki, lekarze, salowe, policjanci, strażacy, ochroniarze, kolejarze, kierowcy autobusów i taksówek, wykładowcy akademiccy (…) muszą, co jakiś czas zapieprzać w niedzielę do roboty. Pisząc, że oni zapieprzają do roboty trochę wartość ich pracy przy okazji pomniejsza. Ale nie o tym chciałem. Te akurat wspomniane grupy zawodowe są dobrym przyczynkiem do przypomnienia o istnieniu nie tylko w etyce, ale i w ekonomii i socjologii pojęcia pracy koniecznej i niekoniecznej. Ale to już na zupełnie inną okazję...

Czytaj więcej

Zmiana kategorii na: Polityka