Czytasz: Kluski śląskie i żyrafy ze złota

Kluski śląskie i żyrafy ze złota

To męski zawód i ciężka fizycznie praca. Ale powstaje biżuteria, która będzie przechodzić z pokolenia na pokolenie. No i jest śląska – mówi Katarzyna Hetman, która jest złotnikiem.

Przygodę ze złotnictwem zaczęła późno, bo pięć lat temu. Ale już w liceum interesowało ją, jak się robi biżuterię. Katarzyna Hetman urodziła się w Katowicach, kiedyś mieszkała w Wojkowicach, a dziś w Sosnowcu. Została złotnikiem, a od niedawna robi śląską biżuterię.

- Biżuterię kolekcjonuję, bo interesuje mnie jak jest skonstruowana. Mam na tym punkcie bzika. Zawsze muszę coś kupić gdy jestem na targu staroci – mówi Hetman.

"Złotnictwo to chemia i w ogóle niezdrowo"

Do liceum złotniczego nie poszła, bo za późno się zdecydowała. - Potem rodzina naciskała, żebym podjęła studia tak jak moi rówieśnicy. Że złotnictwo to same chemikalia i stracę zdrowie. Pod wpływem rodziców poszłam na studia na slawistykę. Ale skończone studia i praca za biurkiem nie dawała mi satysfakcji, czegoś brakowało - dodaje. Wtedy stwierdziła, że zrobi to, co od zawsze ją interesuje. Potem były kursy i szukanie sposobu na to, by nauczyć się zawodu. - Wiadomo, że najlepiej zrobić to w zakładzie złotniczym. Ale mimo wszystko jest to zawód zamknięty, prowadzony przez rodziny czasem od wielu pokoleń. Nie było łatwo – mówi Katarzyna.

Zawodu nauczył pan Edmund

Wtedy przypadkiem poznała pana Edmunda, który jest złotnikiem. Ma ponad 70 lat i hobbystycznie robi biżuterię, wcześniej tworzył łańcuchy dla sędziów. Zaczął ją uczyć zawodu, bo nie ma nikogo, komu mógłby przekazać swoje umiejętności. Pan Edmund ma wielką wiedzę i się nią podzielił.

- Mówię, że to mój drugi dziadek, który w dodatku jest złotnikiem – przyznaje Hetman.

To męski zawód

Skończyła kurs, potem przez trzy lata pracowała w zakładzie złotniczym, a od dwóch lat jest już czeladnikiem. Mówi Katarzyna: - To męski zawód, fizycznie ciężka praca, czasami brakuje siły na obróbkę metalu, ukształtowanie blachy czy drutu, ale my - złotniczki - dajemy sobie radę! Trudny jest sam proces, bo trzeba stopić materiał, odlać go i wykręcić duży element dłońmi.

Katarzyna topi palnikiem, blachę walcuje by była cienka. Pracuje ze złotem, srebrem, miedzią, mosiądzem, metalami szlachetnymi. Praca wymaga cierpliwości, precyzji, a ona – jak sama przyznaje – jest pedantką. Kasia robiła zlecenia dla innych sklepów, a od roku prowadzi własną działalność.

Kielichy w uszach

Do tej pory powstały dwie kolekcje. Zrobiła biżuterię minimalistyczną i ze śląskimi symbolami. Są kolczyki kluski śląskie, dworcowe kielichy i wagonik z węglem, w kształcie Spodka i Żyrafy, która stoi przed Parkiem Śląskim. Jest też naszyjnik przypominający hałdę Szarlotę. - Żyrafę znam od dziecka, gdyby jej nie było, Park nie byłby taki sam. Podobnie jak kielichy, do których mam wielki sentyment. Nie ma tu morza, tylko architektura, która czasem jest brutalna, ale to buduje klimat tego miejsca. I ludzie chcą mieć te elementy wokół siebie i przy sobie – mówi Hetman.

Śląskich gadżetów jest już sporo. To koszulki ze śląskimi słowami czy kolczyki z węgla. Ale Kasia nie chciała robić tego, co już powstało. Bała się też, żeby nie wpaść w pułapkę suwenirów rodem z Krupówek. Wymyśliła coś swojego. W lipcu poszerzy kolekcję o bransoletki i pierścionki. Planuje też biżuterię ślubną z motywami śląskimi.

- Chcę robić ozdoby, bo mam świadomość, że powstaje coś, co zostanie na zawsze, nie ulegnie straceniu i przejdzie z pokolenia na pokolenie – mówi Hetman.

Czytaj więcej