Relacja

Jak posłowie robią w konia zwykłych ludzi. Opowieść bez happy endu

Bezczelność wybrańców narodu tym razem sięgnęła - jak mawiała moja nauczycielka geografii - „szczytów apogeum”.

Ulubieńcy suwerena w swej łaskawości uznali, że państwo przestanie łupić tych co zarabiają najmniej i całe 6600 będą mieli wolne od podatku. Nie ostygły jeszcze karty do głosowania, kiedy ktoś przytomnie zauważył, że sami posłowie, choć zarabiają niezgorzej, tę samą kwotę mają już ustawioną na poziomie 27 tysięcy!

Czy im się to należy czy nie, to osobna kwestia. Nie chce mi się toczyć jałowych sporów o to, jak ciężko pracuje poseł i czy kilkanaście tysięcy na rękę plus kasa na biuro, podróże i inne wydatki, to dużo czy mało. Dość w 20 letnim zawodowym życiu widziałem polityków-pijaków, leni i oszustów, by się teraz użalać że mało zarabiają. Widziałem też takich, którzy zasuwali za trzech, po 14 godzin dziennie i powinni zarabiać więcej. Gwoli sprawiedliwości - tych drugich wydatnie mniej.

Zdumiało mnie i wkurzyło co innego. Otóż nagle stworzył się ponadpartyjny front obrony poselskich wypłat, który jak czołgi pod Stalingradem ruszył na odsiecz poselskim przywilejom.

I wtedy sobie pomyślałem, że to jednak wyjątkowe miejsce, ten sejm. Bo po tylu rzuconych ludziom jak psu ochłap obietnicach, trzeba mieć furę bezczelności i dwie tupetu żeby tak gorliwie bronić tego, czego obronić się nie da.


Po kolei - 8 tysięcy kwoty wolnej latało w kampanii PiS jak mucha w latarce. Kandydat Duda, przyszła premier Szydło - wszyscy 8 tysiącami okraszali każdy wiec w kampanii, wzbudzając radość i entuzjazm chętnie słuchającej publiki. A jakaż radość nastała, kiedy Pan przyszły Prezydent machał rękami mówiąc, że się budżet od tego nie zawali!


Przyszły wybory, ludzie głos oddali, a wokół podatków zapadła cisza. Aż tu nagle, dwa dni przed ostatnim możliwym terminem, bach! Jest. Ale 6600, nie 8000. Bo? Bo tak. Tak wyszły wyliczenia. Jak łyknie to elektorat drużyny Naczelnika? - to dopiero pokażą badania. Ale skromny uśmiech prezydenta połączony z prostym: jest czas kampanii i pragmatyka rządzenia, był więcej niż symboliczny.

Żeby sobie nie pomyślał ktoś, że tylko PiS winny, warto przypomnieć jakie cuda obiecywała narodowi Platforma! Ileż to zapewnień było, że tanie państwo, 3 x 15 procent podatku i połowa senatu won na ulice. Jak przyszło co do czego, PO skuliła ogon, zaczęła przebąkiwać, że Izba Zadumy i Refleksji nie jest taka zła, a refrenik o „pragmatyce rządzenia” chodził we wszystkich telewizjach jak Zenek Martyniuk w Polo TV.

Co bardziej doświadczeni nie mają oczywiście złudzeń, że kasa i przywileje są jak narkotyk, a polityk na głodzie może być groźny. Albo zatem nie chodzą na wybory w ogóle, albo głosują na nowych. Ci najczęściej okazują się jeszcze bardziej pazerni, bo jak się dorwało do władzy to najpierw się trzeba nachapać. Kiedy do Sejmu przebojem wdarła się Samoobrona, grupa Leppera pokazała nową jakość „władzy”. W tym przypadku „dobra zmiana” (której architektem był nie kto inny jak Jarosław Kaczyński) oznaczała praktyczną realizację hasła „teraz kur… my”. Skończyło się aferami, CBA i prokuratorem.

Zaskakujące jest w tej sytuacji milczenie Kukiz’15. To oni szli bowiem do wyborów pod hasłem oderwania polityków od koryta. Tym razem, jakby dla przyzwoitości, tu i tam padły jakieś słowa oburzenia. Ale specjalnej demonstracji nie było, choć to właśnie ta ekipa powinna się drzeć w niebogłosy że taka niesprawiedliwość to świństwo.

Jakoś tak smutno się zrobiło po tej akcji obronnej. Nikogo, kto powiedziałby: Panowie, nie uchodzi… Nawet komediowo przekorna tyrada posła Cymańskiego, pełna dowodów jak ciężko pracuje klasa polityczna, ani nie rozbawiła, ani nie dała dystansu. Kolejny raz okazało się, że porozumienie ponad podziałami to nie mit. Ono jest, działa, czasem cicho, czasem w podziemiu. Ale kiedy przychodzi naprawdę solidne zagrożenie - eksploduje. Jak granat w szambie. Wszyscy zbryzgani.

Czytaj więcej

Napisz do autora k.durczok@silesion.pl
Zmiana kategorii na: Długi weekend