Czytasz: Gwiazdka z nieba
Na blacie byfyja, oparta o metalowy, tu i ówdzie już przyrdzewiały chlebownik stoi stajenka; nie taka wypasiona za dziesięć złotych, ale taka wycięta ze starej gazety – wigilijna opowieść dramatopisarza Ingmara Villqista.

Skąd się tam wzięła? Nie wiem. Po prostu leciała sobie i opadała wolno kołysana zimnym wiatrem. Taka drobinka, właściwie takie nic, nie dojrzelibyście jej gołym okiem; szybowała sobie nad moim miastem samiusieńka; przemarznięta, spojrzała w górę, a tam czarno aż strach, spojrzała w dół, ujrzała miliony światełek; gdzieś tam trzeba będzie wylądować – ale gdzie?

Trochę kręciło jej się w głowie, bo wysoko, a ona taka maleńka.

Wiatr tego wieczora swawolił jak rzadko; unosiła się, opadała, leciała w dół na łeb na szyję i znów w górę; zerkała zazdrośnie na te prawdziwe gwiazdy, mrugające sennie i zazdrościła im, że spokojnie sobie wiszą. Zadumała się śniegowa gwiazdka; no, bo jak to właściwie jest? Wszystkie inne gwiazdki lecą razem, wpadają na siebie, koziołkują, rozpychają się w tumanie, w wirach, pozlepiane, że nie odróżnisz jednej od drugiej, nurkują w dół, że tylko wiatr świszczy im u szach. A nasza gwiazdka sama. Jakaś taka markotna, rozgląda się w lewo, w prawo, ale co tu dumać - ziemia coraz bliżej, więc wypatruje, gdzie by tu wylądować, bo przecież wie, że każda śniegowa gwiazdka prędzej czy później gdzieś opaść musi.

Powiał nagle wiatr, dmuchnęło, świsnęło, zachybotało naszą gwiazdką i pchnęło ją w dół, aż jej o czach pociemniało; ledwo wyhamowała tuż nad samym rynkiem, nad tramwajowymi torami… Już miała lądować, nawet nogi podciągnęła, aż tu rumor, huk, bo tramwaj minął ją o centymetry, zawirowało powietrze, poderwało w górę gwiazdkę, obróciło dwa razy; leci teraz wzdłuż tramwaju; zagląda ciekawie do środka, ale tam pusto, tylko na siedzisku tuż za motorniczym siedzi skulona postać i obejmuje kurczowo choinkę. Zdąży ów jegomość dowieźć choinkę do domu tego wieczora? Nie za późno na takie eskapady? Oby zdążył.

Na przystanku przed dworcem wyhamowała nasza gwiazdka i podleciała przed wielkie obrotowe drzwi, a tu ciepłe powietrze wessało ją do środka. Leci teraz gwiazdka wzdłuż wielkich, przeszklonych witryn, patrzy z rozdziawioną buzią na kapiące od złotych różności wystawy, zbiła się pod sufit, płynie nad ruchomymi schodami, wzdłuż kas biletowych, niewielu już o tej porze podróżnych, spieszą się, zamyśleni, milczący. Zmartwiła się gwiazdka; jak teraz spadnie na posadzkę, to ją rozdepczą i na co ta cała wyprawa i nocne nad miastem szybowanie? Poleciała w przeciągach mroźnych nasza gwiazdka na perony, ale i tu już pusto; zimno, cicho. Zaklekotał pociąg, rozsunęły się drzwi, wessało ją do środka, jedzie i kolebie się pod sufitem; umknęła z pociągu jak tylko drzwi się otwarły na najbliższej stacji.

Leci teraz nad dzielnicą przyklejoną do przystanku kolejowego. Leci nad środkiem wąskiej ulicy, patrzy w okna domów po obu stronach. Ciemne domy, z czerwonej cegły; lampy tu i ówdzie, ale i tak mrok, tylko w oknach jasno; patrzy gwiazdka na starych, młodych, dzieci.

Stoją w oknach z nosami przy wypucowanych szybach i patrzą w górę . Dziwny ten kwartał czerwono burych domów; że takie jeszcze są. Szybuje gwiazdka nad dachami, podwórkami – i co dalej? Może usiąść sobie na jakim psim grzbiecie i choć trochę jeszcze pogalopować ciemnymi zaułkami.

Podwiało gwiazdkę, przekręciło na plecy, wydmuchało w górę; zatrzymała się naprzeciw okna, jedynego w ślepej, czarnej ścianie familoka, tuż przy kolejowym nasypie. Przykleiła się do szyby i patrzy; kuchnia z byfyjem, ale dobrze nie widać, bo półmrok, a wszystko zagracone, pewnie, żeby samotności jeszcze więcej nie wpuszczać. Przy stole staruszek, mały, chudy, w spodniach od piżamy, ale w białej koszuli, w okularach w oprawie z żółtego plastiku, kroi chleb, kruszy na talerzyk, otwiera okno – wciągnęło naszą gwiazdkę do środka, staruszek rzuca okruszki na parapet, zatrzaskuje okno, bo mróz. Rozgląda się gwiazdka po kuchni, krąży wokoło żarówki nad żeliwnym zlewem, smutno tu i samotnie. A choinka gdzie? Nie ma choinki. W taki dzień? Ale zaraz, zaraz… Na blacie byfyja, oparta o metalowy, tu i ówdzie już przyrdzewiały chlebownik stoi stajenka; nie taka wypasiona za dziesięć złotych, ale taka wycięta ze starej gazety, trochę już pożółkła, kolory wyblakłe. Staruszek opiera się o blat stołu podchodzi do okna, wypatruje, z kuchenki elektrycznej zdejmuje garnek z barszczem, nalewa do talerza, siada, łamie opłatek, coś mówi, patrzy na stajenkę; zwraca twarz do okna… zakrztusił się nagle, czy co? Dłońmi twarz zakrywa… Zanurza łyżkę w talerzu z barszczem.

Musi być dziś bardzo smutno temu staruszkowi, myśli gwiazdka, i hyc spłynęła spod żarówki nad zlewem prosto na stajenkę wyciętą dawno temu z gazety. Wiele się nie zastanawiała i usiadła sobie nad głową małego golasa wierzgającego w sianku. Tak to się szybko stało, że nikt by tego nie zauważył. Staruszek siorbał barszcz, pokaszliwał, wzdychał, a nasza gwiazdka jak już rozsiadła się w stajence, pomyślała sobie, że jak już tu jestem, to zaświecę, a co?

I tak zrobiła; w mgnieniu oka zajaśniała blaskiem niezwykłym, choć taka maleńka była. Odwrócił się staruszek od okna, patrzy na stajenkę, na gwiazdkę i oczom nie wierzy, okulary przeciera, przysunął się do byfyja, oparł ramiona o blat; patrzy na stajenkę, gwiazdkę co migocze świetliście, to i spłakał się ja bóbr. Poszurał w wytartych kapciach do lodówki po kawałek karpia, a nasza gwiazdka świeciła mu jak umiała najpiękniej do końca Wigilii, przez całe święta i jeszcze długo po Nowym Roku.

Czytaj więcej