Czas wolny

Gramy w śląskie gry. Kto się przyłączy?

Biksa, klipa, flopertki. Przypominamy tradycyjne śląskie gry.

Der die das, kogut kury pasł.

Wpadłaby bomba do piwnicy, napisała na tablicy, raz dwa trzy, gonisz ty.

Na hasioku siedzi wrona, ale nie ma już ogona.

W katowickiej kamienicy przy Placu Wyzwolenia 13 mieszkało kiedyś 49 osób. Śmiech 23 dzieci wypełniał plac przed budynkiem. To na tym placu toczyło się życie. Było ciasno, bo tyle ludzi spędzało czas przed domem.

Robiliśmy deskorolki, narty i huśtawki

Henryk Psota, który na Nikiszowcu mieszka od 72 lat, wspomina czasy, kiedy był dzieckiem. - Graliśmy w gry, których dziś już prawie nikt nie zna – opowiada pan Henryk. - Robiliśmy deskorolki na masową produkcję. Narty bednorki też robiliśmy, ale zimą. Do sklepu spożywczego masło przychodziło w beczkach. Pani zostawiała nam klepki. Braliśmy je do łaźni, kładliśmy na nie ciężar i laliśmy gorącą wodą, żeby się wyprostowały. Potem zabieraliśmy je do pralni i moczyliśmy szpice w gorącej wodzie, a następnie wyginaliśmy je na kaloryferze. Z zakładu rymarskiego zbieraliśmy ścinki skórzane i przywiązywaliśmy nimi deski do stóp. Jeździliśmy na bany kolejowe, nasypy, albo na górkę. I zawsze robiliśmy zawody. Nie jeździliśmy jedynie dla zabawy, tylko rywalizowaliśmy o to, kto najdalej dojedzie. A dla małych robiliśmy karytki, czyli deskę przypominającą tę do deskorolki, tylko, że można było na niej usiąść.

Z pasków parcianych tworzyliśmy huśtawki dzieciom i wiązaliśmy je do klopsztangi. Jednego roku zrobiliśmy ich aż kilkadziesiąt. Budowaliśmy też pistolety z drzewa, czyli rebuliki.

Wspólnie spędzaliśmy czas. Mieliśmy też swoje ulubione gry. We wszystkich się rywalizowało, chodziło o konkurencję, metry i czas.

W jakie graliśmy gry?

BIKSA, czyli puszka. Brało się cegłówkę, która, odkąd pamiętam, leżała na placu. Trzeba było wystawić nogę, a ktoś trzymał cegłówkę nad nogami. Kto się pierwszy wystraszył, zaczynał zabawę. Rzucał zgniecioną puszkę, a wtedy wszyscy uciekali. Najczęściej za kościół. Z puszką szukało się kolegów i koleżanek. Jeśli zauważyło się Basię, biegło się do ściany i mówiło „Raz, dwa, trzy, Basia”. I zaczynało się grę od nowa.

KEPKI. Piłkę wbijało się głową do bramki. Graliśmy w bramie, a w listopadzie zawsze były mistrzostwa.

BUCE. Każdy miał w domu garnki poniemieckich monet, które były duże i cienkie. To był pierwszy hazard. Rzucało się monetą o ścianę. Konkurent musiał się starać, by moneta doleciała jak najbliżej poprzedniczki. Palcami odmierzało się odległości, były różne miarki. Odmierzało się i w zależności od odległości, wypłacało pieniądze. 

KLIPA. Robiło się obcasem otwór w ziemi. Każdy zawodnik miał kij. Kijem podbijało się patyk i uderzało się w niego. Wygrywał ten, kto rzucił najdalej. To była sztuka, bo łatwo było podbić kij, ale trudniej w niego uderzyć w locie.

PIĄSTKI. Dziewczyny miały piłki i odbijały te piłki o ścianę 10 razy. Przekładały palce, potem odbijały główką i kolankiem. Najlepsze zawodniczki, wybierały sobie chłopców na pański stołeczek. Chłopcy składali ręce na krzyż i biegali z dziewczynami na rękach dookoła hasioka.

GOŁGI. Rzucało się piłkę i wołało imię gracza. Jeśli wywołany nie złapał piłki, klękał na kolanko, potem drugie, potem na pupę. Tak się grało w Gołgi.

PACIORKI. Grało się koralikami. Zawodnik, którego koralik jako pierwszy wpadł do dołka, zbierał koraliki leżące po drodze. Chłopcy mieli swoją wersję tej gry. Kupowało się szklane kolorowe kulki. Robiło się linię, dołek i rzucało dwiema rękami. Ten, który pierwszy trafił do dołka, zbierał z trasy pozostałe kulki.

WETKA. To futbol na puste brami. Wygrywał ten, kto pierwszy trafił gola.

FLOPERTKA. Pukawką strzelało się do puszki. Taką, jaką można kupić na odpustach, tyle, że korek nie był przywiązany i można było go wystrzelić.

KARBIT BIKSA. W puszce po lakierze zabijało się dekiel, robiło się gwoździem dziurkę, wsadzało karbid, pluło się do środka i podpalało zapałką. Huk był niesamowity, a wygrywał ten, którego nakrętka poleciała najdalej.

AUSDRUKI. To była gra na niepogodę. Stawało się w kółku, mówiło się jeden wyraz. Kolejny zawodnik musiał podać słowo na ostatnią literę poprzedniego. Ale my graliśmy gwarą.

SZKLONKA. Na murku albo hasioku kładło się kieliszek z wodą. Na niego stawiało się szklankę i wiązało się ręce zawodnikowi. I bez użycia rąk trzeba było przenieść szklankę, wypić wodę z kieliszka i w to samo miejsce odłożyć szklankę. Piękna gra!

Czytaj więcej

Napisz do autora k.glowacka@silesion.pl
Zmiana kategorii na: Zdrowie