Czytasz: Gorzelik nie będzie płakał po Częstochowie

Gorzelik nie będzie płakał po Częstochowie

Nie będę płakał po Częstochowie. Kibicuję zwolennikom jej administracyjnej niezależności od górnośląskiego sąsiada – pisze Jerzy Gorzelik, przewodniczący RAŚ.

 

„Nie możemy pozwolić, by Ślązacy się połączyli” – poseł Marian Piłka ze Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego nie owijał w bawełnę, uzasadniając w roku 1998 na forum klubu poselskiego Akcji Wyborczej Solidarność swój sprzeciw wobec utworzenia jednego województwa górnośląskiego.

Upiory „landyzacji”

Głos ten trafił na podatny grunt. Wsparły go Porozumienie Centrum braci Kaczyńskich, straszące wizją „landyzacji” państwa (cokolwiek miałoby to oznaczać), a koniunkturalnie także opolska mniejszość niemiecka (dla której akurat „landyzacja” powinna brzmieć miło). Działacze Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Niemców wyszli z założenia, że utrzymanie rachitycznego województwa opolskiego zagwarantuje im rolę języczka u wagi w regionalnym samorządzie.

Po kilkunastu latach widać jasno jak srodze pomylili się w swoich rachubach. Na ich politycznym geszefciarstwie korzysta dziś PiS, bezwzględnie realizujący swą wizję państwa, jako centralnie zarządzanej bizantyńskiej satrapii. Mniejszość niemiecka przekonała się o tym boleśnie, kiedy rząd wbrew wynikom konsultacji społecznych zdecydował o włączeniu do Opola najbogatszych sołectw, wykrojonych z rządzonych przez nią okolicznych gmin.

Konsekwencje lichej reformy administracyjno-samorządowej ekipy Jerzego Buzka ponosimy dziś wszyscy. Silne regiony, oparte nie tylko na funkcjonalnych związkach, ale także kulturowej spójności, obdarzone gwarantowanymi konstytucyjnie szerokimi kompetencjami i źródłami finansowania, stanowiłyby zaporę przed skupieniem realnej władzy w jednych rękach. Takie jednak nie powstały, zwyciężyły bowiem postrzeganie silnych regionalnych tożsamości jako zagrożenie dla państwa i przyziemne interesy partyjnych elit, przyzwyczajonych do prowadzenia swych gier na jednej szachownicy. Finansowo słabe wojewódzkie samorządy nie zostały nawet zakotwiczone w przepisach konstytucji i zdane są na łaskę władz centralnych. Groteskowo brzmią dziś deklaracje opozycji, w poważnym stopniu odpowiedzialnej za lichość polskiej samorządności, o niezłomnej woli jej obrony w obecnym kształcie. Pełzająca rewolucja „dobrej zmiany” ostatecznie dowiodła kruchości funkcjonującego dotąd systemu.

Częstochowskie niczym Łazarz?

Podejmowane w ostatnim czasie próby wskrzeszenia województwa częstochowskiego postrzegać należy w szerszym kontekście dokonującej się na naszych oczach rozprawy z samorządem. Podkreślić trzeba przy tym, że zastrzeżenia wobec efektów reformy z lat 1998-1999 są fundamentalne i uzasadnione. Województwo nazwane śląskim, choć składa się w połowie z ziem małopolskich, których mieszkańców nikt nie pytał o wolę współtworzenia administracyjnej wspólnoty ze śląskimi sąsiadami, jest jednym z jej licznych paradoksów. Neutralizacja silnych tożsamości przez roztopienie ich w większych społecznościach, pozbawionych wspólnej kulturowej i historycznej świadomości, to zabieg stosowany od wieków. Interesy górnośląskich regionalistów i zwolenników secesji Częstochowy są zatem po części zbieżne. Tylko po części, bowiem szereg pomysłów podnoszonych pod Jasną Górą uznać przyjdzie za nieszczęśliwe. I to właśnie te koncepcje, a nie idea samostanowienia częstochowian, stały się przedmiotem krytyki na forum sejmiku województwa śląskiego w ubiegłym roku.

Radni wojewódzcy Ruchu Autonomii Śląska, wpływając na treść przyjętej wówczas uchwały, podkreślali konieczność przeprowadzenia korekty podziału administracyjnego. W efekcie rezolucja w obronie integralności województwa śląskiego stała się apelem o racjonalną reformę jego granic. Racjonalną, czyli uwzględniającą wolę zainteresowanych oraz kwestię jakości życia mieszkańców. W wewnętrzną sprzeczność popadają ci zwolennicy odtworzenia województwa częstochowskiego, którzy z jednej strony odwołują się (słusznie) do woli częstochowian, z drugiej zaś w granicach nowego tworu widzą śląskie powiaty oleski i lubliniecki, gdzie żywe jest wciąż gorzkie wspomnienie „częstochowskiej niewoli” z lat 1975-1998 i sama myśl o możliwości recydywy wywołuje zimne dreszcze. Za nierozsądne wypada uznać też postulaty dokonania reformy przed zakończeniem obecnej perspektywy finansowej Unii Europejskiej w roku 2020. Konieczność zmiany Regionalnych Programów Operacyjnych, zwłaszcza zaś stworzenia na poziomie nowego województwa odpowiedniego aparatu biurokratycznego, utrudniłaby wykorzystanie unijnych pieniędzy. Ryzyko można by zminimalizować decydując się na zabieg znacznie prostszy niż powoływanie nowej jednostki administracyjnej – włączenie obecnego subregionu północnego województwa śląskiego do najbliższego (nie tylko geograficznie) sąsiada. Koszty stałe utrzymania administracji samorządowej na szczeblu regionalnym są podobne bez względu na wielkość województwa, zatem z punktu widzenia rentowności od tworzenia niewielkiego częstochowskiego korzystniejsze jest powiększenie istniejącego już świętokrzyskiego. Czy jednak to zaspokoiłoby ambicje lokalnych działaczy, wzdychających nostalgicznie za jednym z 49 gierkowskich województw?

Korzyść przez przypadek?

Zasadnicze pytanie brzmi: czy w warunkach „dobrej zmiany” możliwa jest korzystna dla obywateli, w tym dla Górnoślązaków, reforma administracyjno-samorządowa? Odpowiedź brzmi: nie. Nie można wykluczyć korzyści, stanowiących uboczny, niezamierzony efekt działań obecnej władzy, jednak bilans wypaść musi negatywnie. Jarosław Kaczyński reprezentuje bowiem polityczną filozofię, która z zasady wroga jest samorządności i różnorodności. Odgórne majstrowanie przy granicach Opola, przejęcie przez Warszawę kontroli nad Wojewódzkimi Funduszami Ochrony Środowiska, pozbawienie samorządów wojewódzkich realnego wpływu na programy rozwoju infrastruktury sportowej to symptomy centralistycznej paranoi, obecnej od dawna w myśleniu prezesa PiS. Znajdzie ona zapewne wyraz także w szykowanej właśnie nowej ordynacji wyborczej do samorządów.

„Dobra zmiana” ma jednak szansę odegrać – wbrew sobie – pożyteczną rolę w rozwoju polskiej samorządności. To bolesna lekcja dla tych, którzy przez lata zadawalali się półśrodkami i ćwierćreformami, a teraz stoją bezradni wobec ofensywy zdeterminowanego PiS. Jak mówi stara mądrość, błędy popełnia każdy, tylko głupiec je powtarza. Kiedy splajtują idee przeżywające dziś swój zapewne ostatni renesans, staniemy przed możliwością realizacji programu Rzeczypospolitej Samorządnej. By kolejna reforma nie dokonała się ponad nami czy obok nas, winniśmy w górnośląskich środowiskach przezwyciężyć własne słabości – partykularyzm mniejszości niemieckiej, broniącej „swego opolskiego”, bojaźliwość Związku Górnośląskiego, pełnego obaw przed stanowczym upominaniem się o regionalne interesy, czy doktrynerstwo RAŚ, zapominającego nierzadko o potrzebie wyjaśniania korzyści płynących z postulowanej autonomii dla przeciętnego obywatela. Potrzebna jest również otwartość na aspiracje tych mieszkańców małopolskich terenów województwa śląskiego, którzy czują się w nim jak sublokatorzy. Zakończenie związku, odbieranego nieraz przez obie strony jako toksyczny, może stanowić punkt wyjścia do ułożenia dobrosąsiedzkich stosunków. A wspólnota regionalna, którą łączy coś więcej niż doraźny interes, zdolna jest lepiej definiować cele i skuteczniej dążyć do ich realizacji.

Nie będę płakał po Częstochowie. Kibicuję zwolennikom jej administracyjnej niezależności od górnośląskiego sąsiada. Zmianę wojewódzkich granic postrzegam jednak jako pożądany element gruntownej przebudowy państwa i samorządu, nie zaś jako zaspokojenie tęsknoty za stołecznością w ramach karłowatych tworów gierkowskiej reformy z roku 1975. Nas – górnośląskich regionalistów – oraz naszych małopolskich sąsiadów, zabiegających o poszanowanie swej odrębności i swoich interesów, łączy troska o miejsca, w których żyjemy. Skupienie na konkrecie, który wiąże się z tym, co lokalne i regionalne. To dobry fundament dialogu.

Jerzy Gorzelik, przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska

Czytaj więcej