Czytasz: Górnicy zostaną na dole? Wstrzymano akcję ratowniczą

Górnicy zostaną na dole? Wstrzymano akcję ratowniczą

Dyrekcja kopalni w Karwinie podjęła dramatyczną decyzję.

Tuż przy polskiej granicy dochodzi do kolejnej tragedii rodzin górników. Po informacji o katastrofie przychodzi kolejna, jeszcze bardziej dramatyczna. Dyrekcja kopalni w Karwinie uznała, że nie uda się nikogo uratować. Ratownicy górniczy zamiast iść po swoich kolegów, budują tamy odgradzające zawaloną część kopalni.

- Podstawą ratownika górniczego zawsze było iść po górnika niezależnie od tego czy żyje czy nie żyje - mówi Jerzy Markowski, były wiceminister gospodarki i ratownik górniczy.

Do Karwiny jeszcze w nocy wyjechali ratownicy górniczy z Bytomia. Na miejscu dołączyli do czeskiej brygady. Ciało jednego górnika zostało wydobyte na powierzchnię. Reszta  zostanie pod ziemią. W kopalni szaleje pożar. Do chodnika ma zostać wpompowany ciekły azot, który ma pozwolić na obniżenie temperatury pod ziemią. Jerzy Markowski obawia się, że tama może zostać tam przez 20 lat.

Markowski przypomina zapomnianą śląską tradycję. Kiedy górników nie udawało się wydobyć z zawaliska, na powierzchni stawiane były krzyże. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat tych krzyży nie przybywało. 

- Nie dzieje się tak z powodu zapomnienia tej tradycji, ale dlatego, że u nas ratownicy zawsze idą po górnika - dodaje Markowski.

Jak przyznaje Ivo Czelechovsky, rzecznik spółki Kopalnie Ostrawsko-Karwińskie, do tragedii doszło o godzinie 17:16. W Karwinie doszło do wybuchu metanu. Na głębokości 800 metrów pracowało 23 górników. 22 z nich to Polacy. Nie żyje trzynastu górników, dwunastu z nich to Polacy. Wysokie stężenie metanu uniemożliwia prowadzenie akcji ratowniczej. Wśród ofiar prawdopodobnie są górnicy z Jastrzębia i Wodzisławia Śląskiego.  Wczorajszy wypadek to jedna z największych tragedii górniczych w tej kopalni. Trzy lata temu, także w wybuchu metanu, zginęło dwóch górników, a trzech zostało rannych.

Czytaj więcej