Czytasz: Wojciechu, Platformo! Nie idźcie tą drogą

Wojciechu, Platformo! Nie idźcie tą drogą

Platforma nie może jeszcze wyjść z zachwytu nad tym, że udało się jej pozyskać na listy profesora Tadeusza Sławka. Fajnie. Ale czas na ofertę dla mniej zaintersowanych poezją.

Kampania Rafała Trzaskowskiego, walczącego o prezydenturę Warszawy, powinna być jak syrena alarmowa dla śląskiej Platformy. Jeśli ktoś u nas serio myśli o rozłożeniu PiS na łopatki, powinien pilnie obserwować, co dzieje się w stolicy. A potem robić dokładnie odwrotnie.

Poza Warszawą i turbulentnym Wrocławiem, walka o duże miasta jeszcze się nie zaczęła. Dla Koalicji Obywatelskiej (czyli PO i Nowoczesnej), to dobrze. Może się przyjrzeć, przeanalizować a potem wyciągnąć wnioski z najbardziej amatorskiej i nieprzemyślanej batalii od czasu telewizyjnej reklamy prusakolepu. 

Kampania Trzaskowskiego wygląda, jakby ją realizowało trzech kumpli Rafała. Wpadają od czasu do czasu do garażu, otwierają browca i kombinują, co by tu jeszcze spieprzyć. Nie ma spójnego przekazu, nie ma długofalowej strategii, nie ma jasnych komunikatów. Jest chaos, amatorszczyzna i nieprzygotowanie kandydata. I żeby była jasność - w najmniejszym stopniu jest to wina Trzaskowskiego. Żaden kandydat na świecie nie ma w głowie wszystkich liczb, danych, cyferek, nazwisk i dat. Ale każdy poważny lider ma sztab. A w nim ludzi, główkujących całą dobę, co jest na topie, jak dobrać przekaz, gdzie się pokazać, jakim pytaniem nie dać zaskoczyć, jak pognębić rywala i jak nadawać ton. Trzaskowski miota się między atakami PiS, nieudolnością zaplecza i kłodami rzucanymi przez (rządzony przez partyjną koleżankę) Ratusz. Rzuca się z tematu na temat - emisja spalin, młode talenty, korki i nadwiślańskie bulwary. Zamiast wizji miasta jest chaos. Zamiast celów - koncert życzeń. A to wszystko przy zdumiewająco obojętnym spojrzeniu partyjnej centrali, chłodno obserwującej czy Trzaskowski się utopi czy też ewentualnie nie.  Grzegorz Schetyna, albo nie widzi samobójczego aspektu owego eksperymentu albo z sobie tylko znanych powodów zostawia kandydata PO na lodzie. 

Po drugiej stronie jest kandydat równie śmieszny i groteskowy, co groźny. Platformie wydaje się, że wystarczy Patryka Jakiego obśmiać. Że od czasu, kiedy pokazał w spotach czeską Pragę zamiast prawobrzeżnej Warszawy, ludzi widzą, że to leszcz. Że wystarczyły greckie śmieci zamiast mokotowskich i wybory wygrane. Że kiedy myli nazwiska i nie wie, kto trenuje Legię, to już po nim. To równie durna taktyka jak ta, którą przed laty prezentowała zadufana, arogancka i pewna siebie Unia Demokratyczna. Przecież MY moralne racje są po naszej stronie. MY wiemy co dobre. MY. MY. MY. 

Oczywiście. W rezultacie WY przerżnęliście wybory, a do sejmu weszli populiści. Jaki nie zna granicy obciachu. I dlatego, na razie, jest przed wami. 

Warszawskie dylematy PO obchodzą mnie o tyle, o ile mają wpływ na wybory w śląskich miastach. Koalicja Obywatelska zaczęła nieźle. Wystawiły drużynę mocnych nazwisk. Czasem pewniaków. Ale nikt nie będzie się zastanawiał, na ile Platforma pomogła wygrać Chęcińskiemu w Sosnowcu. Raczej na ile nie przeszkadzała. Za to batalia o Katowice będzie już testem na skuteczność PO. Trudno dziś stawiać, że Makowski pokona Krupę. Sondaże są bezlitosne. Ale po pierwsze, życie lubi niespodzianki. Po drugie, ważny albo decydujący będzie styl tej batalii. I po trzecie - dla Makowskiego i PO, druga tura w Katowicach to plan minimum. Żeby to wszystko osiągnąć, trzeba dużo więcej, niż fajnego pomysłu na social media. Jeśli liderzy Platformy i Nowoczesnej obserwują, co dzieje się w stolicy, to wiedzą, że słowo „drużyna” jest kluczem. Ten drużynowy duch dał impet i energię na konwencji wyborczej w katowickim Centrum Kongresowym. Jeśli go zabraknie, szlag trafi ambitne plany. Nie tylko w stolicy województwa. PO z Nowoczesną muszą się solidnie spiąć, żeby powalczyć o sejmik. Jeśli przegrają, niech się szykują na kolejną kadencję w opozycji. W kilku przypadkach (patrząc na tempo przejmowania przez Ziobrę wymiaru sprawiedliwości) spędzonych na sali raczej nie sejmowej.

Istnieje prawdopodobieństwo, że na przykładzie Warszawy, studenci politologii będą się kiedyś uczyć, jak uwalić prawie pewnego kandydata. Na tym samym wykładzie usłyszą też o casusie Bronisława Komorowskiego. W obydwu przypadkach „nie było z kim przegrać”. W przypadku Komorowskiego połowa wyborców (i sam były prezydent) do dziś nie otrząsnęła się z szoku, że wybory wygrał produkt prezesa. JAKI będzie finał warszawskiej rozgrywki, okaże się wkrótce. To równie ciekawe, jak wnioski, które wyciągniemy po wyborach na Śląsku.

Jak dotąd, Platforma nie może jeszcze wyjść z zachwytu nad tym, że udało się jej pozyskać na listy profesora Tadeusza Sławka. Fajnie, też się bardzo cieszę. Podobnie jak 7 procent elektoratu, kojarzącego zacną postać Pana Profesora i jego znakomity dorobek. Czekam na ofertę dla mniej zaintersowanych poezją. 

Czytaj więcej