Czytasz: Durczok: Wieczór z "jedynką", czyli wielka ucieczka do Brukseli

Durczok: Wieczór z "jedynką", czyli wielka ucieczka do Brukseli

Kiedy nawet ścisła czołówka PiS ma problem z wyjaśnieniem, dlaczego ministrowie uciekają do Brukseli, to na tym okręcie musi panować niezły chaos.

Taśmy Kaczyńskiego, z awantury niedoszłych wspólników, przerodziły się w potężny kryzys państwa. Ten kryzys to głównie robota dwóch osób: Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry. Pomieszanie interesu partyjnego, biznesu, służb specjalnych oraz prokuratury uczyniło z Polski kraj o standardach białoruskich.

Żadnej z instytucji mogących wyjaśnić tę sprawę nie można dziś wierzyć. To autentyczny dramat, pokazujący skalę spustoszeń w czwartym roku rządów PiS. Partyjne miesza się z państwowym. Rodzina kłóci się o pieniądze, jedna strona potajemnie nagrywa drugą. Tylko idiota uwierzy, że w środku najgłębszego kryzysu w historii rządów PiS, prezes Kaczyński przyjechał do Zbigniewa Ziobry - ministra sprawiedliwości, ale przede wszystkim prokuratora generalnego, decydującego osobiście, co aferą Srebrnej zrobić - pogadać o ustawie antylichwiarskiej.

Po tej wizycie, podobnie jak po pierwszej, kiedy to Ziobro zameldował się u Prezesa, jest oczywiste, że w szeregach PiS panuje nieopisana nerwowość. Kiedy zresztą widzę te nerwowe uśmieszki posłów, perorujących, że nie ma powodu do wszczynania śledztwa, że nie ma sprawy, że nie warto nawet przesłuchać Kaczyńskiego, to widać, że PiS zarobił potężny cios w głowę. Nic dziwnego. Przypomnijmy, że CBA wsadzało za kraty sekretarza generalnego PO, Stanisława Gawłowskiego, na podstawie zeznań tzw. małego świadka koronnego. Czyli (podobno) skruszonego przestępcy, który w zamian za uniknięcie kary zezna, co tylko prokurator zechce. Gawłowskiego wsadzali o 6 rano i trzymali 3 miesiące w areszcie na takiej wątpliwej podstawie. Może zatem ktoś podpowie, co zrobić z zeznaniami austriackiego biznesmena, twierdzącego, że Kaczyński wymusił na nim łapówkę za przychylność księdza z Fundacji decydującej o budowie słynnych już wieżowców przy Srebrnej?

PiS ma kłopot. W tej atmosferze konstruuje swoje listy do europarlamentu. Nic dziwnego, że chętnych na 10 tysięcy euro i niezliczone dodatki, długo szukać nie trzeba. Prezes miał raczej kłopot z nadmiarem kandydatów. Tak powstały słynne od wczoraj „jedynki PiS”.

Jest coś zdumiewającego i szkaradnego w tym, że do Brukseli ucieka osoba odpowiedzialna za bezprzykładną demolkę polskiego szkolnictwa, minister Anna Zalewska. Jest coś oburzającego, że w samym środku awantury o Europejskie Centrum Solidarności, niszczenie pamięci i dorobku III RP, do Parlamentu Europejskiego czmycha wiceminister kultury, Jarosław Sellin. Jest czymś niebywałym, że z kraju uciekają - w samym środku niespotykanej w wolnej Polsce burzy z Izraelem - wiceminister spraw zagranicznych Szymon Szynkowski vel Sęk i były szef dyplomacji, Witold Waszczykowski.

Tyle świętego oburzenia, które PiS i tak ma gdzieś. Za oburzeniem przychodzi czas na zdumienie.

Do Brukseli chce wyjechać Joachim Brudziński. Jeśli zdobędzie mandat i go obejmie (bo jest i inna wizja), to znaczy, że Prezesa opuścił najwierniejszy druh.

Jeśli zaś (czego Brudziński nie zdementował jednoznacznie) wygra i odda mandat kolejnej osobie z listy, będziemy mieli klasyczne oszustwo wyborcze. I świństwo wobec wyborców, dokładnie w tym samym stylu, co numer wykonany przez obecnego śląskiego wicemarszałka, słynnego na całą Polskę pana Kałużę.

Zdumiewa również Beata Szydło. Była premier, przez cały wczorajszy wieczór nie potrafiąca ukryć uśmiechu zadowolenia, miała ponoć w rządzie bardzo, ale to bardzo odpowiedzialne zadania. Co prawda, zadania były równie odpowiedzialne, co tajne, ale ilekroć dziennikarze pytali, czym się zajmuje pani premier, okazywało się, że to tajemnica. Czasem ujawniana przypadkiem, jak w czasie głośnego spływu w Pieninach, podczas kiedy w sejmie protestowały matki i ich niepełnosprawne dzieci.

Podobne zdumienie nachodzi, kiedy patrzymy na śląskie kandydatury. Jadwigę Wiśniewską i Grzegorza Tobiszowskiego.

O ile kandydatura tej pierwszej budzi mniej emocji, to nazwisko człowieka wręczającego Kaczyńskiemu na tacy władzę na Śląsku, w bastionie Platformy, budzi konsternację. Drugie miejsce? Za słabo rozpoznawalną posłanką Wiśniewską? To kara czy nagroda? Nagroda za spokój w górnictwie i nakłonienie do zdrady Kałuży czy kara za kupowanie górniczych głosów za zbyt wysoką cenę? Jeśli to pierwsze, to rację ma śląski lider PO, Wojciech Saługa, pytając, czy na miejsce Tobiszowskiego w rządzie pojawi się ktoś ze Śląska. Jeśli drugie, to znaczy, że górniczy okręt tonie i mamy naprawdę powody do smutku.

Jedno zdaje się pewne. Na Śląsku PiS ułatwił zadanie Platformie. Zderzenie Jerzego Buzka czy Jana Olbrychta z Wiśniewską i Tobiszowskim powinno przypominać starcie rowerzysty z rozpędzoną lokomotywą. Pomny jednak słynnej prognozy Adama Michnika, który twierdził, że Bronisław Komorowski przegra drugą turę tylko jeśli przejedzie po pijanemu zakonnicę w ciąży, zakładał się nie będę. Śląskie ma szanse na 7 mandatów i choć dziś wiele wskazuje, że PO weźmie 3, a PiS 2, do maja sporo się może zmienić. W różnych zresztą kierunkach.